. . . . . . . . . . . . . . . .
Za późno,
za wcześnie,
za daleko...

Lodowa Przełęcz – tęskniłam do niej od kilku lat. I ciągle była jakoś nie po drodze: za późno, za wcześnie, za daleko… 9 lipca 2011roku nareszcie była akurat.

Wyjechaliśmy jak zwykle nieco później niż planowaliśmy co okazało się przyjemne w skutkach. Mgły zaczęły właśnie swoją poranną wędrówkę ku niebu, na którym niepodzielnie królowało słońce razem tworząc niesamowitą scenerię. Jasne, że się zatrzymywaliśmy. Widoki niecodzienne, sielankowe i subtelne towarzyszyły nam jeszcze w Jaworowej Dolinie, gdzie rozpoczęliśmy wędrówkę na Lodową Przełęcz.

Lodowa Przełęcz, najwyższa w Tatrach, znajduje się na wysokości 2372 m n.p.m. w głównej grani Tatr pomiędzy Małym Lodowym Szczytem a Lodową Kopą. Zatem mamy do pokonania odległość 12.5 km a podejścia 1360 m. Według mapy potrzebujemy na wejście około 5 godzin. Jest początek lipca, długi dzień i piękna pogoda. Wędrówkę rozpoczynamy kilka minut przed dziewiąta. Jaworowa Dolina zachwyca nas bogactwem roślinności, zapachów i dźwięków. Kwitnące żółte omiegi, różowe rdesty wężowniki przyciągają motyle- rusałki łącząc się w romantyczne bukiety. Nad brzegiem strumienia w blasku słońca żółcą się jeszcze kaczeńce- rzadkie o tej porze roku nawet w Tatrach.

Na szlaku spotykamy niewielu ludzi, większość z nich mknie śpiesznie przed siebie. My, jak zwykle, rozglądamy się na wszystkie strony i zatrzymujemy ilekroć przyjdzie nam na to ochota, czyli często. Za to nie robimy dłuższych przerw. Początkowo idziemy niebieskim i zielonym szlakiem ale po około 30 minutach dochodzimy do rozdroża, gdzie kierujemy się na szlak zielony i wchodzimy w las. Szeroka droga szybko zmienia się w wąską ścieżkę i coraz wyraźniej czujemy, że pniemy się w górę. Cały czas napotykamy ukwiecone polany i szemrzący strumyk.

Kiedy drzewa całkowicie znikają z naszego pola widzenia wkraczamy w szeroką kamienną dolinę z koroną Jaworowych Szczytów. Ich pionowe ściany budzą w nas respekt. Tutaj, na początku ubiegłego wieku, zginął podczas akcji ratunkowej najsławniejszy przewodnik tatrzański, Klimek Bachleda. Szczyty raz rzucają długie cienie na dno doliny zaś chwilami giną w gęstniejących chmurach. Na szlaku coraz częściej spotykamy ogromne głazy. Powyżej Jaworowego stawu Marek zauważa żółto kwitnące pełniki alpejskie, które dodają tej surowej, kamiennej krainie odrobiny poezji. Bezskutecznie rozglądam się za stadami kozic, o których obecności w tym miejscu naczytałam się i nasłuchałam.

Ostatni odcinek naszej wędrówki wiedzie przez piargi. Nad Szeroką Jaworzyńską dostrzegamy błyskawice a nad nami zaczyna lekko kropić. Pogoda zmienia się błyskawicznie więc zwiększamy tempo. Jaworowy Mur wygląda jeszcze groźniej i przypomina mi sceny z powieści Tolkiena. Prawdziwy Mordor. Przyspieszamy i nie zatrzymujemy się aż do samej przełęczy.

Tu decydujemy się na dłuższy postój i obiad. Wieje silny wiatr ale przełęcz jest wygodna, miejsca sporo więc najpierw opatulamy się w polary a potem pałaszujemy przytaszczone wiktuały. Rozdeptanym przez turystów piarżyskiem podąża w naszym kierunku dwójka młodych mężczyzn. Jeden z nich odmawia wejścia na przełęcz zaledwie kilkanaście metrów przed jej zwieńczeniem. Patrzę jak zjeżdża na butach i gdyby nie łańcuch z całą pewnością zsunąłby się z impetem w dół- „ Może nawet do samego Lodowego Stawku”- myślę lekko spanikowana. W ubiegłym roku, kiedy wchodziliśmy na Czerwoną Ławkę, obserwowałam jak zdeterminowani ochotnicy zjeżdżali na butach po piarżysku. Czyżby nas również czekał ich los?

Po półgodzinnym posiedzeniu na przełęczy coraz mocniej nalegam na zejście. Schodzimy do Doliny Małej Zimnej Wody i już po kilku minutach widzę jak bezpodstawne były moje obawy. Podłoże jest wprawdzie mało stabilne ale unieruchomione miedzy drewnianymi drabinkami pozwala na bezpieczne zejście. Szybko schodzimy do Lodowego Stawku i tam zatrzymujemy się na kilka minut. Zrzucam z siebie polar i kurtkę, które założyłam na wietrznej przełęczy. W tafli stawu cudnie odbijają się okoliczne szczyty więc szybko przystaję na propozycję Marka aby zostać tu nieco dłużej. Wprawdzie otoczeniu brak łagodności zachęcającej do kontemplacji i pora dość późna jednak surowy krajobraz ma sobie tyle majestatu, że spędzamy nad stawem pół godziny podziwiając szybko zmieniające się oświetlenie doliny.

