Pieniny po królewsku

Trzy Korony to masyw pięciu nagich turni położonych w Paśmie Pienin Właściwych, z których najwyższa zwana Okrąglicą, (982 m npm) jest dostępna znakowanymi szlakami turystycznymi ze Sromowców Niżnich, Krościenka i Szczawnicy. Okrąglica, jak sama nazwa wskazuje, jest skalną bryłą pokroju stożka o bardzo stromych ścianach. Sam szczyt dostępny jest tylko po specjalnych metalowych pomostach co poprawia bezpieczeństwo, ale i psuje ogólny klimat. Niestety, jak mówi przysłowie: "każdy kij ma dwa końce". Barierki i pomosty mają jeszcze jedno zadanie: zapobiegają nadmiernemu stłoczeniu na platformie widokowej, która ma zaledwie 4 metry kwadratowe powierzchni. W sezonie przy dobrej pogodzie zawsze jest tu tłoczno więc postanowiłem wejść na Trzy Korony w mniej uczęszczanym czasie czyli wczesną wiosną. 6 kwietnia z przyjaciółmi wybraliśmy się do Sromowców Niżnich skąd wiedzie na Okrąglicę chyba najkrótszy, ale podobno najładniejszy krajobrazowo szlak.


Do Sromowców przyjechaliśmy pół godziny przed dziesiąta i po zaparkowaniu (co było szczególnie proste bo byliśmy jednym z dwóch parkujących tam samochodów) i przebraniu założyliśmy plecaki i ruszyliśmy błotnistą drogą w stronę schroniska "Trzy Korony", gdzie rozpoczyna się żółty szlak wiodący na Przełęcz Szopka i dalej do Krościenka. Pogoda nie zapowiadała się rewelacyjnie: nad Trzema Koronami wisiały chmury i choć na razie nie padało to od początku dopuszczaliśmy ewentualność, że być może nie dojdziemy do szczytu. Kiedy weszliśmy do Wąwozu Sobczańskiego pojawiło się słońce. Liczyliśmy, że się przejaśni na dobre, jednak była to tylko cisza przed burzą. Wąwóz Sobczański zwany też Szopczańskim jest dość szeroki o płaskim dnie, po którym wije się strumyk, za to o pięknych prawie pionowych ścianach tu i ówdzie przystrojonych skąpą roślinnością trzymającą się kurczowo nagiej wapiennej skały. Po kilkunastu minutach marszu dno wąwozu znacznie wznosi się do góry i miejsce skał zajmują strzeliste świerki, a my wkraczamy w drugi etap marszu. Teraz szlak wije się zakosami i szybko wznosi do góry. W ciągu kolejnych kilkunastu minut pokonujemy różnicę wniesień około 300 metrów i wychodzimy z lasu. Tu okazuje się, że pogoda znów się załamała, a szczyty Trzech Koron przykrywają grube zwały chmur. Nie pada jeszcze ale wilgoć osiada na wszystkim dookoła.


Jesteśmy na Przełęczy Szopka zwanej również "Chwała Bogu". Ta wymowna nazwa naprawdę nie jest przesadzona - podejście, które jest za nami dobrze dało się nam we znaki. Tu spotykamy dwójkę turystów, którzy weszli tutaj żółtym szlakiem od Krościenka. To pierwsi napotkani dziś ludzie - jak dobrze, że tak tu pusto. Ponaglani ciągle niepewną aurą udajemy się w dalszą drogę na szczyt Okrąglicy. Dookoła piękny choć rzadki las, pełen zapachów budzącej się wiosny, zdominowany przez zielenie i brązy, a gdzieniegdzie wabiący ostrymi kolorami . Zresztą nagie konary drzew też mają swój urok. Idziemy żwawo od czasu do czasu tylko przystając by sfotografować kolorowe zeszłoroczne liście rzadkich w tym miejscu buków i ich rozłożyste i omszone konary.


Z Przełęczy Szopka na Okrąglicę jest tylko 45 minut drogi i około południa stajemy przy pustej o tej porze roku budce Strażnika Parkowego, który w sezonie sprzedaje w niej wejściówki na szczyt. Bilet kupiony tutaj jest ważny tego samego dnia również przy wejściu na odległą o 2,5 godziny drogi stąd Sokolicę . My jednak nie wybieramy się tam dzisiaj. Szpetnym metalowym pomostem (gdyby choć był zielono pomalowany) wchodzimy na szczyt. Stąd powinien rozpościerać się niczym nie przesłonięty widok na Tatry, Beskidy i Gorce. Niestety gęste chmury nie pozwalają dostrzec Tatr. Jeszcze nie pada ale widać, że wszystko wisi na włosku więc po zrobieniu zdjęć, mimo iż nikt nas nie przegania ,dobrowolnie schodzimy ze szczytu.


