Lubań,
góra możliwości

Kiedyś całkiem przypadkowo zobaczyłam zdjęcie Tatr wykonane z Wdżaru i natychmiast powzięłam mocne postanowienie, że wybierzemy się tam jak tylko zakwitną tarniny. Chłopaków nie trzeba było namawiać wcale. Wystarczyło im tylko powiedzieć, że na zboczu góry znajduje się kamieniołom z andezytowymi intruzjami a gdzie niegdzie znajdują się nawet duże bloki skalne. Cała trójka namiętnych zbieraczy minerałów połknęła haczyk. Mnie pociągał rozległy widok na Tatry, Pieniny, Magurę Spiską oraz Zbiornik Czorsztyński, Kotlinę Orawsko - Nowotarską i masyw Lubania. Miałam zamiar leżąc na mięciutkim kocyku napawać się wiosenną panoramą Tatr, wdychać zapach kwitnących tarnin i co najwyżej fotografować owady.

Po dojechaniu na Przełęcz Snozka bez ociągania się zabraliśmy ze sobą co dla kogo najważniejsze i ruszyliśmy na szlak. Panowie utknęli po kwadransie w andezydowym gołoborzu i natychmiast młotki poszły w ruch. Marek widząc zapał i zaangażowanie chłopaków w prace geologiczne zachęcał nas do spaceru na Lubań. Początkowo miałyśmy lekkie obawy czy aby dzieciaki nie znudzą się albo zmęczą, ale widząc znajomy błysk w oczach Mateuszka szybko zrozumiałam, że przez co najmniej kilka godzin, dopóki starczy im sił na trzymanie młotków, będą konsekwentnie przeczesywać zbocze w poszukiwaniu andezytów. Spojrzenie w stronę Tatr wystarczyło aby do głosu doszła tęsknota.

Zostawiamy mężczyznom znakomita część prowiantu i wyposażone w niezbędny sprzęt fotograficzny żegnamy się i ruszamy na Wdżar. Na jego szczycie jesteśmy zaledwie po kilku minutach. Widok stąd jest zachwycający. Teraz oprócz wspomnianych wyżej gór widzimy także oba zamki, zarówno ten w Czorsztynie jak i ten w Niedzicy, doskonale widoczna jest tez korona zapory wodnej a wszystko to w oszałamiająco świeżej zieleni i bieli tarninowych kwiatów. Wokół unosi się zmysłowy zapach rozgrzanych słońcem kwiatów. Szczyty Tatr powoli zakrywa warstwa niskich chmur. Rozkładamy mapę i szybko się okazuje, że mamy tylko pasmo Pienin a tymczasem Lubań to Gorce. Marek dzwoni do mnie na komórkę i proponuje abyśmy zeszły z Lubania do Krościenka, oni tam podjadą za kilka godzin autem i zaczekają na nas. Na szczycie Wdżaru wiatr nieco się wzmaga i wówczas przypominam sobie, że właśnie tu, a nie jak początkowo sądziłam na Żarze (Beskid Mały) ma korzenie polskie lotniarstwo. A skoro tak to wiatr jest tu stałym elementem pejzażu. Podnoszę wzrok w niebo i dostrzegam sylwetki drapieżnych ptaków, najrozmaitsze chmury… Tylko słońca nie widać i wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie do końca dnia. Marzenie wylegiwania się na słonecznej ukwieconej polanie tym razem się nie spełni. Zatem szukamy szlaku...

Wchodząc na Wdżar zauważyłam u jego stóp, że skręcał w prawo. Posłusznie kierujemy się w dół i choć potem okazuje się, że z Wdżaru wystarczyło tylko zejść na przeciwną stronę aby znaleźć się na Przełęczy Drzyślawa, nie żałuję wcale nadłożonych kilometrów bo dzięki temu mamy sposobność zobaczenia żółtych łanów kwitnących kaczeńców, długich pasm białych bukietów tarniny i mniszkowych łąk a przede wszystkim motyli. Jeden z nich szczególnie mi się podoba i przez kilkanaście minut fotografuję go w zachwycie. W końcu Kasia przekupuje mnie miętową czekoladą i ruszamy dalej. Na przełęczy Drzyślawa spotykamy stado czarno-brązowych żubrów i po raz kolejny naszą uwagę przykuwa panorama Pienin oraz nietypowa perspektywa Trzech Koron. Jest świeżo, wiosennie choć bez słońca. Na szlaku spotykamy zaledwie kilkoro piechurów, wszyscy wracają już z Lubania. Miejscowi zbieracze chrustu dziwią się, że chce nam się tak późno wchodzić na szczyt. Ano chce się nam! I wcale nie jest późno!

