Sylwester w górach...
czyli Sidzińskie Pasionki tuż przed...

Ten ostatni dzień w roku chcemy mimo wszystko spędzić w górach.
Ale jak to zrobić skoro przyjęliśmy już zaproszenie od przyjaciół na wspólną imprezę?
Dzisiaj są Marka urodziny, więc chcę byśmy pomimo licznych przeszkód, spędzili je tak, jak on sobie tego życzy. Marek życzy sobie pójść na Halę Krupową.
Kwadrans przed dwunastą Mati wyjeżdża na narty, a my wyekspediowawszy (czy takie słowo w ogóle istnieje???) go z domu, szybko zbieramy się do wyjazdu. Decydujemy się na najkrótsze, zatem najszybsze podejście na Halę, bo z Sidziny, a dokładnie z Wielkiej Polany.

Na miejscu jesteśmy o 13:30. Słoneczna pogoda utwierdza nas w pewności, że słusznie postąpiliśmy opuszczając ciepłe pielesze naszego kochanego domku. Czasu mamy nie za wiele, bo najpóźniej o dwudziestej pierwszej mamy być już na uroczystej kolacji.

Na trasie jest niewiele śniegu a ponadto droga jest znakomicie udeptana. Początkowo idziemy czarnym szlakiem, ale wkrótce skręcamy na drogę gospodarczą, gdyż na jej wielkim zakręcie - takim na 180°
widać po raz pierwszy rozległą panoramę Tatr - taką na 180°
od końca do końca.

Następna taka będzie dopiero za godzinę, bo tyle trzeba czasu aby wejść stąd na Halę. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy gdy się cały czas idzie.

My co chwilkę po coś się zatrzymujemy. Najpierw po to aby ponazywać sobie szczyty ;-)

Potem po to, aby obfotografować je z najróżniejszym pierwszym planem ;-) Następnie aby obfotografować je na maksymalnym zbliżeniu.

Marek preferuje przysłonę 5,6 a ja 8. No to wszystkie ujęcia robimy podwójnie: po Markowemu i po mojemu ;-) Ponadto testujemy nowy obiektyw rozpływając się w zachwytach nad jego ostrością, jasnością etc.

Na koniec oboje zgadzamy się wyłącznie w jednej kwestii: to absolutny rekord, czyli wejście na halę w 2,5 godziny - sic!
Wątpię aby kiedykolwiek, ktokolwiek, gdziekolwiek tak się guzdrał :-)

Na wzgórku nad schroniskiem zwanym Jasną Górą jesteśmy o 16:00.
Właśnie zachodzi słońce i Jasna Góra szybko pogrąża się w gęstniejącym mroku.

Na Kucałowej Przełęczy 1148 m n.p.m.

Tatry utulone różem, wokół skrzypi śnieg, cisza jak makiem zasiał...

Pokryty trawą wierzchołek stanowi znakomity punkt widokowy w kierunku zachodnim, północno-zachodnim i wschodnim. Rozciąga się stąd rozległa panorama widokowa obejmująca szczyt Policy, Pasmo Jałowieckie, Beskid Śląski i Mały oraz pobliski grzbiet Okrąglicy. Na stokach południowo-wschodnich Jasnej Góry znajduje się schronisko PTTK na Hali Krupowej a właściwie na Polanie Sidzińskie Pasionki. Właściwa Hala Krupowa znajduje się na południowo-wschodnich, podwierzchołkowych stokach Okrąglicy. Mnie dużo bardziej podoba się nazwa Sidzińskie Pasionki.

Historia schroniska na Hali Krupowej szczegółowo została opisana w "Gazecie Górskiej" Rok XXIV nr 4 (96) jesień 2016. Losy samego schroniska, jak i związanych z nim ludzi, były dramatyczne w okresie II Wojny Światowej. Samo spalenie obiektu przez Niemców 14 X 1944 roku jest niczym wobec zamordowania przez nich dwóch kilkunastoletnich chłopców oskarżonych o powiązania z partyzantami.

W czasie wojny rejon Policy był miejscem licznych zgrupowań oddziałów partyzanckich, które pod koniec wojny wzmogły swoją aktywność. Na Hali Krupowej odbywały się także zrzuty lotnicze z zaopatrzeniem dla partyzantów.

9 X 1955 roku nastąpiło uroczyste otwarcie funkcjonującego do dziś schroniska. Jak pisze we wspomnianym kwartalniku Jerzy Kapłon w tym dniu odbył się I Zlot Turystów na Hali Krupowej a udział w nim wzięło 420 osób. Może właśnie od tego zlotu wzięła się nazwa schroniska?

