Miłość od pierwszego spojrzenia

Nie wiem jak się to stało, ale wiedząc że czeka nas długa trasa, wybraliśmy się w góry trochę późnawo. Dopiero po jedenastej przekroczyliśmy szlaban na Polanie Palenica. Przed nami jak zwykle tłumy, a dziś nawet jeszcze większe, bo remontowana obecnie droga do Morskiego Oka, jest dostępna dla turytstyki jedynie w wekendy. Zatem wwszyscy czekają na sobotę i niedzielę by w miar e bezproblemowo dotrzeć w pobliże Rysów. Hałas i gwar dawał się we znaki. Już kilkadziesiąt metrów dalej asfaltówka kończyła się szlabanem, przy którym stały dwie urocze wolontariuszki i kierowały ruch pieszy w lewo, na drogę zaopatrzeniową dla Schroniska Roztoka. Zgodnie z ich sugestią przekraczamy Białkę i wchodzimy w ciemny, gęsty, świerkowy las. W powietrzu wilgoć i przyjemny chłód. Co prawda nadal otaczają nas tłumy, ale idzie się już zdecydowanie lepiej - przynajmniej nie ma cuchnącego asfaltu pod stopami. Po drodze mijamy Niżnią Polanę pod Wołoszynem której nigdy do tej pory nie widziałem. Dobrze że jest zagrodzona taśmami, bo tu i ówdzie słychać głosy: "ach, jakby się na takiej polance wylożyć i pospać!" Nietrudno sobie wyobrazić jak wyglądałaby, gdyby nie było tych taśm! A może pojawiłby się nawet jakiś namiocik z napisem "Tyskie"?

Idziemy dalej i pół do dwunastej docieramy do Schroniska Roztoka. Jestem tu po raz pierwszy - schronisko to leży zupełnie nie po drodze, więc jakoś do tej pory nie było okazji... Niestety tłumy oblegające schronisko nie zachęcaja do wejścia do środka, więc śpiesznie, zielonym szlakiem ruszamy dalej w stronę Wodogrzmotów Mickiewicza. O 11.45 przekraczamy znajomą asfaltówkę i kontynuujemy marsz zielonym szlakiem wiodacym Doliną Roztoki. Trasa jest dobrze mi znana, więc nie powinno być niespodzianek ale i tak odkrywam kilka nowych rzeczy. Spotykam również olbrzymią mrówkę przycupnięta pod korzeniem powalonego wiatrem świerka. Wierzchołek Wołoszyna tonie w chmurach, i choć tu na dole na razie nie pada, to jesteśmy pełni obaw o naszą dalszą wędrówkę. Na szczęście na szlaku nie ma zbyt wielu ludzi, więc idziemy we względnej ciszy. Dookoła pachnie wilgocią i zmurszałym drewnem.

Docieramy do rozstaju szlaków i zmieniamy kolor na czarny. Ten fragment podejścia wymaga nieco większego wysiłku, więc dla wyrównania oddechu kilkakrotnie przyklękam na ziemi i podziwiam cudne kwiaty. Na samotnie rosnącej goryczce nakrapianej, przez długą chwilę obserwuję dwa chrząszcze złączone w miłosnym uścisku. Kiedy tak klęczę przed nią, przybierając cudaczne pozycje, kątem oka zauważam, że wzbudziłem spore zainteresowanie. Hmmm... pewnie za chwilę i ja stanę się obiektem wartym sfotografowania. Nie mylę się zbytnio, bo rzeczywiście jeden z przyglądających mi się ludzi sięga po aparat i... zabiera się do fotografowania rosnących niedaleko kuklików. Szkoda że nie mam więcej czasu, bo im bliżej ziemi, tym ciekwsze rozgrywają się wydarzenia. Widoki górskie na pewno są urzekające, ale mikroświat tatrzańskiej flory i fauny jest jeszcze piękniejszy. Wystarczy tylko uklęknąć.

