Łężycka Samotnia

To był jeden z kilku dni spędzonych tego lata w Górach Stołowych. Jako bazę obraliśmy sobie pensjonat w Łężycach; stąd w przerwach między kolejnymi Ulewami i Siklawami wypuszczaliśmy się na krótkie wypady, z których zwykle wracaliśmy zziębnięci i przemoczeni. Tego lata aura nas nie rozpieszczała, więc musieliśmy rozpieszczać się sami
Na północ od wsi Łężyce rozciąga się Sawanna Afrykańska - wielka górska łąka na której spoczywają rozrzucone mniejsze i większe głazy. Jej wschodni kraniec porośniety rzadkim świerkowym lasem kryje w sobie kilkukilometrowy, wysoki na kilkadziesiąt metrów zrąb skalny. W bezpiecznej odległości od urwiska prowadzi nim z Lisiej Przełęczy (alt.790 m) do Dusznik niebieski szlak turystyczny. Zbaczając z niego po dobrze widocznych wydeptanych w leśnym runie ścieżkach można dotrzeć na sam skraj urwiska. Trasa wymaga zwiększonej czujności gdyż skały są omszone, wyślizgane i niczym nie zabezpieczone. Zdarzają sie też miejsca, gdzie głębokie szczeliny skalne przysypane są igliwiem niczym prehistoryczne pułapki na mamuty. Trasa absolutnie niewskazana dla dzieci.
Po porannym błądzeniu w labiryntach Błędnych Skał, Kasię z młodzieżą oddelegowaliśmy do pensjonatu i podążyliśmy tym - jak się później okazało - dzikim i bezludnym szlakiem w stronę Skał Puchacza.
Trasa obliczona na 55 minut zajęła nam ponad cztery godziny, co doskonale obrazuje jak była urocza!
Podczas czterech godzin wędrówki spotkaliśmy zaledwie cztery osoby.

Przejście zaczęliśmy od kilkunastominutowego popasu w wysokich i co najważniejsze, zasobnych borówczynach. Chwilę potem dotarliśmy do Narożnika (alt.830 m). Tu mimo kiepskiego oświetlenia organizujemy sesję foto.
Narożnik jest popularnym miejscem wspinaczkowym - poprowadzono tutaj ponad sto dróg, zaś jego wierzchołek stanowi doskonały punkt widokowy!

Przed niespełna 20 laty zdarzyła się tu dramatyczna historia: 17 sierpnia 1997 roku na tym szlaku, w okolicach wierzchołka Narożnika zastrzelonych zostało dwoje turystów, studentów wrocławskiej Akademii Rolniczej.

O losie Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi przypomina wmurowana na szczycie tablica.

Szlak biegnie w odległości kilkunastu metrów od urwiska.
Tu i ówdzie niczym zbubione przez olbrzyma breloczki leżą piaskowce z wyrytmi numerami. Kto i po co je oznaczał?



Na zdjęciu poniżej Dorotka na tle Sawanny Afrykańskiej i Wzgórz Darnkowskich.

Las intensywnie paruje po porannym deszczu a my w absolutnej ciszy stąpamy po usłanej miękkim igliwiem ścieżce klucząc między omszonymi niebieskozielonymi głazami. Nawet ptaków nie słychać.
Nie pamiętam kiedy ostatnio słyszałem taką ciszę na szlaku?

Po około godzinie drogi gdzieś nieopodal Kopy Śmierci (alt 830 m) spotykamy pierwszych dwóch turystów. Młodzi chłopcy choć zmierzają w przeciwnym niż my kierunku, szybko nawiązują z nami rozmowę na bliskie sercu tematy sudecko-karpackie.
Dzielimy się spostrzeżeniami na temat ruchu turystycznego i piękna polskich gór.

Skałki niestety nie są oznaczone w terenie - szkoda że w pobliżu nie ma tablic z nazwami czy krótkim opisem tak jak na przykład na słowackich "naucnych chodnikach".

O tym że byliśmy na Kopie Śmierci dowiedziałem się dopiero w Sieci. Swoją drogą zastanawia mnie czy nazwa tej skały jest pochodną wydarzeń które tu być może się rozegrały? Bo to że spaść stąd to żaden problem - nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości.

