Sylwestrowe Lodospady

Tym razem rozważnie, starannie i z rozmysłem, po przeanalizowaniu kilkunastu tras tatrzańskich, beskidzkich tudzież karkonoskich… czyli bez spontanicznych zrywów, lecz jak zwykle pełni zapału i entuzjazmu, wybraliśmy się na sylwestrową wycieczkę w słowackie Tatry do Doliny Zimnej Wody. Prawie skoro świt opuszczamy cieplutki dom i rozsiadamy się w siarczysty mróz do równie cieplutkiego auta, które Marek ogrzewał przez kwadrans pakując w tym czasie do bagażnika nasze klamoty. Jedzie z nami Mateusz więc, nauczeni doświadczeniem wcześniejszych wycieczek, zabieramy nieco więcej rzeczy niż zwykle. Ponadto w bagażniku lądują raki, kijki trekkingowe, buty i odzież na wymianę… Plecak Marka waży zdecydowanie za dużo jak na taką lajtową wyprawę niemniej jednak już wiemy, że dzieci mają nieoceniony dar przemiany lajtów w survivale i tym razem to my nie damy się zaskoczyć ;-) -A założymy się?- szepce chochlik, nieustraszony towarzysz dziecięcych zabaw.
Uśmiecham się do niego częścią mojej dziecięcej duszy i po cichu mam nadzieję, że ma rację.

Opuszczamy miasto kiedy pierwsze promienie słońca rozświetlają dachy domów. Nie śpieszymy się więc i bez wyrzutów sumienia zatrzymujemy w kilku widokowych miejscach aby nasycić oczy nieustannie zmieniającą się panoramą Tatr. W Rdzawce widzimy imponujące pasmo gór – Tatry i Beskid Żywiecki ze swoją królową Babią Górą. Całość otula delikatnym różem wschodzące słońce. Kiedy godzinę później zatrzymujemy się na Głodówce, znika miękkość mgieł pod Tatrami. Teraz góry zachwycają surowym zimnem: dominuje w nich niebieskość i szarość. Jedynym barwnym akcentem staje się brązowe błoto pośniegowe na asfalcie.

W Starym Smokowcu jest zaledwie 7 stopni mrozu więc cieplejszą odzież pakujemy do plecaka a w drodze na Siodełko rezygnujemy również z czapek. Pogoda zmienia się jednak co chwilkę nieustannie nas zaskakując. Patrząc na lśniący słońcem Sławkowski Szczyt widzimy jak wiatr silnym podmuchem unosi w górę zmrożony śnieg. U nas w dolince jest zacisznie i cieplutko. Marek odnajduje na szlaku fortepian i raczy nas jazzowym koncertem, przypominając o Ahmadzie Jamalu, na którego zadymkowy koncert czekamy.

W drodze na Siodełko mijają nas tylko skiturowcy, saneczkarze i wagoniki kolejki linowo-torowej. Nie omija nas żadna zmiana w pejzażu. Obserwujemy też ogromne zniszczenia dokonane w drzewostanie przez huraganowy wiatr, który 19. XI 2004 roku w strefie leśnej 800-1150 metrów powalił lub złamał prawie wszystkie drzewa. Większość spacerowiczów mknie w górę ignorując widok Tatr Niżnych, powoli wynurzających się na ponad chmurami na południu. Dużo osób ciągnie za sobą imponujące sanki więc domyślamy się, że pragnienie szybkiego zjazdu jest tą siłą, która gna ich naprzód, a rozpościerające się dookoła panoramy nie robią na nich takiego jak na nas wrażenia.

Po dotarciu na Hrebienok przezornie zakładamy raki. Zejście do wodospadów przypomina nam baśniowy las Narni. Szlak schodzi teraz w dół i momentami jest bardzo śliski więc błogosławimy żelazne kolce w które uzbroiliśmy nasze buty. Wkrótce dochodzimy do Bilikowej Chaty, jednak mijamy ją i podążamy dalej.

Na ponad kilometrowym odcinku połączonych potoków Staroleśnego i Małej Zimnej Wody występuje kilka malowniczych wodospadów urzekających teraz lodową urodą. Misterne koronki zamrożonej piany zadziwiają nas seledynowym odcieniem. Potężna siła górskiego wodospadu wydaje się być okiełznana, skuta lodem. Stojąc jednak na mostku czy na głazach słyszymy, że pod grubą taflą lodu woda pędzi z wcale nie mniejszą siłą niż w cieplejsze dni roku. Przy jednym z wodospadów Marek odkrywa dojście pod samo jego czoło. Wkrótce za nim jak na sznurku podąża cała reszta turystów i wszyscy czym się da robią sobie zdjęcia na tle dwumetrowych, przypominających meduzy sopli.