Jest już 13.50 kiedy stajemy obok schroniska. Choć jest właśnie pora obiadowa to nie zatrzymujemy się na posiłek, bo jeśli chcemy wykonać nasz plan, to pośpiech jest bardzo wskazany. Przynajmniej na tym początkowym, łatwiejszym odcinku trasy. Kierując się w stronę Zawratu, przechodzimy obok Małego i Wielkiego Stawu Polskiego; na żółty szlak wiodący na Kozią Przełęcz wkraczamy kwadrans przed piętnastą. Przy szlaku rośnie niezliczona ilość nieznanych mi z imienia kwiatów. Towarzyszące nam przez ostatnią godzinę ostre słońce nieco słabnie, a nad Kozim Wierchem pojawiają się niskie szare chmury. Niezrażamy się jednak i wkraczamy w bezduszną otchłań Pustej Dolinki. Szlak prowadzi po dużych głazach zalegających całe dno doliny i dość trudno jest odnaleźć właściwy jego przebieg. Tu spotykamy pierwszego dziś świstaka - podchodzimy w jego kierunku od zawietrznej, więc nie boi się wcale i pozwala sie obserwować z odległości kilkunastu metrów. Ruszamy dalej bo czas nagli, a świstak pewnie chce powrócić do swoich codziennych, zwykłych zajęć. Przekraczamy dwa niezbyt rozległe ale stosunkowo grube płaty śniegu i szlak teraz skręca w prawo, coraz bardziej wznosząc się w górę. Docieramy do pierwszych łancuchów. Zaczyna się wspinaczka. Ludzi jak na lekarstwo, więc przynajmniej nie będzie zatorów. Są za to kolejne kwitnące roślinki, które skutecznie opóźniają mój marsz. Jakoś nie potrafię się im oprzeć. I widoki które zapieraja dech w piersiach: w płytach południowej ściany Zamarłej Turni dostrzegam taternika - wydaje się jakby był przylepiony do skały jakąś magnetyczną siłą. Zresztą sama Zamarła imponuje wielkością i potęgą. W tej owianej bardzo złą sławą górze dostrzegam profil ludzkiej twarzy.

Pierwsze dwa odcinki łańcuchowe są łatwe technicznie i bez problemu można sobie bez nich poradzić ale kiedy po pokonaniu oklamrowanego upłazu docieramy do trzeciego odcinka, okazuje się że żarty się skończyły. Stąd po raz już chyba ostatni można oglądać panoramę południowej części Doliny Pięciu Stawów - niebawem wszystkie te widoki zasłonią czarne skały Kozich Czubów. W tym miejscu spotykamy trzyosobową rodzinę schodzącą z Orlej Perci. Jest tutaj tak wąsko, że trzeba bardzo uważać przy mijaniu. Potem wąziutką skalną rynienką pniemy się ostro w górę - tutaj bez łańcuchów nie dałbym sobie już rady. Przytulam do twarzy zimny metal - ileż to już rąk go dotknęło? Ile istnień ludzkich wybawił od śmierci? Po raz ostatni spoglądam na sterczący nad Masywem Hrubego czubek Krywania i ruszam za moimi towarzyszami. To już ostatni odcinek wspinaczki: przed nami przełęcz.

