Fotorelacja

strona głównaprzez drogi i bezdrożarelacjeWielki Kopieniec



WIELKI KOPIENIEC (1328 m n.p.m.)
Tatry

49°16′18'' N    20°00′58.8″ E






Alternatywa dla Gubałówki Wielki Kopieniec
(19 lutego 2012)

Jest niedziela, jedna z tych niezagospodarowanych, przeznaczonych na nicnierobienie, odsprzątany na błysk dom, białe tulipany w wazonie na stole, zupa z cieciorką… A nam chce się Tatr. Prognozy pogody nieciekawe więc niby nie ma po co wyruszać w Tatry ale wpada nam do głowy pomysł na niedzielny spacer. Spacer w Tatrach.

Po trzech godzinach od podjęcia decyzji stoimy już na szlaku. Chcemy zielonym z Toporowej Cyrhli dojść na Wielki Kopieniec a potem Dolinę Olczyską do Jaszczurówki. Trasa łatwa, zaledwie 300 metrów przewyższenia a jakież cudne widoki oferuje, niemal na całe Tatry od Hawrania aż do Osobitej.

Ścieżka na Wielki Kopieniec jest przetarta, zatem ktoś niedawno tędy już szedł. W Topolowej Cyrhli wiał lekki wiatr a tu, w lesie spokojnie, jedynie od czasu do czasu gwałtowniejsze podmuchy strącają śnieg z czubków świerków. Idziemy spokojnym i równym krokiem. Mamy dużo czasu, jest dopiero 10:20 a na wejście na szczyt Kopieńca potrzebujemy co najwyżej półtorej godziny więc decydujemy się na kilka łyków kawy. Kiedy jednak nieostrożnie robię krok w bok wpadam w śnieg po same uda. Musimy pilnować dróżki bo zapewne poza zadeptanym, wąskim jej fragmentem resztę stanowi kopny śnieg.

Tuż przed Polaną Kopieniec spotykamy wracające z góry małżeństwo. Wyglądają na przemarzniętych i rzeczywiście tak jest. Przestrzegają nas przed wiejącym na szczycie z wielką siłą wiatrem. Mieli ochotę iść dalej, na Nosal, ale zawiane szlaki i słaba widoczność zniechęciły ich, więc wracają skąd przyszli. Żegnamy się z nimi nieco zawiedzeni, bo najprawdopodobniej i my będziemy musieli zweryfikować nasze plany. Już wkrótce przekonujemy się jak nieprzyjemny może być wiatr zimą.

Na Polanie Kopieniec silne podmuchy wiatru wznoszą w górę na kilka metrów tumany ostrego, sypkiego śniegu, przed którym nie ma jak się inaczej zabezpieczyć jak ubrać gogle. Moje gogle zabrało któreś z dzieci. Justyna szusuje na stokach Łomnicy a chłopaki w Beskidzie Małym. Pewnie też im nieźle wieje. Cieszę się, że udało mi się zaszczepić w nie zamiłowanie to sportów zimowych. Szkoda, że wędrówki górskie lubi tylko Mati. Marek po zakosztowaniu uroków Orlej Perci i Tatr Wysokich uznał, że go to nie kręci. Justynka po pewnym zimowym survivalu do dziś na samo wspomnienie Doliny Pańszczycy i Kasprowego Wierchu, choć minęło od tego czasu kilka lat, złości się na nas. Myślę z dumą o dzieciach. A przecież 2/3 z nich to już dorośli ludzie a nie dzieci ;-) No to co! Przecież nie będę o nich mówić Dziedziczka i Dziedzic ;-) Choć oni też już rzadko mówią mi „Mamusiu”. Dla Marka jestem Mamura a dla Justysi Mamita. A tak niedawno jeszcze biegłam obok nich na stoku i mówiłam jak mają skręcać na nartach. Teraz nie dogonię ich nawet na nartach, tak szybko pędzą.

Myśląc tęsknię o dzieciach wchodzę na szlak. Marek idzie pierwszy i toruje drogę. Brniemy w śniegu prawie po pas. Na stoku nie ma śladu po kimkolwiek. Czy to możliwe aby wiatr tak szybko zawiał drogę po naszych poprzednikach? Możliwe, przekonamy się o tym wracając. Tymczasem w śnieżnej zamieci dochodzimy do granicy lasu, gdzie nieco słabiej odczuwa się siłę wiatru za to lepiej słychać jego świszczące jęki. Słyszymy również odgłosy śmigłowca. Prawie przez godzinę lata gdzieś w okolicach Kasprowego Wierchu. Zawsze ogarnia mnie smutek kiedy spotykam w Tatrach śmigłowiec. Dla mnie zawsze będzie to znak, że kogoś spotkało nieszczęście. Zwłaszcza tu, na stokach wielkiego Kopieńca dźwięk obracających się śmigieł jest przykry bo przywołuje wydarzenie sprzed 18 lat, kiedy to powracający z akcji ratunkowej śmigłowiec runął w dół. Zginęły wtedy cztery osoby.

