Za dwadzieścia lat bar­dziej będziesz żałował te­go, cze­go nie zro­biłeś,
niż te­go, co zro­biłeś. Więc od­wiąż li­ny, opuść bez­pie­czną przys­tań.
Złap w żag­le po­myślne wiat­ry.
Podróżuj, śnij, od­kry­waj.
Mark Twain
Koronkowa pamięć

Wspomnienia są jak koronki utkane z nici pajęczych, podziurawione i poszarpane… i tak łatwo je zgubić, pomylić z marzeniami, jeszcze łatwiej stracić w natłoku nowych wydarzeń. Notuję, zapisuję ulotne chwile pełne delikatnych wrażeń, szukam słów dla nieuchwytnych subtelności życia. Odnajduję je w zapachu, tym co zalatuje z pól o poranku, w szmerze nadlatującego znikąd skowronka, w szumie wybujałych zbóż, zmurszałym pniu po powalonym przez wichurę buku, w którym tętni życie…

Wspomnienia jawią się niespodzianie, przychodzą nieoczekiwanie na granicy jawy i snu, w zamyśleniu, w zapomnieniu wracają postrzępione ale wyraźne, niemal zmysłowe tak jak zapach pierwszych kropel majowego deszczu na zakurzonej polnej drodze, jak gładka, błyszcząca mahoniowa skóra kasztana dopiero co wyłuskanego z kolczastego pancerza, jak stukot kropel deszczu na metalowym parapecie, jak miodowo- słodki zapach zerwanego grzesznie pierwiosnka.
Wspomnienia…

W każdym miejscu, w którym jestem po raz pierwszy szukam jego Genius Loci. Mam wtedy wrażenie, że znikam na chwilkę i staję się niewidzialna, wtapiam się w otoczenie. I wtedy zaczynam czuć jego puls i rytm, wyłapuję dźwięki tworzące melodie miejsca jak np. dźwięk sztućców układanych w szufladzie zawsze będzie mi się kojarzył z kuchnią w schronisku na Ornaku, a muzyka BuenaVista Social Club wcale nie z Kubą a z Morskim Okiem. Zaś Morskie Oko zawsze najpierw przywoła wspomnienie pewnej kolacji w przemiłej, klimatycznej krakowskiej restauracji.
Na tak zwaną starość całkiem pewnie zdziwaczeję i wtedy wreszcie spełnię swoje marzenie i zostanę… bajkopisarką :-)
Zdjęcia są strażnikiem mojej pamięci. Więc? Fotografuję. Potem poddaję zdjęcia miażdżącej krytyce, przesiewam przez filtr przydatności i ugrzecznienia… chowam do szuflady te najcharakterniejsze, a ich przyzwoitych/poprawnych reprezentantów umieszczam TU.

W albumach podpisuję je niezgrabnie ale prawdziwie. Po to żeby uchwycić to ulotne doświadczenie przez to najsilniejsze w danym momencie odczucie, bo tylko w ten sposób umiem zachować o nim pamięć. I nawet jak nie są całkiem wierne, nawet jak są pomylone, poplątane z marzeniami to co?
Przecież nasze są i będą.

