SZAFRAN SPISKI
czyli kieluchy, krokusy w Dolinie Chochołowskiej


22 kwietnia 2012


-Kwitną! – usłyszałam w słuchawce telefonu uprzejmy głos pani recepcjonistki ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej po czym natychmiast rozpowszechniam informację wśród znajomych, zainteresowanych wyjazdem na spotkanie z krokusami.



Kiedy wjeżdżamy w drogę wiodąca na Siwą Polanę już jest dla nas jasne, że dolina przeżywa niedzielne oblężenie, prawdziwy najazd spragnionych kwietnych wzruszeń, takich jak i my turystów. O tym, że jestem jedną z nich staram się pamiętać cały czas aby poprzez tę świadomość z pokorą znosić związane z tłumem niedogodności. Poszło precz marzenie o ciszy i spokoju, śpiewu ptaków nie słychać. Może i śpiewają ale ich głos ginie w gwarze rozmów, dziecięcych pisków i pohukiwań sfrustrowanych rodzicieli, przywołujących swoje maluchy do porządku. Czuję się jak onegdaj na nadmorskim deptaku. Piesi, rowerzyści, klienci chochołowskiego tramwaju i góralskich dorożek- wszyscy zmierzają do Doliny Chochołowskiej aby ucieszyć oczy kobiercami krokusów. Chłopaki z grubsza policzyli parkujące na polanie samochody: około 500 samochodów osobowych i 8 autokarów oraz pasażerowie zakopiańskich busów. Śmiało szacujemy, że nasza pięcioosobowa ekipa stanowi zaledwie 0,1% masy tłumu. Czuję się jakoś nieswojo w tym tłumie, w ogóle nie czuję atmosfery gór. Skupiam się na obserwowaniu (i podsłuchiwaniu) ludzi. Są tu reprezentanci prawie wszystkich grup wiekowych choć młodzieży zdecydowanie najmniej. Uczestnikami tegorocznej niedzielnej krokusowej wycieczki są głównie emeryci i rodziny z małymi dziećmi.


Gładko zatem wpisujemy się w tłum, zlewamy się z nim i wyróżniamy jedynie plecakami - jak zwykle ogromnymi. Oba Marki niosą picie i kanapki oraz ciepłą odzież dla naszej ekipy. Poza nami mało kto taszczy ze sobą jakikolwiek bagaż. Ilość zmierzających przede mną, za mną i obok mnie turystów sprawia, że spinam się i prawie natychmiast reaguję nerwicowo ;-) Zwalczam jednak w sobie potrzebę liczenia plecaków ;-) (I w ten oto sposób rozpoczęłam walkę z samą sobą, która następnie kontynuowałam prawie przez całą naszą wycieczkę). Tymczasem idziemy wchłonięci przez tłum szeroką, błotnisto-śnieżną drogą co chwilkę schodząc z drogi niecierpliwym góralom powożącym bryczkami. Póki co większość idzie w tym samym co i my kierunku (choć właściwie to zwrot się liczy). Czasem jednak dochodzi do zabawnych nieporozumień.


Od 9 kwietnia 2008 r. na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego obowiązuje ruch prawostronny. Dolina Chochołowska należy jednak do Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi z siedzibą w Witowie a Tatrzański Park Narodowy jedynie nadzoruje jej działalność. Bilet wstępu do Doliny Chochołowskiej nie upoważnia do wejścia do TPN. Wspólnota ma wiele praw, z których korzysta. I tak na przykład zdecydowała o uruchomieniu kolejki, czego nie ma w innych tatrzańskich dolinach. Na szlaku wypełnionym tłumem piechurów, rowerzystami, bryczkami i wreszcie kolejką ciągniętą przez traktor wcale nie jest takie oczywiste kto ma pierwszeństwo, kto komu i w którą stronę schodzi z drogi. Ostatecznie zawsze zwycięża silniejszy. Kiedy spotykamy przy schronisku dwa psy, na dodatek bez kagańców, pomału przestaję się dziwić czemukolwiek.



Bez mała pięciotysięczny tłum niczym mrówki wpełzł na rozświetloną promieniami słońca polanę. Budująco dużo ludzi respektuje zakaz wchodzenia na łąkę. Przerażająco dużo daje się uwieść wdziękowi kwiatów i ulega pokusie zanurzenia się w fioletowym kwieciu oczywiście w celach fotograficznych. Mam gulę w gardle i co chwilkę zwracam uwagę na zakaz deptania kwiatów. Jedni szybko się mitygują i speszeni wracają na szlak, ale są i tacy, którzy uparcie twierdzą, że oni przecież kwiatów nie depczą, ostrożnie stąpają przecież pomiędzy kwitnącymi kielichami (czyli depcą te jeszcze nierozwinięte). Jedna z pań, w wieku około lat sześćdziesięciu, uświadamia mnie, że się czepiam, bo przed chwilką przechodził obok leśniczy i nic jej nie powiedział. Rozglądam się za „leśniczym”. Nie widzę go, za to widzę innych miłośników przyrody.




