Krzywa Góra

KRYWAŃ, drugi co do wysokości turystyczny szczyt w Tatrach, święta góra Słowaków, symbol i narodowa góra Słowacji.
Umieszczony w jej godle od lat uważany przez Słowaków za najpiękniejszy tatrzański szczyt. Leży nieco na uboczu Tatr, jakby się Tatrom przyglądał, nieco wyniośle spoglądając na całą resztę tatrzańskich dwutysięczników i pomniejszych szczytów.
Poniekąd w kulturze i historii Słowacji pełni rolę podobną do naszego Giewontu, z tą różnicą, że na Krywaniu stoi skromny, drewniany krzyż a na Giewoncie okazały, metalowy, kilkunastometrowy. Trasa na Krywań jest bardzo uczęszczana a przez to zatłoczona i niebezpieczna. Co roku pielgrzymi wnoszą na szczyt nowy krzyż a stary zabierają. Najwięcej ludzi pielgrzymuje na Krywań 15 sierpnia. Natrafiłam na informację, iż tego dnia wchodzi na szczyt około pół tysiąca pielgrzymów i turystów. W innym miejscu przeczytałam, że pielgrzymka obejmuje trzy kolejne dni i że wtedy właśnie ogranicza się wejścia na szczyt do 500 osób dziennie, a to znaczy, że chętnych może być dużo więcej.
My wybieramy się na Krywań dwa tygodnie później, ale ku naszemu zdziwieniu, również setki ludzi zmierzają w tym samym co my kierunku. Wcale tego nie chcąc stajemy się jednymi z pielgrzymów.

29 sierpnia 2015r.

Ostatni weekend sierpnia, ostatni tydzień upalnych wakacji. Nawet nie próbuję szukać noclegów w schroniskach. Poległam już na początku lata i straciłam zarówno nadzieję jak i złudzenia, że będą wolne miejsca w którymkolwiek tatrzańskim schronisku lub na prywatnych kwaterach. Zanim Marek wrócił z pracy przemieniłam swoje auto w prowizoryczną noclegownię, przytulną utulnię. Złożyłam tylne siedzenia, wpakowałam gościnny materac i pościel, suchy prowiant i wszelkie niezbędne akcesoria. Pogodę śledziłam codziennie: niezmiennie na stronie TOPR-u widniało słoneczko. Aż do piątku. Wtedy nastąpiła nieoczekiwana i gwałtowna zmiana. Prognoza pogody uległa dramatycznemu pogorszeniu. Wręcz nie do wiary! Siedzę sobie w afrykańskim upale, a tu widzę, że jutro o tej samej porze na Krywaniu ma być 30 stopni mniej!
Co? 12 stopni C?
Ładuję do plecaków kurtki, czapki, rękawiczki i polary. A na wszelki wypadek, jakby jednak było jak jest, czyli upalnie: po 5 litrów płynów i koszulki na zmianę, bo w przepoconych źle się chodzi. Nasze plecaki znów ważą po 10 kg. Nie chcę się ani wyziębić, ani zamarznąć więc nie zważam na protesty Marka bo... ufam prognozie pogody. Pod wieczór okazuje się, że ma jeszcze po połuniu padać, więc uzupełniam ekwipunek o peleryny przeciwdeszczowe i czołówki. Marek puka się w miejsce gdzie owe czołówki planuję założyć, wyrażając w ten sposób swoją wyważoną opinię na temat zamieszczonej na stronie TOPR-u pogody. Ale ja swoje lata mam, ufam autorytetom, roztropna jestem i rozważna prawie tak samo jak romantyczna, więc wszystkie te "ochraniacze" w plecaku zostawiam. Raczę męża brokułową (sic!) zupą i zdterminowana/spakowana mobilizuję do prędkiego wyjazdu. Jedziemy w słowackie Tatry Wysokie. Na Krywań się wybieramy!
Po trzech godzinach jazdy docieramy na docelowy parking. Stoi na nim już auto i rower. Dobytek jest własnością Węgra, który podobnie jak my, zamierza nocować w aucie. Gwiazdy i księżyc świecą tak mocno, że musimy naprędce wykombinować "żaluzje". O ile tę niedogodność szybko i sprawnie eliminujemy, o tyle nie sposób uciszyć puszczyka i zgraję świerszczy, którzy koncertują (zainspirowani romantycznym niebem czy co?) zawzięcie.
Nasza tatrzańska przygoda zaczęła się kilka lat temu i właśnie świętujemy jej kolejną rocznicę.