O 16.30 stajemy na Koziej Przełęczy. Jestem tu po raz pierwszy i miejsce to zadziwia mnie. Przełęcze które do tej pory odwiedzałem zawsze miały kształt siodła mniejszej czy większej szerokości. Kozia Przełęcz jest zaledwie skalną szczeliną: po prawej ręce pionowe skalne płyty Kozich Czubów a po lewej, też prawie pionowe zejście z Zamarłej Turni. Miedzy tymi płytami pozostaje wąziutki przesmyk. Opierając się plecami o Zamarłą, można bez trudu dłońmi dotknąć Kozich Czubów. Oczywiście jak przystało na taką szczelinę wieje tu niemiłosiernie, więc po zrobieniu fotografii Pustej Dolinki i Koziej Dolinki opuszczamy to dzikie miejsce. Tym bardziej, że nad nami przewalają się coraz cięższe czarne chmury. Robi się zimno a przed nami niezbyt przyjemne zejście: wkraczamy na zalegający żleb kilkudziesięciometrowy płat śniegu, którym prawdopodobnie prowadzi szlak w dół. Prawdopodobnie, bo śniegu jest na tyle dużo, że zakrywa nie tylko łańcuchy ale nawet znaki szlaku. Innej drogi nie ma, więc trzeba iśc tędy - jedynym drogowskazem są ślady butów naszych poprzedników. Niestety nie zabralismy ze sobą raków (jak widać warto je zabierać nawet w lecie), więc zejście robi się niebezpieczne. Ślisko i zimno. Piętami wyrąbuję stopnie w śniegowej breji, ale po kilkunastu krokach tracę równowagę i o mało nie upadam. Zmieniam koncepcję i rozpoczynam zejście tyłem, opierając się rękami o śnieg. Palce zaczynają drętwieć, a skóra na grzbiecie cierpnąć. Ukazuje się łańcuch. Chwytam go łapczywie i przyciągam się w pobliże skały. Chwila oddechu. Przytulam twarz do mokrego kamienia. Jaki on ciepły! Serce w piersi skacze jak oszalałe. Jeszcze kilka kroków i płat śniegu się kończy. Ulga. Rozluźnienie. Odpoczynek.

Przed nami rozległa panorama Koziej Dolinki ograniczona Kościelcami z prawej, a Masywem Granatów z lewej strony. Głęboko w dole, prawie gładka toń Czarnego Stawu Gąsienicowego. Szlak wiedzie teraz zakosami ku Zmarzłemu Stawowi. Chwilę póżniej pojawiają się kolejne łańcuchy - dziś nie są one tu niezbędne, ale w gorszych warunkach atmosferycznych napewno ratują skórę niejednemu turyście. Schodzimy po stromo nachylonych, prawie gładkich, kamiennych płytach, gdzie nawet przy dzisiejszej dobrej pogodzie dość trudno znaleźć oparcie dla buta. Nie jest to łatwe zejście, a łańcuchy są tylko w kilku newralgicznych miejscach. Przy złej widoczności i śliskiej skale, bałbym się tędy schodzić. Szybko tracimy wysokość a przed nami otwierają się coraz szersze widoki na Dolinę Gąsienicową. W oddali dostrzegamy Schronisko Murowaniec i Przełęcz między Kopami. Pierwszy idzie Robert, a my z Grażynką podążamy za nim w odległości kilkunastu metrów. Wtem rozlega się krótki, ostry gwizd! Spogladam na Roberta a on też ogląda się w naszą stronę; wnioskujemy że to nie gwizdał żaden z nas, a zatem... Tak, w odległości kilkunastu metrów dostrzegamy kolejnego świstaka. Zastygamy w bezruchu obserwując to sympatyczne zwierzątko. Świstak też nie jest zbyt płochliwy, bo z zaciekawieniem przygląda się nam przez ponad minutę. W końcu znika między kamieniami, a my radośni (wszak to już drugi świstak w dzisiejszym dniu) kontynuujemy marsz w kierunku Murowańca.

