Jarmark kultur i obyczajów
czyli...
znów zakwitły w Tatrach krokusy

Kiedy zakwitają na tatrzańskich polanach krokusy zapraszamy na spotkanie z tym cudem rodziców Marka. Cieszymy się, że przyjmują zaproszenie i z niecierpliwością wyczekujemy aż stopnieje śnieg na Polanie Chochołowskiej.
25 kwietnia 2015 r. podobnie jak kilka tysięcy innych ludzi udajemy się na wycieczkę do najdłuższej tatrzańskiej doliny.

Jak co roku... zakwitły krokusy na Polanie Chochołowskiej. I właściwie wszystko działo się według tego samego scenariusza, i scenki rodzajowe były takie same, tyleż komiczne co groteskowe. Jednak ja byłam już inna.
Może uległam demoralizacji na skutek długoletniego oddziaływania tłumu?
A może dokonałam prostej refeksji, że skoro rok w rok krokusy zakwitają masowo, pomimo corocznego zadeptywania je przez sporą część populacji zachwyconej urodą krokusów, to znaczy że deptanie wcale im tak dramatycznie nie szkodzi?
Już się tak szczerze nie oburzałam i nie cierpiałam patrząc na tych "wrażliwych bardziej", którzy pchani tym silnym wewnętrznym imperatywem hasali pośród łanów dopiero co rozkwitłych kwiatów. Pojawił się we mnie nawet pewien rodzaj pobłażliwości i ciekawości dotyczącej sposobu jak owi ponadprzeciętnie uwrażliwieni na bliskie obcowanie z naturą radzą sobie z łamaniem zakazu wstępu na ukwiecone łąki?

- No chodź! - woła dziewczyna do swojego chłopaka.
- Tu jest ścieżka do schroniska. Udeptana. - dodaje chcą go nakłonić do zmiany przekonań.
- Zapłaci pan mandat - informuje go Nobliwa Pani z dezaprobatą przyglądająca się młodej, zgrabnej panience podrygujacej pośród krokusów.
- Pani! Nikt tu nic nie zapłaci - sprowadza ją do rzeczywistości Racjonalny Facet.
Chłopak Krokusowej Panienki stoi rozdarty i nie wie co zrobić.
- Chodźże! - ponagla go - Wszyscu tu chodzą!

I faktycznie, za sprawą magi jej słów, kilkoro mniej przekonanych "przyrodników" wkracza na rzekomą ścieżkę. Tylko gdzie ta ścieżka? Rozglądam się nie i widzę. Wkrótce się pojawi, na pewno. Kilkanaście osób, w tym chłopak Krokusowej Panienki w zachwycie podąża do schroniska na skróty.
Inna Pani z Wdziękiem lawiruje między kępkami krokusów. Widać jak bardzo się stara nie zadeptać rozwiniętych kwiatów. Tym, które dopiero co wychyliły się spomiędzy liści, nie będzie dane zakwitnąć. A co? Skąd ona ma wiedzieć, że te igiełki to krokusy?
- Powinni oni o tym tu napisać. - komentuje krótko.
Tymczasem tam jest napisane, że wstęp wzbroniony. Tam jest, a tu nie ma. O!
- I gdzie się pan pchasz? - bezpardonowo syczy ubrana surviwalowo Pani Inna do Pana Eleganckiego.
- Wszyscy to robią! - odpowiada jej ów pan niby niedbale ale jakoś bez przekonania.
Stracił też napęd i najwyraźniej całą przyjemność z wąchania krokusów.
- Krokusy nie pachną! - infromuje go pewna Doświadczona Pani.
Ta pani pachnie. Czuję zapach jej perfum, który unosi się wokół niej niczym niewidzialny obłok.
- Proszę państwa, proszę zejść z polany, w państwa kierunku zmierza żmija! - infromuje Uprzejmy Pan.
No, na to bym nie wpadła - myślę z szacunkiem o jego podstępie.
Ale, ale! To żaden podstęp! Prawdziwa żmija wije się między krokusami. Natychmiast zmieniam obiektyw na długoogniskowy i robię jej sesję zdjęciową, tym samym stając się sprawcą swoistej roszady: z polany w pośpiechu uciekają miłośnicy krokusów, za to wkraczają na nią wielbiciele żmij.

Na polanie obecni byli również turyści innych narodowości - Węgrzy, Włosi, Francuzi... Ale oni nie rozumieli napisanej po polsku tabliczki
OCHRONA KROKUSÓW - WSTĘP WZBRONIONY
Ciekawe, skąd wiedzieli, że nie wolno ich deptać???