20-21 czerwiec 2007r.
Morskie Oko - Szpiglasowa Przełęcz
To był ostatni dzień roku szkolnego, dzień rozdania świadectw, liczyłyśmy zatem na górską samotność. I tak istotnie było. Zarówno schronisko, jak i okoliczne szlaki, świeciły pustkami. Wyruszyłyśmy w stronę przełęczy bardzo przejęte i zachwycone świeżością poranka. Pamiętam z jaką uwagą rozglądałam się wokół chłonąc wszystkimi zmysłami urodę Tatr, które wciąż czarowały wiosennymi kwiatami i resztkami śniegu. Od tego czasu minęło już ponad siedem lat a ja nadal pamiętam tamte wzruszenia jakby dopiero co miały miejsce. Nigdy później nie doświadczałam już tak mocno magii Tatr jak właśnie w ten czerwcowy dzień letniego przesilenia, pierwszy dzień astronomicznego lata. Widok ze Szpiglasowej Przełęczy oczarował mnie i sprawił, że pokochałam Tatry. Tu wracam najczęściej, tu jest źródło mojej wewnętrznej mocy. Byłam tam potem z moim najstarszym synem, potem z Karoliną i Filipem, z Markiem, znów z Kasią i wreszcie z moim najmłodszym synem. Właściwie tylko sześć razy…
3-4 maj 2008r.
Czarny Staw pod Rysami
W Tatrach zima. Wybrałam się tam z Leszkiem i Michałem. W górach była lawinowa piątka. Mnie i Leszka pokusiło aby podejść pod Czarny Staw pod Rysami. Niewiele było widać za to huk spadających lawin dochodził z każdej strony. Z Kazalnicy zeszła lawina, którą udało mi się uchwycić w kadr. Schodzące do Czarnego stawy ginęły we mgle. Dudniło wszystko więc zeszliśmy do Morskiego Oka, gdzie wesoło szemrał potok. Wiosna wychylała się nieśmiało rozkwitającymi buławami lepiężnika. Z Zakopanego do domu wracaliśmy 7 godzin. Zwykle zajmuje nam to 2 godziny. Cała Polska wyruszyła wówczas na długi majowy weekend, cała Polska wracała tak do domów.
22-23 sierpień 2008r
Czarny Staw Gąsienicowy
Murowaniec pełen ambitnych planów, które zweryfikował czas. Burza wisiała w powietrzu od samego rana, czułyśmy ją od momentu wejścia na szlak. W Murowańcu dostały się nam dwa ostatnie miejsca, każdy następny wędrowiec został odsyłany na pole namiotowe Polskiego Związku Alpinistycznego oddalone od schroniska o kilkanaście minut drogi. Około północy rozszalała się straszna burza nad Tatrami. W nocy, śpiąc na najwyższym piętrze piętrowego łóżka nabiłam sobie solidnego guza i jako jedyna widziałam tej nocy gwiazdy. Nazajutrz zgubiłam podkoszulek i całą drogę od Czarnego Stawu Gąsienicowego aż do podnóża Żlebu Kulczyńskiego i z powrotem wędrowałam w samym biustonoszu. Podkoszulek znalazł się nieoczekiwanie w drodze powrotnej. Może uratował nam życie? Bo jak tu wspinać się w wąskim kominie w samym biustonoszu??? Hmm… nigdy wcześniej ani też nigdy później nie przeszłam Żlebu Kulczyńskiego.
VIII 2008r.
Rusinowa Polana, Gęsia Szyja
Zapiski znalezione po latach ;-) zaskoczyły mnie, bo w zakamarkach mojej pamięci zupełnie inne wspomnienia mieszkają. Pamiętam szafirowe bukiety goryczki i to jak nie mogłam dogonić Mateuszka kiedy postanowił pierwszy zdobyć szczyt. Pędził pod górę nie słysząc moich nawoływań. Dopadłam go dopiero tuż przed szczytem. Moje serce prawie eksplodowało a Mati ogromnie był zdziwiony moją paniką.
Rusinowa Polana to przepiękna, rozłożysta łąką u podnóża Tatr Wysokich, z której rozciąga się wspaniała panorama na całe Tatry. Najbliższym jej szczytem jest Gęsia Szyja. Z polany można się na niego wspiąć w niecała godzinę. Ze względu na łatwy dostęp i urokliwe widoki na polanie zawsze jest mnóstwo turystów.
My decydujemy się wejść na Rusinową Polanę niebieskim szlakiem z Palenicy Białczańskiej. Samochód zostawiamy na parkingu i po uiszczeniu opłaty za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego skręcamy z drogi wiodącej do Morskiego Oka w prawo. Zdecydowana większość turystów kieruje się do Morskiego Oka zatem na szlaku jesteśmy osamotnieni. Zaintrygowani szumem górskiego strumyka chłopcy namawiają nas na krótki postój przy Waksmundzkim Potoku.
Ze względu na częste postoje wywołane ciekawością naszych maluchów dojście na polanę zamiast 45 minut zajmuje nam półtorej godziny, za to z zadowolonymi i pełnymi dziecięcej fascynacji chłopakami, którzy doczekać się nie mogą obiecanych skałek. Mati już wiele razy wędrował ze mną po Tatrach, więc jej zaprawiony w boju, ale dla jego młodszego o 2 lata kolegi jest to pierwsza tatrzańska wyprawa. Mimo to Michał radzi sobie znakomicie i czasem trudno dotrzymać mu tempa. Drugi postój robimy tuż po wyjściu z lasu, gdzie szlak niebieski łączy się z czarnym. Dojście do polany zajmuje nam z tego miejsca około kwadransa a tam chłopcy szaleją z radości widząc góralską bacówkę z psem. Wpadają do jej wnętrza z impetem i z niecierpliwością obserwują wypiekanie oszczypków. Próbują nawet żętycy. Wprawdzie liczyliśmy na spotkanie ze stadkiem kulturowo wypasanych tam owiec ale niestety nie było ani jednej.