Szczęście raczej owemu schronisku długo nie dopisywało. Aż wreszcie w roku 1991 trafiło w ręce obecnego gospodarza, który widać (po czynach) oddał mu serce i duszę. Schronisko rozkwitło dzięki niemu i nadal się rozwija. To taka moja bardzo osobista refleksja ;-) ...ale też równie bardzo obiektywna ;-)

Schronisko posiada 38 miejsc noclegowych. Jest tu też odrobina luksusu: dwa pokoje dwuosobowe, jeden z łazienką a drugi z toaletą.

Do jego wnętrza wchodzimy kiedy już na dobre zapada zmrok.

W jadalni ukryły się dwa psy. Psy do kogoś należały bo mają założone na szyjach obroże ale teraz nie wiadomo kto jest ich panem. Kilkoro młodych ludzi na polecenie gospodarza schroniska usiłuje wyprowadzić psy na zewnątrz. Na nic ich starania, psy są niezwykle przebiegłe. Do akcji wkracza Marek i łapiąc kolejno psy za zady "nakłania" je do opuszczenia jadalni. Dopiero teraz zamawiamy żurek z kiełbasą i jajkiem i jest to najpyszniejsza zupa jaką ostatnio jadłam ;-)

Kiedy tak z jadalni patrzę w ciemność, oczyma duszy widzę na horyzoncie Tatry. Marek ze studentami łapie psiaki a ja snuję plany (mnie psy w jadalni nie przeszkadzały, jeśli o mnie chodzi, to mogły zostać). Plany mam proste, "znaczysie" wykonalne. Mianowicie jak tylko nadarzy mi się taka sposobność to spakuję do plecaka kilka książek, brulion, pióro, szydełko, kilka motków włóczki, zapas baterii i kart pamięci, aparat, statyw, słuchawki, ulubioną muzykę i... zamieszkam tu na kilka dni, napatrzę się na Tatry, naczytam wreszcie, wyszydełkuję nowy pled (dotychczasowe porozdawałam, a mnie też jakiś by się przecież przydał), nasłucham się czekających w kolejce płyt...

Zanurzona w marzeniach mimochodem zauważam, że Hiszpanka, z powodu której cała polska młodzież, zgromadzona w tym dniu w schronisku mówiła po angielsku, robi na drutach coś. Ona dzierga i rezolutnie rozprawia coś po angielsku. Obok dziewczyna wyglądająca jak nastolatka opowiada po angielsku o swoich przeżyciach z pobytu w Izraelu. Doprawdy śliczny to obrazek obyczajowy.

Od Anity, mojej młodej, duńskiej przyjaciółki, dostałam w prezencie świątecznym książkę pt.: "Hygge. Klucz do szczęścia" autorstwa Meik Wiking. I ten obrazek, który teraz mam przed oczami może stanowić ilustrację dla słowa "hyggeligt".

Książkę przeczytałam jednego wieczoru od początku do końca i kiedy MMŻ zapytał o czym była, to odpowiedziałam, że ... O NAS :-)
W poprzednim życiu byłam widać Dunką ;-)

Poznana przy okazji łapania piesków grupa młodych ludzi zaprasza nas na sylwestrowe ognisko i nawet przez chwilę rozważamy taką możliwość, bo są wolne miejsca w pokojach ale... przecież umówiliśmy się już z bliskimi nam ludźmi na tę sylwestrową noc.

Tymczasem Krupowa Hiszpanka i Krupowi Polacy ze swadą trajkotają po angielsku. Na zabawę sylwestrową zapraszają nas z polską i hiszpańską gościnnością. O 17:00 rozpoczynamy zejście w towarzystwie jednego z piesków. Schodziliśmy przy świetele czołówek i księżyca. Na szlaku mijaliśmy jeszcze kilka osób zmierzających do schroniska, zapewne na ową sylwestrową zabawę. Świadczył o tym zarówno ich strój jak i znajomy dźwięk wydobywający się z ich bagaży ;-)

Gwiazdy jakoś kiepsko świeciły ale i tak fotografowaliśmy nocne niebo i Tatry.
O 18:15 jesteśmy już w samochodzie.

Moja przyjaciółka Kasia była w tym czasie ze swoimi znajomymi na Leskowcu. Kiedy w drodze powrotnej wymieniałyśmy się wrażeniami, moją uwagę szczególnie zaprzątła jedna myśl: Sylwester w górach... taki z kuligiem... ogniskiem... przy kominku...

Hmmm... Dzisiaj prawie się udało ;-)

Udało się nam wrócić do domu, nakramić koty, przebrać w stosowny do okoliczności strój i zdążyć na umówioną godzinę na sylwestrowe przyjęcie.

Góry zachwyciły nas tak bardzo, że mieliśmy szczerą nadzieję wejść nazajutrz na Babią Górę...

Ale do domu wróciliśmy o czwartej nad ranem i na planach się skończyło.


zobacz wszystkie zdjęcia

Podziel się z innymi swoją opinią...