Tego dnia zabrakło miejsca na kilku parkingach w okolicach wlotu do Siwej Polany. Tłum ludzi z całej Polski (informowały o tym tablice rejestracyjne samochodów) zmierzał na spotkanie z ametystowym cudem natury: ludzie w szerokim spektrum wiekowym, kulturowym i obyczajowym, rodzice pchający wózki, mamy z niemowlętami przytroczonymi do ich piersi za pomocą kolorowych chust, rodzinki z radośnie brykającymi dziećmi, państwo nowożeńcy w asyście fotografa i wizażystki, emeryci... studenci... naukowcy i politycy też ;-)
Co bardziej majętni wjeżdżali na Polanę bryczkami konnymi powożonymi przez ubranych na ludowo górali. Nieliczna grupa rowerzystów dzielnie pokonała śnieżne błoto. Spotkaliśmy także sporo narciarzy, którzy na własnych plecach wnosili sprzęt.
Prawie każdy, jak to w tłumie, zanurzony we własnym świecie.

I w pewnym momencie czas mi się zatrzymuje: stop klatka. Obserwuję co się dzieje wokół. Widzę pędzącą w dół bryczkę, koła chlapią na boki śniegową breją, ludzie pokornie i sprawnie rozstępują się na boki, Mąż Mój Własny wyczekuje dogodnego momentu czyli tzw. luki, aby zrobić mi zdjęcie na tle chochołowskich mnichów...
i w samym środku "mojego kadru" młody mężczyzna, mijając się ze wspomnianą bryczką, upada w lodową kałużę.
- Jak jeździsz! - woła w kierunku oddalającego się woźnicy.
I tu mi się czas zatrzymał. Mężczyzna szybko podnosi się z ziemi, odrzuca w tył wielki pęk blond dredów i napotykając na moje spojrzenie uśmiecha się...
- Żartowałem! -mówi.
Tymczasem ja, jak zahipnotyzowana, odprowadzam go wzrokiem. Moją uwagę zaprzątnęły jego bose stopy ubrane w japonki! I czarne, wełniane prawdziwie hippisowskie dzwony (takie spodnie). Natychmiast przez pamięć przelatuje mi całe 9 km jakie w nich przebył, w lodowo-kamienisto-błotnym terenie. Mam wyjątkowo kretyński wyraz twarzy - zobaczyłam to wieczorem na zdjęciu, które wtedy zrobił mi Marek.

Dredowo - klapkowy Pan pozostawił we mnie silne wrażenie. Był dla mnie gwoździem programu, zaimponował mi swoją determinacją i poczuciem humoru, zażartował z wszystkich a nawet z samego siebie, zakwestionawał co normalnością jest, a co nie, postawił pytanie o granice wolności osobistej i ogólnie przyjętych norm. I czy pozostałe osoby nie zauważyły całej zabawności jego manifestacji/mistyfikacji bo tacy są tolerancyjni, czy też tak bardzo "w sobie samych"?

Za rok na pewno znów się wybierzemy na ten jarmark kultur i obyczajów. Bo co tam krokusy! Były, są i będą. Przecież wszystkich ich nie zadeptają. Przecież nie wszyscy po nich depczą! Coś ocaleje dla przyszłych pokoleń. A ten kabaret krokusowy to jest dopiero ewenement. Na skalę światową! Tego dnia przekonałam się jak olbrzymi potencjał drzemie w narodzie.
I jeszcze jedno. Obalił się we mnie mit, że górale po Tatrach nie chodzą. A chodzą właśnie!
I było ich więcej niż innych nacji. Mam na to twardy dowód: ilość osób stojących w kolejce po bilety wstępu na teren doliny była znacząco mniejsza od ilości osób z "ośmiu uprawnionych wsi" - które to korzystały z darmowego prawa wstępu :-)
I tej wersji postanowiłam się trzymać. Na pamiątkę zachowaliśmy bilety wstępu. Bo ja góralką jestem ale... beskidzką. I swój honor mam :-)



Następną wycieczkę planujemy na Giewont. Tam to dopiero będzie się działo!

Dorota





W drodze powrotnej, wspierając lokalną przedsiębiorczość
i na cześć owiec, za sprawą których tak cudnie kwitną krokusy,
zakupiliśmy prawdziwy owczy ser.



Podziel się z innymi swoją opinią...