O szóstej pobudka. Otwieram oczy i widzę Niżne Tatry. Nieco po lewej rozpoznaję Chopoka. Orzechówki awanturują się tak głośno, że nie słyszę własnych myśli. Marek ustalił już gdzie ukryty jest szlak. Poranna toaleta z uwagi na okoliczności przyrody nie zajmuje nam zbyt wiele czasu. Równie naprędce zjadamy wytworne śniadanie na trawie i ruszamy w poszukiwaniu szlaku. Marek jest mistrzem azymutu. Po kilku minutach odnajdujemy ukryty w gęstwinie niebieski szlak. Lazurowe niebo zapowiada kolejny upalny dzień, a poranne temperatury potwierdzają Marka przewidywania, że temperatura 12 stopni (nawet na szczycie) graniczy z cudem. Ale ja już dobrze wiem, że cuda wszelkie jednak się zdarzają (zwłaszcza w górach), więc i w ten wierzę. Taszczymy na grzbietach odzież ochronną. Wiadomo, pogoda w górach gwałtownie się zmienia ;-)

Początkowo szlak prowadzi nas wśród powalonych przez Kalamitę pni drzew. Pomiędzy wyschniętymi kikutami świerków jakieś stadko ptaków urządza sobie wyścigi. Jest ich cała chmara. A ja zostawiłam w domu długoogniskowy obiektyw. A to pech! Ptaszki siadają całkiem blisko nas ale cóż... "pięćdziesiątką" to ja ich nie sfotografuję (próbowałam mimo to). Usiłuję ustalić co to za ptaszki ale bez powodzenia. Zajęta obserwacją ptaków całkiem zapomniałam, że mam po same kolana przemoczone poranną rosą spodnie. Idę wolniej niż Marek, zawsze tak mam ;-) na początku trasy. Za to przy zejściu jest na odwrót: Marek nie może dotrzymać mi kroku ;-) Poza nami nikt nie idzie tą trasą, a mocno zniszczone mostki, które licznie napotykamy na szlaku, świadczą, że nie jest on zbyt często uczęszczany.

Przy rozstaju szlaków spotykamy pierwszych turystów. Idą od strony Szczyrbskiego Stawu i najwyraźniej nie czytali tej co ja prognozy pogody. Wszyscy mają maleńkie plecaczki i na pewno nie ma w nich ani polarów, ani kurtek przeciwdeszczowych nie wspominając już o czapkach, szalikach i rękawiczkach. Tacy nieroztropni! Mnie to wręcz medal się należy, taka przezorna i zdyscyplinowana ze mnie taterniczka...

Niebieski szlak wiedzie nas spokojnie przez las i długo nie nabieramy wysokości. Niżne Tatry powoli kryją się za delikatną letnią mgiełkę. Ciekawi mnie skąd ma nadejść ten deszczowy kataklizm. Zapewne od strony Polski, bo na Słowacji ani śladu chmurki. Skoro ma po południu padać, to staramy się w miarę sprawnie, bez zbędnych postojów wejść na szczyt Krywania. Markowi udaje się wytrwać w tym postanowieniu ale mnie nie. To ja niosę aparat więc to mnie spowalniają liczne pokusy. Jakże inne są słowackie Tatry. Tutaj więcej jest przestrzeni, szlaki są długie i na szczyty wchodzi się z mozołem. Po mniej więcej godzinie wędrówki po raz pierwszy doświadczamy na szlaku tłoku. Tak już będzie do samego szczytu. Obserwuję ludzi. Różni wiekiem, zaczynając od kilkuletnich dzieci a na podeszłych wiekiem turystach kończąc, ale wszyscy pogodni, otwarci i w dobrej kondycji. Widać, że chodzą po górach. Pewnie dlatego te wszystkie czasy przejść są u Słowaków tak wyśrubowane ;-)