W okolicach budki strażnika na specjalnie do tego celu przygotowanych ławkach zjadamy małe "conieco" i udajemy się niebieskim szlakiem w stronę Góry Zamkowej (779 m npm). Chwilami przez gałęzie przeziera nieśmiałe słońce gdy leśną ścieżką podążamy w stronę Ostrego Wierchu (851 m npm). Potem mijamy Przełęcz Zamkową skąd w prawo odchodzi zielony szlak wiodący z powrotem do Sromowców, a my podążąmy ku Górze Zamkowej przy okazji podziwiając pierwsze wiosenne kwiaty. Szlak w jednym miejscu robi się stromy i kamienisty, a przez to trochę niebezpieczny. Wyślizgane milionami butów kamienie nie dają stopie pewnego oparcia więc tu doceniamy fakt posiadania kijków.


Góra Zamkowa zwana tak od wbudowanego w nią Zamku Pienińskiego z trzech stron jest bardzo stroma i niedostępna - jedynie od strony Przełęczy Zamkowej dostęp jest w miarę łagodny. Z dawnego zamku wybudowanego w latach 1257-1287, a zburzonego prawdopodobnie przez husytów około 1430 roku pozostały tylko fragmenty fundamentów. Widok z tego miejsca jest dość ograniczony gdyż cała góra pokryta jest pięknym bukowym lasem, który rozrósł się tu na pogorzelisku wcześniejszego lasu sosnowego. Las ten spłonął w 1915 roku w trwającym prawie dwa tygodnie pożarze. Góra porośnięta jest również rzadkimi roślinami pienińskimi jak smagliczka Arduina, chryzantema Zawadzkiego, aster alpejski czy goździk okazały; nam udało się jedynie wypatrzeć wawrzynka wilczełyko i kokorycz pełną. Oprócz ruin zamku znajduje się tu grota św. Kingi. Postawiono tutaj figurę dla upamiętnienia jej pobytu w Pieninach, kiedy to ratując się przed najazdem Tatarów znlazła schronienie w murach tego zamku. Warownia ta była niewielka bo obwód jej murów wynosił tylko 88 metrów, ale za to perfekcyjnie wbudowana w strome skalne grzbiety. Mogła w swoim wnętrzu ukryć ponad stuosobową załogę pozwalając przeczekać najazd, a nawet aktywnie się bronić. Tutaj odpoczywamy kwadrans usiłując sobie wyobrazić tą dawną warownię w czasach jej świetności, a następnie po w własnych śladach wracamy na Przełęcz Zamkową.


Na Polanie Kosarzyska siadamy na ławeczkach i posilamy się nieco lecz padające od pewnego czasu rzadkie krople przeradzają się w solidny deszcz. Ubieramy kaptury i zaczynamy pospieszne zejście zielonym szlakiem wiodącym do Sromowców. Deszczyk szybko zmienia się w solidną ulewę, w której szlak robi się śliski i niebezpieczny. Leżące od jesieni liście i błoto stwarzają niebezpieczeństwo pośliźnięcia i stoczenia po bardzo stromym zboczu. Szczególnie zdradliwe są wystające ze ścieżki kamienie wypolerowane butami i pokryte zbutwiałymi liśćmi. Deszcz przybiera na sile, ale tu ,w lesie, odrobinę chronią nas gałęzie wysokich świerków. Po trzech kwadransach deszcz ustaje, a my wychodzimy z lasu.


Przed nami widok na Sromowce i kolejne wyzwanie: stroma łączka ,po której przebiega szlak, pokryta jest rasowym błotem. Dokonujemy iście ekwilibrystycznych sztuczek by nie upaść przez te ostatnie kilkaset metrów. Na szczęście udaje się nam zejść z pomocą jedynie nóg, ale buty w niczym nie przypominają już butów oblepione kilkukilogramową warstwą błota. Dobrze, że na samym dole dochodzimy do strumyka,w którym doprowadzamy się do jako takiego porządku. Zza kłębów chmur wychodzi słońce, w którym po raz ostatni podziwiamy Trzy Korony i bacówkę u wejścia do Wąwozu Sobczańskiego. Drogą obok schroniska "Trzy Korony" schodzimy do wsi. Spacerując brzegiem Dunajca jeszcze raz spoglądamy na cały masyw Trzech Koron, który z tej perspektywy prezentuje się wyjątkowo okazale. Potem przechodzimy na terytorium Słowacji przez kładkę na Dunajcu. Kusi nas by pójść do Czerwonego Klasztoru lecz jest już stosunkowo późno. Ostatecznie rezygnujemy z tego pomysłu i wracamy do Krakowa. Czerwony Klasztor odwiedzimy następnym razem. Miejmy nadzieję, że już wkrótce.

Marek 2008-04-06
Podziel się z innymi swoją opinią...