Nad Zmarzłym Stawem stajemy parę minut przed osiemnastą. Po raz ostatni spoglądamy w kierunku naszej dzisiejszej zdobyczy: Kozia Przełęcz z dwoma leżącymi u jej podnóża płatami śniegu układa się w bardzo regularnego iksa. Czas nagli więc wzdłuż Czarnego Potoku żwawo ruszamy w dół. Kiedy mijamy morenę Zmarzłego Stawu i wychodzimy zza skalnego załomu oczom moim ukazuje się... nie, to nie może być prawda! Przecieram oczy, ale rzeczywiście w odległości dwudziestu, może trzydziestu metrów dostrzegam kształt dużego rogatego zwierzęcia. Stoi do mnie bokiem odwrócone głową w kierunku Czarnego Stawu. Zatrzymuję Roberta i Grażynę, nieruchomiejemy i z bijącym sercem przyglądamy się tej scenie. Kozica tymczasem odwraca się w nasza stronę, dostrzega nas i rusza w naszym kierunku. Kilka metrów za nią podąża druga, młodsza. Obie defiladują przed nami i zatrzymują się na zakręcie szlaku. Turysta idący przed nami, który też je dostrzegł, fotografuje tę scenę z odległości kilku metrów. Widząc, że kozice zajęte są bez reszty skubaniem soczystej trawy, ja też delikatnie zbliżam się w ich kierunku. Kiedy dzieli nas cztery, może pięć metrów, obydwie podnoszą głowy i spoglądają badawczo na mnie. Zastygam bez ruchu, jednak one podejmują decyzję o odwrocie. Odbiegają kilkanaście metrów w bok i zatrzymują się na trawiastej półce bacznie mnie obserwując. Ta starsza, stojąca na tle skrzącego się płata śniegu wygląda jak posąg! Stoję nieruchomo i trzymając kurczowo aparat wykonuję długie serie zdjęć. Takie spotkanie trafia się może raz w życiu. Wiem, że w parku narodowym nie wolno płoszyć zwierząt, lecz uznaję, że choćbym się w tej chwili oddalił to właśnie szuraniem butów mogę je spłoszyć. Stoję więc dalej nieruchomo, a kilka kroków za mną, moi towarzysze też obserwują je z zapartym tchem. Trwa to może z minutę i wtedy starsza kozica rusza w naszym kierunku! Wraca z powrotem do tej samej kępki trawy, którą skubała przed moim przybliżeniem. Musiała ona być jakaś specjalnie smaczna. Po chwili druga rówież podchodzi w moim kierunku. Stoimy w odległości około 3 metrów. O takim spotkaniu jeszcze wczoraj nie śmiałbym nawet marzyć. Wygląda to jak sen a jednak zostające w pamięci aparatu fotografie, są tego namacalnym dowodem. Od czasu do czasu podnosi głowę i przygląda mi się z zaciekawieniem. Z jej cudnych, piwnych oczu emanuje jakaś niesamowita magnetyczna siła, która mnie zniewala. Zapominam o całym świecie. Nie ma żadnego znaczenia to co dzieje się poza linią naszych oczu.

Mija kilka minut i kozice postanawiają nas opuścić; najpierw starsza a potem również jej młodsza siostra (córka?) schodzą odrobinę w dół i przecinają nasz szlak obchodząc nas szerokim łukiem. Potem powoli przystając co chwilę udają się w górę w stronę Koziej Przełęczy. Cały spektakl trwał nieco ponad osiem minut!!! Czym zasłużylismy sobie na takie cudowne spotkanie? Jeszcze chwilę stoimy, patrzymy w punkt gdzie odeszły i komentujemy to niestamowite przeżycie. Teraz droga wiodąca do schroniska mało przyciąga już moją uwagę, bo ciągle przed oczyma mam tamto spotkanie. Okrążamy Czarny Staw i północnym zboczem Małego Kościelca zmierzamy do schroniska. Tam czeka na nas załużona kolacja. Jest już bardzo późno kiedy opuszczamy Murowaniec i udajemy się w kierunku Przełęczy Między Kopami. Po raz ostatni spoglądamy w kierunku tonącej teraz w chmurach Koziej Przełęczy i udajemy się do Kuźnic. Drogę przez Skupniów Upłaz i Boczań pokonujemy w zapadającym coraz szybciej mroku. Robi się ciemno bo chmury zakrywają niebo, a słońce dawno już skryło się za nimi. W Kuźnicach stajemy o 21.20 i ostatnim już chyba busem odjeżdżamy do Dworca PKSu w Zakopanem. Tam rzutem na taśmę łapiemy ostatni przelotowy autobus do Krakowa. Choć do domu docieram już grubo po północy, to mimo zmęczenia od razu siadam do komputera by obejrzeć zdjęcia, i znów spojrzeć w cudne oczy moich kozic. Czyżby to była miłość od pierwszego spojrzenia?

Marek 2009-07-04


Podziel się z innymi swoją opinią...