Trasa nie obfituje w zmieniające się widoki. Widzimy wciąż tę samą sylwetkę Krywania a za plecami zamglone Niskie Tatry. Nieco ciekawiej robi się przy Krywańskim Żlebie, skąd widać nieco Tatry Zachodnie. Zbiegają się tu dwa szlaki: niebieski i zielony, ten z Trzech Źródeł. Robi się jeszcze gwarniej, wzmaga się ruch na szlaku. Coraz częściej słyszymy polską mowę. Część ludzi decyduje się ominąć wejście na Mały Krywań i zmierza zamkniętym już, starym podejściem, którym dawniej biegł niebieski szlak. Rozładowuje to nieco tłok na oficjalnym szlaku. Nieaktualny już szlak prowadzi po niewygodnym, piargowym podłożu. Obecny wiedzie między skalnymi ścianami ale i tu raz po raz ktoś strąca kamienie. Trzeba być bardzo ostrożnym, nigdzie nie ma najmniejszych nawet sztucznych ułatwień choć niewątpliwie bardzo by się w kilku miejscach przydały. Co bardziej niecierpliwi szukają alternatywnych podejść, ja cierpliwie czekam aż skończy się kolejka schodzących. Pojawiają się pierwsze chmury i wydaje się, że spełni się prognoza pogody. Czy zdążymy wejść na szczyt? Tymczasem uświadamiam sobie, że schodzenia po tych mokrych skałach będzie nie lada wyczynem.

Na szczycie Małego Krywania zatrzymujemy się nieco dłużej, Marek zabiera ode mnie aparat i wyręcza mnie w fotografowaniu. Bo choć dotychczas trasa sama w sobie nas nie zauroczyła, to przyznać trzeba, że ukazują się nam coraz piękniejsze panoramy i widoki. Po raz pierwszy tego dnia widzimy Rysy i Gerlach. Faworytem Marka staje się Zielony Staw Ważecki. Położony na wysokości 2017 m n.p.m. w górnych partiach Doliny Ważeckiej zachwycił nas zielonkawą barwą, prawie tak czystą jak w Zielonym Stawie.
Krywańska Przełączka to płytka przełęcz między Krywaniem a Małym Krywaniem. Panorama widziana między wypiętrzeniami skalnymi zachęca nas do pozostania tu na kilka minut. Szczególnie ładnie prezentuje się stąd wspomniany Zielony Staw Ważecki.

Z Małego Krywania wydaje się już blisko na właściwy szczyt. To zaledwie 160 metrów różnicy poziomów. Za to jakiej różnicy! Dopiero tutaj zaczynam odczuwać pewną trudność. Bardzo specyficzną, ale moim zdaniem typową dla tego typu tras. Bo, owszem, szlak ze względu na długość i przewyższenie wymaga dobrej kondycji ale technicznie jest umiarkowanie trudny. Jednak jego trudność wzrasta wraz z ilością ludzi wchodzących i schodzących. Jak to określił jeden z chłopaków, którego mijaliśmy na szlaku- "prawdziwa bonanza". Ludzie idą gdzie chcą albo gdzie iść muszą czyli gdzie jest wolne miejsce. Zatem każdy, według własnego uznania, na szerokości około 20 metrów szuka najdogodniejszego miejsca - z różnym skutkiem.

Pytam kilkunastu schodzących ze szczytu ludzi "jak się wchodzi?" i otrzymuję skrajnie odmienne odpowiedzi. Pytam wyłącznie z ciekawości jak widzą to ci, którzy już tam byli i właśnie zeszli, czyli mają już za sobą wszystkie trudności. Dużo wcześniej przeczytałam w różnych miejscach równie zróżnicowane opinie. Jesteśmy bardzo subiektywni w swoich ocenach bo bardzo różne mamy doświadczenia, inaczej postrzegamy trudności itp. Byłam w wielu trudnych miejscach, o których się pisze z respektem dlatego dziwi mnie, że tak wiele osób lekceważy niebezpieczeństwa związane z tym właśnie miejscem. Dużo bezpieczniej czułam się zdobywając Rysy, przemierzając Czerwoną Ławkę, Kozią Przełęcz, Ostrego Rohacza. Ponadto tam były sztuczne ułatwienia, których na Krywaniu brak.
Ilość ludzi w końcowej części szlaku na Krywań stanowi również duże potencjalne zagrożenie. Czasem mam uczucie, że niewiele brakuje abyśmy chodzili sobie po rękach. Tłoku na szlaku w słowackich Tatrach doświadczam po raz pierwszy i jest to zdecydowanie nieprzyjemne. Ludzie ci byli wobec siebie mili i życzliwie nastawieni, z poczuciem humoru podchodzili do wielu trudnych sytuacji, co pozwalało rozładować napięcia, ale wcale nie pomniejszało to ryzyka, że jeśli pan w trampkach zjedzie w dół, to pociągnie za sobą kilkunastu innych ludzi, którzy niechybnie znajdą się na jego wyznaczonej prawami fizyki prostej, czyli grawitacją na przykład.