Pogodziliśmy się już z prawie stu procentowym prawdopodobieństwem spania na betonie w Terince i kiedy w dalszej drodze spotykamy na szlaku kozicę całkowicie zatracamy się w fotografowaniu jej. Kozica wygląda na świadomą i dojrzałą antylopę, z wdziękiem pozuje nam do zdjęć. Towarzyszy nam prawie do samego schroniska. Tam czeka nas niespodzianka: ostatnie dwa wolne miejsca na pryczy w wieloosobowym, międzynarodowym pokoju. Ostatnie dwa, czyli 45 cm od sufitu. No to co? Zawsze lepiej niż na betonie. Zjadamy ciepłą kolację, myjemy w lodowato zimnej wodzie i zasypiamy natychmiast kamiennym snem.

Budząc się odczuwam poważne wątpliwości czy to już rano. Po pierwsze nie czuję abym spała w ogóle, a po drugie w pokoju jest ciemno niczym w środku nocy. Niemniej jednak komórka pokazuje siódmą rano. Marek ( to niebywałe!!!) chce dalej spać. Ja nie chcę. Ja chcę iść na poranny spacer. No to idę. Godzinę później dołącza do mnie Marek. Mam nad nim jeden gigabajt przewagi. Stałoogniskowa „pięćdziesiątka” zmusza mnie do dziesiątek kadrów. Na wysokości 2015 m n.p.m. świt wydaje się pęcznieć od majestatu.

Obchodzimy staw naokoło i wracamy na śniadanie. Węgiersko- hiszpańsko angielski miesza się ze słowackim i polskim . Chatar schroniska, Miro, rozmawia z gośćmi swobodnie i z wdziękiem. Po raz kolejny doświadczam magii tego miejsca. Po raz kolejny żal mi opuszczać Terinkę. To wspaniałe, że są takie miejsca na świecie, gdzie wszystko, z nami włącznie, jest na swoim miejscu. Jednak schodzimy.

Zmierzamy rozświetloną, szeroką Doliną Zimnej Wody aż do rozstaju dróg. Zamierzamy dojść przez Skalnate Pleso do Zelenego Plesa i stamtąd Doliną Kieżmarską do Szosy Wolności a następnie „stopem” do Tatrzańskiej Jaworzyny. Czerwony szlak czyli Tatrzańska Magistrala lekko nas rozczarowuje- w naszej ocenie ot taka sobie spacerowa trasa.

W Skalnatym Plesie tłum ludzi. Ulewny deszcz zatrzymuje kolejkę linową i nas. Stoimy prawie pół godziny w poczekalni stacji kolejki. Kiedy deszcz traci na sile decydujemy się na zejście do Tatrzańskiej Jaworzyny. Ach gdybym… gdybym! Gdybym wtedy wiedziała… Nie wiedziałam. Marek też nie wiedział. Szlak jest mocno zaniedbany. Mam wrażenie, że poza złomiarzami nikt już nim nie uczęszcza ( co kilkadziesiąt metrów wystaje z ziemi przecięty kabel – co się dało ukraść to zniknęło). Zejście jest nieustannym zmaganiem się z siłami natury i prawem grawitacji. Moje mocno sfatygowane kijki trekingowe nie wytrzymuja 910 metrów przewyższenia (przeniższenia?) i łamią się kiedy któryś raz z rzędu ratuję się nimi łapiąc równowagę na śliskim gruncie.

Wreszcie docieramy do Tatrzańskiej Łomnicy. Stamtąd autobusem do Żdiaru. I co dalej? Piechotą 11 km? Nie! Nie! Protestują moje mięśnie przerażone asfaltowa perspektywą. Marek zauważa na parkingu 2 samochody z polską rejestracją. Jeden rusza wprost pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu. Drugi grzecznie zatrzymuje się i czeka. No, na nas czeka? Sympatyczny młody wspinacz śmieje się na nasz widok i zabiera nas mocno sponiewieranych. Po drodze opowiada o nocy spędzonej pod rozgwieżdżonym niebem, o wspinaczce na Lodowy Szczyt, o swojej górskiej przyjaźni z nieroztropnym kierowcą poprzedniego auta uzależnionego od adrenaliny i zawozi nas na nasz parking.

Świat znów staje się piękny. Zawsze był taki? Rozsiadam się w ciepłym i miękkim wnętrzu auta i prawie natychmiast zapadam w słodką drzemkę. Lodowa Przełęcz- spełnione marzenie. Uff! Spełnione marzenia? Czasem są… przereklamowane. Ale fajnie je mieć i fajnie móc je spełniać, choć bywa, iż to co zdarza się pomiędzy bywa ważniejsze.

Tym razem było. I za to dziękuję. Za kwitnące na skalnym urwisku pełniki górskie, za ciepły deszcz, za kozicę na wyciągniecie ręki, za wschód słońca nad szczytami Tatr i za śmiejącego wspinacza-kierowcę wolnego od adrenaliny, za ciepełko naszej starej „renatki„ i za Marka. Za niego przede wszystkim!

Dorota 2011-07-09
. . . . . . . . . . . . . . .
Podziel się z innymi swoją opinią...