Motylem jestem
czyli efekt motyla na Kondrackiej Kopie
(10 listopada 2014)
„W tej codzienności nam jednak potrzeba
Prostej prawdy słów
By zauważyć jeszcze słońce
I księżyca nów”
Marek Grechuta

O dziwo w listopadzie częściej wychodzimy w góry niż w inne miesiące roku! A przecież taki krótki wtedy dzień! Ale jak tu zmarnować długi weekend? Od wertowania map wietrzno było w naszym domu.
I to był ten znak właśnie!
Już na poziomie planowania hulał wiatr. Jednak tak, jak hulał podczas naszej wędrówki to jeszcze nigdy dotąd.
Wszystkie pogodowe portale prognozowały na ten dzień słoneczną, bezchmurna pogodę i dodatnie temperatury. Początkowo wybieraliśmy się w Pieniny ale skoro opadły już wszystkie liście to zmieniamy zamiar i decydujemy się na Tatry. Już i jeszcze nie ma w górach śniegu, nie ma błota ani szronu więc ślizgawicy nie będzie... Idziemy!
Znów idą w ruch mapy! Z wielką determinacją wachlujemy nimi przestrzeń powietrzną naszego miejsca na Ziemi (czy to my wywołaliśmy ten halny? Chaos deterministyczny?)
Na jednej z map usiadł motyl.
Co? Jeszcze latają? Nie zapadły w diapauzę?
Oj, zimy prędko nie będzie! No i mamy efekt motyla :-(
W Tatrach wieje halny? Tak, z południa wieje wiatr z prędkością przekraczająca 100km na godzinę, a wraz z nim chmury snują się między szczytami zasłaniając najpiękniejsze wysokogórskie pejzaże.

Zostawiamy samochód na parkingu pod Krokwią (20 zł za dobę) i maszerujemy do Kuźnic. Ludzi, co było łatwe do przewidzenia, od groma! Większość z nich śpieszy się do kolejki na kolejkę. Kolejka jest imponującej długości, szacunkowy okres oczekiwania na wjazd na Kasprowy wynosi 3 godziny. Ojejku! W tym czasie bez pośpiechu można tam wejść o własnych siłach. Tatusiowie dzielnie stoją w kolejce, mamusie z dziećmi spacerują po okolicy. Nieliczni, w tym my, polegając na sile własnych mięśni idą w górę. I słusznie, choćby dlatego, że wkrótce kolejka przestanie jeździć.
My idziemy na Kopę Kondracką, szlak łatwy a na górze rozległa panorama, słodka nagroda.
Przy schronisku na Hali Kondratowej wiemy już, że wcale tak łatwo nie będzie. Idziemy pod wiatr. Straszne wietrzysko wieje tak mocno, że czasem mam problem z oddychaniem. Wybraliśmy podejście zielonym szlakiem, więc cały czas mamy przed oczami dumną sylwetkę Giewontu. On jeden, jedyny, lśni w słońcu, jakoś omijają go pędzące chmury. Naszą Kopę Kondracką zasłaniają tumany grafitowo-popielatych mgieł.
- Widać coś? - pytam z nadzieją schodzących.
Kilka przeczących odpowiedzi utwierdza mnie w przekonaniu, że...
idziemy tam dla sportu. Od czasu do czasu odwracam się o rzucam tęskne spojrzenia w kierunku Pienin.
Trzy Korony lśnią w słońcu.
Nasza Kopa tonie we mgle.
Ja pływam we własnym sosie.
Pod krzaczkiem przebieram się i idę dalej w samym podkoszulku i kurtce.
- Nich pani tam nie idzie! - konspiracyjnym tonem prawie szepce mi do ucha schodzący z przełęczy chłopak.
- Muszę... mąż mi kazał...
Chłopak ze zrozumieniem kiwa głową i oczami wskazując na rudowłosą ślicznotkę dodaje:
- Ona mnie zmusiła...
Idziemy dalej: oni w dół, my w górę. Im wiatr wieje w plecy co w połączeniu z młodzieńczym wigorem i grawitacją nadaje ich wędrówce szaleńczego tempa. Ja człapię i łapię powietrze jak ryba wyjęta z wody.
Na Przełęczy pod Kopą Kondracką wieje już tak mocno, że jeśli nie napnę mięśni to tracę równowagę. Na przełęczy poza Giewontem i kilkorgiem ludzi nie widać nic. Wiatr rozgania nas w różne strony. Wdziewam na siebie resztę ubrań, zakutana w chustkę i czapę spoglądam na Marka.
-Za 20 minut mamy być na Kopie - oznajmia z entuzjazmem i pakuje mi do buzi gorzką czekoladę. Pół godziny później stajemy na szczycie.
- Czekamy aż wiatr rozgoni chmury? - pytam.
Po minie Marka wnoszę, że moje szczere i pełne nadziei pytanie wziął za sarkazm.
Jednak kiedy widzę go fotografującego mgłę zaczynam podejrzewać, że padł ofiarą hiperwentylacji. Czyżby widział coś w tej chmurze?
- A co? Dokumentuję co widać! - buńczucznie mi odpowiada.
- Marek? Ale przecież nic nie widać...
- Jak to nic? Słupek widać!