Kiedy zawisłam na skale bezradnie szukając podparcia dla nóg i rąk zobaczyłam pod sobą młodą dziewczynę, ślicznę blondynkę, która cierpliwie czekała, aż się zdecyduję w którą pójść dalej stronę. Niemal w tym samym momencie szybujacy nad nami kruk wydał z siebie przejmujace kraczenie. "Kruki - mówi Słowaczka, palcem celując w niebo - budują atmosferę bezpieczeństwa".

Pod koniec trasa wiedzie nas na piramidalny szczyt Krywania południowo-zachodnią skalistą granią. Marek idzie z przodu i szacuje trudności, podpowiada mi gdzie się skierować. Słucham jego rad, ale czasami szukam własnych rozwiązań.

Niepostrzeżenie stajemy na szczycie. Jest godzina 14:00 czasu polskiego ;-)
Wow!!! Widok, że klękajcie narody!!! Rysy, Gerlach, Łomnica, Lodowy Szczyt, Mięguszowieckie Szczyty, cała Orla Perć, Miedziane, Koprowy Wierch... i oczywiście Tatry Zachodnie.

Jednak warto było się tu wdrapać. Krywań ma też największą w całych Tatrach wysokość względną. Piętrzy się 1300 m powyżej Doliny Koprowej. Ta przestrzeń musi robić wrażenie. Zdejmujemy ciężkie plecaki i oddajemy się błogiej chwili spełnienia. Na szczycie panuje tłok ale ludzie są wobec siebie życzliwie nastawieni. Ktoś chętnie robi nam zdjęcia, potem my fotografujemy kilkanaście różnych par i rodzin: pod krzyżem, na skraju przepaści... każdemu według indywidualnych potrzeb.
Na szczycie Polacy stanowią wprawdzie mniejszość narodową ale jest tam nas całkiem sporo. To, co najbardziej mi się na szczycie podobało, poza panoramą oczywiście, to niezwykle serdeczna i radosna atmosfera jaką stworzyli przebywający tam ludzie. Poznajemy tam dwie urocze dziewczyny: Martę i Dominikę. Wymieniamy się górskimi wzruszeniami i doświadczeniami, fotografujemy razem i osobno.

Sceneria zmienia się dość szybko, raz jest stalowo-słoneczna a raz stalowo-pochmurna. Temperatura na szczycie oscyluje w granicach 30 stopni. Na dnie plecaka leżą zimowe akcesoria. To i tak nieźle, że raki zostały w domu. Nic nie zapowiada gwałtownego ochłodzenia lub rychłego deszczu z gradobiciem.
Na szczycie Krywania spędzadzamy półtorej godziny. Patrzymy na okoliczne szczyty i przypominamy sobie nasze wędrówki. Tam byliśmy: Rysy, Koprowy, Przełęcz pod Chłopkiem, Szpiglas, Świnica, Zawrat, Orla Perć, Czerwone Wierchy, Giewont, Kasprowy Wierch, Bystra, Baraniec. Najbardziej podoba mi się widok na Dolinę Niewcyrka, Niżni i Wyżni Teriański Staw. Chętnie zostałabym tu na zachód słońca gdyby nie perspektywa zejścia.