Ten niecodzienny widok robi wrażenie także na Mateuszu, który koniecznie chce zbadać wytrzymałość lodowej tafli i śmiało traktuje ją butem uzbrojonym w raki. Jego wysiłki zostają nagrodzone i ku zdumieniu wszystkich obecnych tafla pęka a jego prawa noga po samo kolano zanurza się w rwącym potoku. Mati tymczasem zachowuje się jakby nigdy nic. Jakby w bucie miał sucho. No bo ma. Zanim przebierze skarpety prosi o aparat i robi zdjęcie swojej nogi na tle przerębla, z głębi którego radośnie bulgocze znany nam chochlik. Akcja ratunkowa ujawnia, że but w środku jest suchy a zmoczeniu uległ jedynie rąbek skarpet i wierzchnia warstwa spodni, które teraz w oka mgnieniu przeistaczają się w lodową zbroję. Błyskawicznie zmieniamy mu skarpety i na wszelki wypadek zabezpieczamy but od środka foliowym woreczkiem. Nie decydujemy się na zmianę spodni; zrobi to sam po powrocie do auta.

Tymczasem wśród bajecznie ustrojonych śnieżnymi koronkami świerków, niezrażeni zaistniałą sytuacją kontynuujemy spacer do Chaty Rainera (1301 m n.p.m.). Zbudowano ją z granitowych skał w 1865 roku. Chatka jest rzeczywiście maleńka i panuje w niej tłok dlatego pozostajemy na zewnątrz w otoczeniu ośnieżonych drzew oraz ledwo widocznych szczytów, pośród których majaczy Pośredni Grzebień. W tak malowniczej scenerii zjadamy przyniesione ze sobą wiktuały i delektujemy się jeszcze gorącą herbatą. Pod kępą drzew rosnących nieopodal chatki stoi śnieżno-lodowa stajenka betlejemska, dzieło Petera Petrasa z Kieżmarku, człowieka niezwykłego, który przywrócił temu miejscu wcześniejszą magię. W prowadzonej przez siebie chatce urządził muzeum, poświęcone "nosiczom" tatrzańskim. Wyeksponowany jest w nim stary sprzęt, używany niegdyś przez taterników i turystów w górach, a także dzwonki pasterskie. Na półce stoi wyrzeźbiona w drewnie podobizna Klimka Bachledy uważanego za króla przewodników tatrzańskich.

Wzmocnieni pysznymi kanapkami ruszamy z powrotem. Rezygnujemy z podejścia do Wodospadu Olbrzymiego w obawie, że nie zdążymy wrócić przed zmrokiem. Na Siodełku w pobliżu stacji kolejki ponownie spotykamy saneczkarzy. Mati spogląda zazdrośnie na zjeżdżających i marzy o podobnej zabawie ale wbrew naszemu przekonaniu ani przy stacji kolejki, ani przy hotelu górskim nie ma wypożyczalni sanek więc tym razem nie pozjeżdżamy. Trochę nam smutno. Mati transformuje energię rozczarowania na moc mięśni i pędzi w dół tak szybko, że nie sposób dotrzymać mu kroku. W Starym Smokowcu jesteśmy równo z nadejściem zmroku. Podziwiamy zimową panoramę rzęsiście oświetlonego miasta. Czuć już atmosferę sylwestrowej nocy zwłaszcza w okolicach Grand Hotelu.

Po wejściu do auta topnieją nasze ubrania, które w drodze powrotnej przyprószył śnieg. Mati szybko przebiera spodnie, po raz kolejny zmienia rękawiczki i znów pełen jest energii. Wracamy do domu. Szczęśliwi i pełni wrażeń. Czyniąc zadość tradycji zatrzymujemy się w schronisku na Głodówce gdzie po kociej znajomości udaje nam się załapać na gorącą kawę i kakao. Tu także trwają ostatnie gorączkowe przygotowania do sylwestrowej zabawy. Rozglądamy się jeszcze za mamą naszej Rakiji ale ona zaszyła się gdzieś w ciepłym kąciku, a nikt nie wie w którym.

W domu jesteśmy dwie godziny przed północą a godzinę przed urodzinami Marka. Z okien widzimy pokaz fajerwerków ze wszystkich okolicznych miejscowości. Fajnie jest mieszkać na wzgórzu. Fajnie jest być na swoim miejscu.

Dorota 2010-12-31


Podziel się z innymi swoją opinią...