Zabieram aparat z jego dłoni i robię mu pamiątkowe zdjęcie pod tytułem:
„Słupek, kamień, Marek... chmura”.
Nieco poniżej szczytu, schodząc żółtym szlakiem, rozkładamy folię termiczną i rozsiadamy się na szerokiej półce skalnej. Zjadamy kanapki. Są pyszne. Ostatnie łyki gorącej kawy rozlewają miłe ciepełko po całym ciele.
- Fajnie tu.
- Fajnie
- przytakuję.
Poziom endorfin (polecam, bo to legalne i łatwo dostępne opioidy) znacznie wzrósł w naszych organizmach. Pełnia szczęścia ogarnia nas gdy wkrótce rozwiewają się wszystkie chmury i podziwiamy szczyty Tatr Wysokich na prawo, a na lewo dolomitowe zbocze Kopy Kondrackiej zwane Koprowym Żlebem i malowniczą Wielką Turnię, Dolinę Małej Łąki, Przełęcz na Grzybowcu i oczywiście Giewont.
Niebawem widzimy prawie całą naszą dotychczasową trasę. Doliną Kondratową ślicznie wije się zielony szlak.
Tuż przed Przełęczą Kondracką Marek pechowo skręca prawą kostkę. Przydały się te endorfinki, oj przydały! Przydała się też moja opaska stabilizująca (zawsze pod ręką, w górnej klapie plecaka), nawet kijkiem trekingowym w tej sytuacji Marek nie wzgardził. Aparat na stałe już zostaje w moich rękach.
Ale kiedy na szlaku stanęły nam kozice ich fotografowaniem zajął się Marek. Jest już późno, skąpe światło wymaga wysokiego ISO, gibkie kozice krótkiego czasu, ostrość obrazu wysokiej przysłony, zaś dla moich zmęczonych schodzeniem rąk (wcale nie żartuję) kombinacja tych trzech parametrów jest trudna do udźwignięcia (1300 gram to żadne tam byle co). Zdjęcia kozic mają wartość dokumentalno-sentymentalną, billboardu z nich nie będzie. Szkoda, bo na tle dolomitowych skał wyglądają przecudnie.
Zatrzymujemy się na przełęczy delektując się ostatnią tabliczką czekolady. Z powodu Markowej kontuzji „nie musimy” wchodzić na Giewont.
- I tak za chwilę zajdzie słońce... (gorzkie winogrona) a patrz jak ładnie w tej dolince (słodkie cytryny)...
- Jeszcze tu wrócimy - odpowiada Marek.
Uspokojona godzę się z rzeczywistością. Marek kuśtykając, krok po kroczku drepcze za mną. Przed zapadnięciem zmroku udaje się nam dojść do schroniska, ale nie zatrzymujemy się tu. W pamięci mam stromo opadające w las fragmenty niebieskiego szlaku.
- Marek, a jak się jest takim poturbowanym to wolno, prawda, zboczyć ze szlaku?
- A gdzie ty chcesz zbaczać? Na Myślenickie Turnie? - żart przestaje być żartem gdy przytakuję.
- No właśnie, przecież jakoś to auto dojeżdża do schroniska i raczej... chyba... na pewno... przypuszczalnie nie niebieskim szlakiem. - kombinuję przygotowana na silny opór.
- Zgoda! - wyjątkowo łatwo poszło, a to zły znak.
- Wcale nie musimy jutro iść w góry - dodaję.
Na rozstaju dróg skręcamy w prawo, dokładnie w stronę Myślenickich Turni. Wiedzie tam szeroka droga, musi nią jechać schroniskowe auto. Jest jasna, księżycowa noc. Dopiero gdy wchodzimy w głęboki las zapalamy latarki. Droga niebawem łączy się z zielonym szlakiem i spotykamy schodzących z Kasprowego Wierchu piechurów. Oni pędzą, a my człapu-człap...
Właściwie to nigdzie się nam nie śpieszy. Człapu-człap, człapu-człap...

O 20:00 stoimy już na parkingu... w Sromowcach Niżnych.
- O 6:43 wschodzi słońce - przypomina mi Marek.
U stóp Trzech Koron gorąca kolacja (Marek ugotował zupę), zimne ablucje... i zasypiamy słodko na mięciuchnym materacu, pod puchową kołderką w... naszym autku.
Dobranoc.


Dorota
Podziel się z innymi swoją opinią...