Pan w dojrzałym wieku biegnie w głąb polany, kładzie się na kwiatach i telefonem komórkowym fotografuje krokusy. Wtedy się poddaję. Marek przytula mnie i oboje zaczynamy się śmiać. Może jednak nie zadepczą ich na śmierć? Za to będą mogli pochwalić się znajomym fotką z krokusami pod stopami.


Po krokusowej polanie hasały wcale nie dzieci ani ta zdziczała rzekomo młodzież ale ludzie wyraźnie już w dojrzałym wieku. Nie interweniowałam więcej.


Schronisko zapchane, rezygnujemy z ciepłego posiłku zniechęceni długaśną kolejką. Do toalety kolejki jeszcze dłuższe. Co bardziej odważne panie ustawiają się w kolejce do męskiej, stoję i ja w silnej obstawie czterech muszkieterów.


Krokusy kwitną jak nigdy wcześniej nie widziałam. To niewątpliwie cud natury. Marek objaśnia chłopakom myrmekochorię czyli mrówkosiewność1. Ja dobitnie podkreślam, że w Polsce krokusy objęte są ścisłą ochroną. I właściwie to jego liczne występowanie wcale takie znowu naturalne nie jest. Ot cały paradoks!


Kiedy zaczęto chronić krokusy szybko okazało się, że bez pomocy człowieka a właściwie hodowanych przez niego owiec szafran spiski zginie. Dlatego na przykład tu, na Polanie Chochołowskiej, przywrócono kulturowy wypas owiec. Krokusy mogą rosnąć wyłącznie na wynawożonych łąkach, nie oranych lecz koszonych bądź wyjadanych przez owce. Wysoka roślinność trawiasta zagłusza krokusy. Dopóki będą owce, dopóty będą szafrany - delikatne fioletowe kwiaty wiosny. Poza Tatrami krokusy można jeszcze spotkać w Babiogórskim i Gorczańskim Parku Narodowym. Przepięknie kwitną na hali pod Turbaczem.


Znakomicie czuję się w towarzystwie czwórki przystojnych mężczyzn, wrażliwych na piękno i nie zauważam już aktów wandalizmu dokonywanych na delikatnych kwiatach. Marek wytłumaczył mi, że teraz ktoś inny zajmie się ksztatowaniem proekologicznych postaw w średnim pokoleniu Polaków.


Oboje cieszymy się z ekologicznej świadomości najmłodszych uczestników naszej wycieczki - Mateusza i Wiktora. Chłopaki po prostu, bez dziewczyńskiej egzaltacji doceniają intensywność fioletu i nieskończone bogactwo jego odcieni. Okrążamy dolinkę dwa razy, zjadamy smakowite kanapki i wracamy. Jestem podwójnie szczęśliwa, bo moi panowie pozwolili mi się fotografować a nawet nie robili głupich/inteligentnych min i cierpliwie towarzyszyli mi podczas fotografowania krokusów.


Wracam przepełniona szczęściem. Ledwo wsiedliśmy do auta jak z nieba lunął sążnisty deszcz - przewidywany przez synoptyków. Marek zatrzymuje mi się jeszcze po drodze abym mogła sfotografować chmurno-świetlny spektakl, jaki rozgrywa się nad Tatrami a potem nad Pilskiem i Babią. Skąd w nich tyle cierpliwej życzliwości?
Na fali wszechogarniającej mnie wdzięczności proponuję, że upiekę im pizzę. Ochoczo na to przystają i czym prędzej składają zamówienia: Markoni życzy sobie Capri a Marek hawajską, Mati i Wiktor z szynką i serem. Co? 4 pizze? Ale ja mam jeszcze kilka stosów prania do prasowania!!! Niedzielna wycieczka w Dolinę Chochołowską dostarczyła mi jednak tyle energii, że starczyło jej również na prasowanie. Bo to prawda, że miłość może góry przenosić!
Nazwa łacińska Crocus jest zlatynizowaną grecką nazwą znamion szafranu uprawnego, która brzmi kroke=nić. Polska nazwa szafran pochodzi od arabskiego słowa "safra" określającego żółtą farbę (szafran w dużym rozcieńczeniu barwi wodę na kolor żółty).



Na powrót wybraliśmy dłuższą, lecz widokową drogę przez Czarny Dunajec i Jabłonkę. Stąd rozpościera się rozległa panorama Tatr. Deszcz ustał jak na zawołanie, a spod ciężkich, ołowianych chmur wynurzyły się ośnieżone szczyty.

Podziel się z innymi swoją opinią...