Po skosztowaniu pysznych, zapiekanych na grilu oszczypków udajemy się w dalszą drogę. Naszym celem jest Gęsia Szyja. Podejście jest dość strome ale chłopcy radzą sobie znakomicie. Gęsia Szyja jest dla nich wspaniała nagrodą. Musimy bardzo ich pilnować, bo szczyt obfituje w wiele niebezpiecznych dla dzieci miejsc.
Ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na Tatry Wysokie i Tatry Bielskie. Mati obfotografuje po kilka razy okolicę i nas. Dzieci są bardzo zadowolone i my też. Niespiesznie wracamy tą samą drogą robiąc dłuższy, tym razem w pełni zasłużony postój na Rusinowej Polanie.
Popołudniową porą polana szybko pustoszeje, wkrótce jesteśmy jednymi z nielicznych turystów, którzy ulegając jej czarowi odwlekają z jej opuszczeniem. Chłopcy biegaj po polanie i trenują skoki. W ogóle nie widać po nich zmęczenia. Jednak po ulokowaniu się w samochodzie prawie natychmiast zapadają w głęboki sen i śpią aż do samego powrotu do domu.”
28-29 VIII 2008r.
Koniec wakacji
Przez Świstówkę dotarłyśmy do Doliny Pięciu Stawów. Drugiego dnia wyruszyłyśmy na Szpiglas a trzeciego na Zawrat. Są spotkania, które odmieniają nasze życie. Tym razem tak właśnie było. Bywają też niespotkania i bywa, że zmieniają nas jeszcze bardziej. Tego lata wszystkie stacje radiowe puszczały na okrągło piosenkę „Niekochanie”.
… zgubieni na rozstaju dróg
nie potrafimy wierzyć w cud,
bo tak łatwiej, tak łatwiej.
Dzisiaj zdarzyło się nam
to niekochanie...
 Ale już w następnym roku wszystkie stacje zastąpiły ją innym szlagierem „Pójdę pod wiatr”. No to poszłam.
I tak sobie idę, raz pod wiatr, raz z wiatrem. Za to idę własną drogą. I nie wiedziałam wtedy wcale, i nawet nie podejrzewałam, że ostatniego dnia lata zaczął się pierwszy dzień mojego nowego życia. Ale wciąż pamiętam to uczucie lekkości z jakim zbiegałyśmy z Kasią do Doliny Roztoki.
Dorota
Słuchałam wczoraj „Czas nas uczy pogody” w wykonaniu Grażyny Łobaszewskiej i sięgnęłam do starych albumów, tych jeszcze, w które należało starannie wkleić zdjęcia i szanować, bo zdjęcia tam jedne i jedyne…poruszone, prześwietlone i źle wykadrowane też. A przede wszystkim zapisane chwile, utrwalone emocje… bezcenne.
Od kiedy weszłam w posiadanie mojej pierwszej cyfrówki coraz mniej zdjęć zaczęło pojawiać się w albumach. Pamięć multimedialna wypełnia teraz terabajty dysków zewnętrznych.
- Pchi! Takie albumy!? - prychnęła Rakija i demonstracyjnie zeskoczyła z moich kolan. Tamte podobały się jej bardziej, mogłam ją głaskać i wachlować przewracanymi kartkami. Szum wiatraczka w moim wiekowym laptopie najwyraźniej nie przypadł jej do gustu. Rozłożyła się więc wygodnie koło sterty tamtych albumów, przyłożyła co niektóre ogonem i wygląda jak prawdziwy „kot szczęśliwy”.
Kiedyś robiłam ze zdjęć kolaże, układałam w zabawne historyjki i wieszałam na ścianach nie wiedząc jeszcze, że to się nazywa scrapbooking i obdarowując nimi przyjaciół byłam święcie przekonana, że sama to wymyśliłam.
Kiedyś mając do dyspozycji 36 klatek na kliszy fotograficznej naciskałam spust migawki w starannie wybranych/wypozowanych momentach, rzadko kiedy znienacka i zza węgła.
Aj tam, aj tam! Właściwie to równie dobrze mogę napisać, że za moich czasów…hi, hi, hi…
Wieczór spędziłam na wybieraniu zdjęć do wydrukowania (2007-2013).
A moje noworoczne postanowienie brzmi: Z każdej setki zrobionych zdjęć wydrukuję (co najmniej) jedno, które potem przez cały rok będzie wisieć na naszej korkowej tablicy. A jak się skończy rok to wkleję je do albumu.
Póki co wybrałam zdjęcia z górskich wędrówek. Ożyły wspomnienia, pojawiły się wzruszenia, tu się zamyśliłam, tam zatęskniłam… Są spotkania i ludzie, którzy na zawsze zmieniają nasze życie. Potem już wszystko jest inne niż było wcześniej. Ale przecież wszystko, co nas spotyka, ma ukryty sens, choć w danym momencie jest on dla nas niewidoczny. Dopiero później mamy szansę (czasem jej nie doceniamy) zrozumieć i przyjąć od życia wskazówkę.
A potem wystarczy tylko za nią podążać.
„Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody,
zaplącze drogi, pomyli prawdy,
nim zboże oddzieli od trawy”.
Podziel się z innymi swoją opinią...