Kiedy dochodzimy do malowniczych skałek nieopodal szczytu wiatr zatrzymuje się na ścianie lasu. Skałki wyglądają groźnie ale w rzeczywistości wcale takie nie są. Zachowuję jednak szczególną ostrożność kiedy staję obok nich chcąc mieć zdjęcie z widokiem na Zakopane i … Gubałówkę. Nie wierzę, że idziemy tą trasą. Zarezerwowaliśmy ją dopiero na późną starość albo na wędrówki z wnukami. Nosal ma szansę uchować się do późnej (naszej oczywiście) starości.

Na szczycie Kopieńca wiatr utrudnia utrzymanie mi pionu. Namawiam Marka do zmiany obiektywu z długoogniskowego na stałkę. Boimy się, że do wnętrza aparatu może nasypać śniegu jednak ryzykujemy. Robimy to bardzo ostrożnie ale czy w ogóle coś niebezpiecznego można robić ostrożnie? Brzmi jak jakiś oksymoron. Marek nie odrywa prawie aparatu od oczu w ten sposób zapewniając sobie znakomitą osłonę przed wiatrem i śniegiem. Przypominam sobie wówczas o okularach przeciwsłonecznych i zakładam je natychmiast. Rozległe widoki na Tatry są. Pojawiają się i znikają. Śnieżna zawieja utrudnia zrobienie dobrego zdjęcia lecz Marek nie poddaje się tak łatwo. Śnieżne igiełki kłują mnie w twarz więc schodzę w dół przed Markiem. Tym razem sama muszę torować sobie drogę i w tym celu korzystam z jednej z wielorakich funkcji kijków trekingowych- badam nimi głębokość śnieżnych zasp a następnie wybieram tę najpłytszą i tak krok za krokiem. Moje zdobycze są absolutnie tymczasowe, po kilku minutach absolutnie nieaktualne.

Marek musi też radzić sobie sam. W okolicach skałek zatrzymujemy się na obiad : kanapki z salami, zielonym ogórkiem i serkiem brie razem z jajkiem są w tych warunkach niebywałym rarytasem. Kawa z mlekiem i mleczne cukierki dopełniają uczty. Idziemy dalej. Przed nami zejście krótkim ale dość stromym stokiem do Polany Kopieniec. Szliśmy tedy zaledwie pól godziny temu a tu najmniejszego śladu naszej obecności! Marek wciąż dzierży w dłoniach aparat zatem, wiedząc jakie są tego konsekwencje, decyduje się zejść w dół, gdzie nie czuć tak bardzo wiejącego wiatru. Idę po prostu w dół. Nie wiem gdzie może być szlak. Toruję drogę całym ciałem żłobiąc w śniegu głęboki tunel, który i tak zanim zejdzie Marek, zostanie zasypany.
-Idziemy jeszcze do szałasów? - pyta Marek.
-Jeśli bardzo chcesz to dobrze - godzę się.
-Nie, nie bardzo… - uśmiecha się widząc moją zbolałą minę. Trochę zmarzłam czekając na niego.

Wracamy do Toporowej Cyrhli a potem jedziemy do Zakopanego na prawdziwy obiad i spacer po mieście. Tam zaliczam glebę. Chodniki są wprawdzie odśnieżone ale okropnie śliskie. Silna ręka Marka amortyzuje mój upadek i jeśli nie wstaję od razu to tylko dlatego , że obezwładnił mnie śmiech.

Wracamy do domu w strasznym korku. Z radia dowiadujemy się, że w dwie kobiety zostały przysypane lawiną w Dolinie Goryczkowej. Jedna żyje i ma się dobrze. O życie drugiej walczą lekarze. Po dwóch dniach dowiem się, że bezskutecznie. 50 minut pod śniegiem nie daje szansy na przeżycie.

Wypadek jakich wiele. Po prostu wypadek, żadna tam głupota, brawura, brak wyobraźni etc. Kiedy piszę te słowa wiem, że dzisiaj zginęły w wyniku tragicznego wypadku samochodowego w Boguchwale 3 osoby. I co? Mają ludzie nie jeździć samochodami, mają nie jeździć na nartach ? Po prostu nieszczęście, smutne bardzo.
Mam nadzieję, że Ci którzy czytają nasze relację wolni są od przymusu szufladkowania, pouczania i oceniania, że nie należą do tych, którzy wszystko wiedzą najlepiej i nigdy się nie mylą.
Panie Tomku, nie zawsze mamy słoneczną pogodę w czasie naszych wędrówek.
Bywa i tak jak wtedy ale przecież mimo to spacer ten sprawił nam wiele radości i wiele nas nauczył. Pozdrawiam wszystkich kochających życie, wszystkich zachłannych na jego uroki i mających odwagę spełniać swoje marzenia i siebie. Wielki Kopieniec nie był nigdy moim marzeniem ale zdobycie bieguna tak.



trasa:
    Toporowa Cyrhla - Polana Kopieniec -Wielki Kopieniec -Polana Kopieniec - Toporowa Cyrhla       
pokaz slajdów

Podziel się z innymi swoją opinią...