Choć w Internecie znaleźć można wiele słów zachęty, to osobiście zdecydowanie uważam, że nie jest to szlak dla dzieci. W kilku miejscach natrafiliśmy na głębokie na kilka metrów rozpadliny doskonale zamaskowane spadłymi gałęziami i liśćmi.
Nieostrożne stąpnięcie o mały włos nie skończyło się dla mnie wypadkiem.

Skraj urwiska Kopy Śmierci porośnięty jest młodym brzeziniakiem - nasuwa sie tu skojarzenie z polną mogiłą zwieńczoną białym brzozowym krzyżem

Kopa Śmierci (alt 830 m) przez mieszkających tutaj w przeszłości Niemców nazywana była Totenkopf (Trupia głowa).
Na jej zachodniej flance rozciągają się niezwykle malownicze kilkudziesięciometrowe urwiska porośnięte liściastym zagajnikiem.
Miejsce to jest równie piękne jak Szczeliniec czy Błędne Skały - mamy wielką ochotę zawitać tu kiedyś jesienną porą, gdy opadłe serca brzozowych liści uścielą złote korytarze w świerkowym lesie.

Podobnie jak w Tatrach za sprawą kornika drukarza świerkowy las umiera. Gdy padną świerki, kornik zasiedli sosny, jodły i modrzewie. Być może za kilkadziesiąt lat wzgórza te bedą czerwienić się jarzębiną...

Okolice szlaku gęsto usiane są olbrzymimi głazami piaskowca, obficie porośniętymi porostami, mchem i krzewinkami jagód. Szarość kamieni i zieleń roślinności przełamują rudobrązowe, miękko sprężynujące niczym materace, kobierce igliwia.
Jest tu wiele miejsc gdzie można się zagubić niczym w mitycznym Labiryncie
lub znaleźć własną "Samotnię".
W uszach dźwięczy piosenka Michała Bajora:

Świat przygląda się nam
Lecz nie spuszcza nas z oczu, a zatem
Czy nie miałabyś nic przeciw temu
by schować się przed światem?

Starczy znaleźć zaklęcie
Cienką strunę dotykiem obudzić
a zrobimy się tacy maleńcy
Niewidzialni dla świata i ludzi

W Twoich oczach zdumienie
Skąd ta myśl o ucieczce w nieznane?
Może mam niezbyt czyste sumienie,
gdy patrzę na Ciebie kochanie.

Tuż za progiem są cuda
mikroświatów zmysłowe obszary
Powiedz "tak", a na pewno się uda
Bo to właśnie - kochanie - są czary.

Nie nie nie... nie znajdą nas... od zmierzchu aż po brzask... wiele znam tajemnych przejść... do całkiem innych miejsc.

Ja znam się na tym...   są małe i wielkie światy.     A nasz świat...   jest akurat!

Tym oto sposobem docieramy wreszcie do Skał Puchacza. Szkoda ze pogoda dziś nie jest dla nas łaskawa.
W słoneczne dni zmierzchy i świty oglądane z tego miejsca zapewne są czarujące.

W przepastnych czeluściach Skał Puchacza.

Zejście niebieskim szlakiem ze Skał Puchacza w stronę Łężyc jest bardzo strome, a w jednym miejscu nawet zaopatrzone w łańcuch asekuracyjny. Później mijamy porozrzucane w lesie wyraźnie ociosane ludzka ręką bloki piaskowca a kilkadziesiat metrów niżej szlak prowadzi wzdłuż kamiennej pochylni.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy że właśnie w tym miejscu eksploatowano piaskowiec w kamieniołomie Mogador (przez Niemców nazywany Sandsteinbruch Friedersdorf), a pochylnią tą transportowano w dół stoku obrobione kamienne bloki, które przewożono potem konno do stacji kolejowej w Szczytnej.
Pochylnia jest imponująca: liczy około 150 metrów długości przy nachyleniu ok. 30 stopni. Równolegle do niej poprowadzone były kamienne schody dziś prawie całkowicie przysypane igliwiem i porośnięte mchem.

Pod wieczór na niebo znów powraca słońce i kiedy wychodzimy z lasu, okoliczne łąki toną w przedwieczornej pozłocie.
Na skraju wsi zatrzymujemy się jeszcze na krótką pogawędkę z karmiącymi bydło mieszkańcami Łężyc.

Podziel się z innymi swoją opinią...