O 15:30 (również czasu polskiego) ruszamy w dół. Niektóre miejsca między szczytem Krywania a Krywańską Przełączką pokonuję z użyciem pupy ;-) zdecydowanie łatwiej było wejść niż schodzić. Dziwi mnie, że nadal ludzie podchodzą na szczyt. Na Przełączce znów się zatrzymujemy. Słyszę spadające gdzieś na szlaku kamienie. Na Małym Krywaniu dostrzegam grupę ludzi. Co to, to nie! Buntuję się. Pomimo protestów Marka decyduję się zejść starym piargowym szlakiem. Zarówno przede mną jak i za mną idą inni ludzie. Trudno. Idę ostrożnie aby nie zjechać po stromym i osuwistym podłożu, często ratuję się kijkami trekingowymi. Słusznie, że zamknięto ten odcinek, bo ta ilość ludzi, która się przemieszcza na Krywań, ustawiłaby się tu w długiej kolejce a co bardziej nerwowi, usiłując ominąć innych, zjeżdżaliby na oślep w dół. Kiedy dochodzę do Rozdroża pod Krywaniem czeka tam już na mnie Marek.
Dalej idziemy już inną drogą niż rano. Ciekawi jesteśmy jak wygląda trasa do Trzech Źródeł a przede wszystkim co widać z polanki pod Wyżnią Prehybą. Zabawiamy na polance kolejną godzinę. Zjadamy kanapki a na deser pyszną imbirową czekoladę. Urzekają mnie liczne kępki kwitnącego wrzosu. Niezwykle malowniczo wygląda spomiędzy nich skalista kopuła Krywania. Z przyjemnością wylegujemy się na miękkim, trawiastym dywanie. Popołudniowe słońce miękko rozświetla majestatyczną sylwetkę Krywania.

Do Trzech Źródeł schodzimy w błyskawicznym tempie. Perspektywa powrotu do naszego auta pozostawionego w Białym Wagu nieco mnie przeraża. Przypominam sobie naszą nocną wędrówkę rok temu, z Wyżnych Hagów do parkingu przy Nowym Szczyrbskim Jeziorze, całe 6 km. Tym razem, jeśli nie znajdziemy transportu będziemy musieli znów pokonać piechotą, nomen omen, 6 km asfaltem lub leśnym traktem. Ani pierwsza, ani druga opcja nie wywołują we mnie entuzjazmu. Marek zwalnia ale ja postanawiam nie zatrzymywać się i co sił pędzę do Trzech Źródeł. Dopiero tam odkrywam, że klucze od auta zostały w plecaku Marka. Zrezygnowana siadam na drewnianej ławeczce i czekając na męża zjadam ostatnią kanapkę. Po 5 minutach zjawia się zmachany i zziajany Marek. Teraz już razem zmierzamy w kierunku najbliższego parkingu. Tam stoi już tylko jedno-jedyne auto. Obok niego krząta się trzech mężczyn. Marek bez przekonania pyta, czy podrzucą nas do Białego Wagu. Chłopaki godzą się i natychmiast zaczynamy sobie na zmianę opowiadać gdzie kto był dzisiejszego dnia. Oni zawędrowali na Gładką Przełęcz. Wdajemy się w miłą pogawędkę na temat urody Słowacji. Potem zachęcamy ich do odwiedzenia polskiej części Tatr, której jeszcze nie znają. Przy naszym aucie robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Nasi popradzcy wybawiciele jutro zamierzają udać się nad wodospad Skok a my... na Predne Solisko... Z całego serca dziękujemy Słowakom za pomoc :-) Na pożegnanie robimy sobie wspólne zdjęcie.

Czuję się cudownie ocalona. Od razu poprawia mi się humor ale na kolejny nocleg w aucie i jutrzejszą wycieczkę nie mamy już ochoty. Nie sprawdziły się pogodowe przepowiednie żar lał się z nieba zamiast zapowiadanego deszczu. I całe szczęście. Czuję na sobie kryształki soli. Marzę o gorącym prysznicu.

Jeszcze przed północą zasypiamy we własnym łóżku, z widokiem na Babią Górę. Tu również hałasuje puszczyk i zgraja świerszczy. Do koncertu co chwilkę włącza się nowo przybyły do naszego stawu kumak. O piątej rano budzi nas kogut sąsiada. Balansując na granicy snu i jawy zastanawiam się gdzie pójdziemy następnym razem: Sławkowski? Salatyn? Banikov?
Jest tyle gór do zdobycia!
A przed nami jesień. Na dnie plecaków leżą kurtki, polary, czapki, rękawiczki. Właściwie to jesteśmy już spakowani na następną wyprawę ;-)

Podziel się z innymi swoją opinią...