Późno jednak było o czym przekonujemy się będąc już na Lubaniu. Na zejście do Krościenka potrzebujemy 2 godziny i 10 minut nie wliczając żadnych postojów. Żadnych postojów? To niemożliwe! Marek nie był jeszcze na Luboniu a widoki co chwila zachwycają nas obie więc dokumentuję całą trasę. W mojej ocenie to jeden z najpiękniejszych szlaków. Na szczycie dowiaduję się, że papież Jan Paweł II szczególnie upodobał sobie Lubań. Chłopak, który w tym samym co ja czasie wszedł na szczyt ale od strony Ochotnicy, dzieli się ze mną wspomnieniami. Kiedy był tu w ubiegłym roku gęsta mgła zasłaniała widok na całą okolicę. W tym roku ma nadzieję na lepsza pogodę i taszczy ze sobą namiot, który po chwili rozbija na polu namiotowym znajdującym się na wysokości 1200 m n.p.m. na polanie pomiędzy oboma szczytami Lubania. Dowiaduję się, że baza ta cieszy się opinią najlepiej zorganizowanej bazy namiotowej w Polsce. Jest czynna od 26 czerwca do końca sierpnia. Na drewnianych podestach stoją 2 i 4 osobowe namioty. Śpi się na materacach piankowych i nawet można wypożyczyć śpiwór albo zabrać własny namiot i korzystać tak samo z zaplecza kuchennego mając do dyspozycji naczynia a nawet jadalnię. Tuż przed szczytem znajduje się źródełko wody pitnej zatem nie ma żadnych problemów z wodą. Latem polanę obok bazy namiotowej porasta różowo kwitnąca kiprzyca wierzbówka. Chłonę każde słowo Sylwka i nabieram coraz większej ochoty aby wrócić tu i powitać świt. I koniecznie wtedy jak zakwitną kiprzyce.

Tuż przed szczytem rozstałam się z Kasią, która popędziła przed siebie i zniknęła mi z oczu kiedy fotografowałam zawilcowy las i uzupełniałam zapasy wody. Na szczycie nie ma zasięgu więc schodzę czym prędzej aby nawiązać z nią łączność. Szybko okazuje się, że przysiadła na polu namiotowym i korzystając z ławy i stołu zajada się kanapkami. Natychmiast wysyłam ją na szczyt i sama biorę się za jedzenie. Kanapki z białym serem i świeżym ogórkiem jeszcze nigdy mi tak wybornie nie smakowały jak właśnie tam. Kiedy Kasia wraca szybko pakujemy się i zbieramy w drogę powrotną, która początkowo wiedzie lasem by po około godzinie znów zachwycać nas niesamowitymi pejzażami. To jedna z najpiękniejszych znanych mi tras. Jest już późno i pochmurno więc zdjęcia nie ukazują w pełni urody tego miejsca. Mimo to dokumentuję każdy z urzekających mnie widoków. Chcę pokazać je Markowi. Na miejsce docieramy zgodnie z czasem podanym na mapie. Czekają na nas szczęśliwi panowie. Mati i Michał nazbierali dla nas bukiet z kwitnącej rzeżuchy a teraz jeden przez drugiego dzielą się wrażeniami z całego dnia. Marek dumnie pręży się, że tak doskonale poradził sobie z energią dorastających chłopców. Szybko dowiadujemy się, że chłopcy po pracach odkrywkowo–poszukiwawczych wybrali się na wspinaczkę, potem grali w „noże” i właściwe to szkoda, że już wróciłyśmy.

Kiedy siedzimy wygodnie w aucie rozmowa kieruje się na amfibole, augity i turmaliny. Mati znalazł piękny czarny kryształ i teraz panowie zastanawiają się czy aby nie jest to turmalin. Kiedyś zapamiętałam go jako kamień sprzyjający dyscyplinie duchowej i wytrwałości a przede wszystkim zapewniający szeroką ochronę więc z uwagą przysłuchuję się ich dyspucie. „To nie jest turmalin”- z przekonaniem mówi Marek. „ Ale jeszcze ładniejszy od turmalinu, bo znaleziony osobiście przez Matiego”- myślę sobie.

Acha! A podobno na szczycie Wdżaru występuje na jednej ze skałek ujemna anomalia magnetyczna, którą można zlokalizować za pomocą kompasu. Po przyłożeniu go do skały, igła magnetyczna ma wskazać północ w kierunku południowym. Zapomniałam powiedzieć o tym i przypominam sobie poniewczasie. Nomen omen w Beskidzie Małym na górze Żar piłki, samochody i wszelkie toczące się przedmioty turlają się pod górkę. Tej anomalii doświadczyłam wielokrotnie, więc i tamta mnie nie zdziwi.

Ach, jak wiele mamy powodów aby tu wrócić! Znaleźliśmy kolejny uroczy zakątek.

Dorota 2011-05-02
Podziel się z innymi swoją opinią...