Przegrupowania

(różnie bywa w górach a w grupie tym bardziej)

Streszczenie:
Tatry w grupie, czyli próba antytraktatu o tym:
o co (komu) chodzi w chodzeniu po górach
i że presja nie jest antonimem dla depresji
a antonim nie ma nic wspólnego z Antonim,
choć tu akurat św. Antoni nad nami czuwał,
bo wszyscy się ostatecznie znaleźli na swoim miejscu.

1 lipca wybraliśmy się rodzinnie w Tatry. Było nas okrąglutki tuzin. Przedział wiekowy imponujący: od 21 do 72 lat. Różne oczekiwania, różne potrzeby i temperamenty - ta sama trasa. Ostatecznie zwyciężyły różnice, których z czasem przybywało. Kilkoro z nas poczyniło doniosłe postanowienia, niektórzy dokonali doniosłych odkryć.
Wszystko było inaczej niż ....................
(w miejsce kropek każdy wpisze co chce, zapewne każdy to samo ale... to moja relacja więc ja wpisuję "ZWYKLE")

2017-07-01

13:13 (nomen omen)

Kuźnice: wyruszamy w trasę. Początkowo planowaliśmy, że najpierw podejdziemy do Hotelu na Kalatówkach i tam zostawimy bagaże a dalej podejdziemy sobie do Kondrackiej Przełęczy albo na Giewont ale... nie pamiętam już jak to się stało, że zmieniliśmy plany.
Idziemy na Kasprowy Wierch.
Do Myślenickich Turni idziemy w miarę razem. Dalej każdy idzie własnym tempem i według własnych, jakże odmiennych, priorytetów.

14:14

Myślenickie Turnie: robimy sobie zdjęcia na tle Giewontu wypatrując wagonika, którym na Kasprowy Wierch mają wjechać seniorzy dwu rodów. Tu zostawiłam kijki trekingowe, po które musiałam się wrócić tracąc około pół godziny na ich odzyskanie. Justynka czekała na mnie więc dalej szłyśmy już we dwie. Potem na trasie czekali na nas jeszcze Mateusz i Aleksander.

15:25

Dolina Goryczkowa stąd prezentuje się bardzo okazale - ciekawa rzecz, że z dołu nigdy wcześniej jej nie zauważaliśmy.

15:32

Myślenickie Turnie: Widok na Giewont towarzyszy nam podczas całej dzisiejszej wędrówki. Chętnie fotografuję na jego tle Justynkę, Mateusza i Aleksandra. Reszta moich kompanów znajduje się od dawna poza zasięgiem mojego wzroku.

15:53

Pogoda zaczyna się psuć, nadciągają stalowe, ciężkie chmury niechybnie zwiastujące deszcz. Tymczasem Myślenickie Turnie wciąż rozświetla ostre słońce. Cieszymy się z obecności w tym pięknym zakątku i gdyby nie myśl, że reszta naszej grupy może niecierpliwić się z naszego opóźnienia, chętnie usiadłabym tu na dłużej i wsłuchała się w brzmienie ciszy. Tu można usłyszeć najodleglejsze ptasie głosy, brzęczenie owadów a nawet ich lot, dźwięk kołysanych wiatrem traw, szelest igieł na czubkach kosodrzewiny.

16:00

Nad Goryczkową Czubą kłębi się gęstwina chmur a niebo przybrało sinoszare barwy. To niesamowite, że my wciąż pozostajemy w smudze światła. Chłodny wiatr zmusza nas do założenia cieplejszego okrycia a nawet czapek. Nie mamy przy sobie nic do jedzenia, cały prowiant znajduje się w przepastnym plecaku Przemka. A Przemek znajduje się w tym czasie już na szczycie Kasprowego Wierchu.

16:10

Humory wszystkim dopisują na przekór przekonaniu, że Polak jak głodny to zły.

16:50

W czeroosobowym składzie wchodzimy na szczyt, na którym, jak póżniej poinformowała nas moja siostra, od dwu godzin czekał na nas Leszek. Imponujaca predkość! Aż do teraz pozostaję pod piorunującym wrażeniem. O 14:14 był przy stacji kolejki linowej na Myślenickich Turniach a 36 minut później na szczycie Kasprowego Wierchu! Wydolność (cokolwiek to znaczy) mojej siostry również rzuca na kolana. Wszystko wskazuje na to, że weszła na szczyt w czasie o godzinę krótszym niż wyznaczony na mapie. Czas wejścia Przemysława na szczyt pozostaje nieznany, trudny do ustalenia z uwagi na powyższe okoliczności, bo wszedł jako drugi (z makabrycznie ciężkim plecakiem gdyż niósł jedzenie na dwa dni dla szóstki osób). Według mapy idzie się na Kasprowy Wierch zielonym szlakiem z Kuźnic, bez postojów, 2:55 h. My szliśmy z licznymi postojami 50 minut dłużej. Mojej siostrze bardzo się ten stan rzeczy nie podoba więc...

16:51

Znów następuje przegrupowanie w naszych szeregach. Mateusz i Aleksander dołączają do grupy rekordzistów. Marek i Przemek zostają ze mną i Justyną. Zatrzymujemy się na 50 minutowy postój przeznaczony na obiad.

17:40

Tymczasem pogoda załamuje się więc dzwonię do mojej siostry, że wracamy przez Halę Gasienicową. W odpowiedzi słyszę, że szlak przez Goryczkową Czubę to "lajtowa" trasa i żebyśmy szli za nimi. Szłam tamtędy już dwukrotnie więc wiem, że potrzeba dwóch godzin aby dojść do Przełęczy pod Kondracką Kopą. Ten odcinek ma 450 metrów pod górę i 350 w dół. A potem 670 metrów do Kalatówek w niecałe dwie godziny, czyli 1:40. Spoglądam na zegarek a w uszach wciąż brzmią mi słowa mojej siostry, że to łatwa i krótka trasa. Skoro ona tak uważa... to natychmiast decyduję się iść za nimi. Justynka i Przemek mają znakomitą kondycję, Marek poczatkowo miał zamiar wracać kolejką linową ale zmienia decyzję i idzie z nami. Również niepokoi go to "lajtowe" określenie Kasi.
Chwilę później zaczyna mocno padać a nad Doliną Gąsienicową rysuje się tęcza.

17:52

Ćwiczenie jaskółek na granicznych słupkach stało się ulubioną rozrywką Justynki.

17:58

Po raz pierwszy w tym dniu spotykamy kozice. Z tego miejsca Świnica zawsze robi na mnie ogromne wrażenie.

18:04

Zaczyna tak mocno padać, że z niechęcią ale jednak zakładamy na siebie plastikowe peleryny.

18:19

Po raz drugi dzisiejszego dnia widzimy tęczę. Ta wpada z impetem to Doliny Cichej.

18:34

Znów świeci słońce.

18:46

Wobec oszałamiająco pięknych okoliczności przyrody rozsiadamy się na skałach osuszonych wiatrem po niedawnym deszczu. Myślenickie Turnie znów rozświetla słońce.

18:55

Nie tylko historia, bo przyroda również lubi się powtarzać ;-)

19:26

W drodze do Przełeczy Pod Kondracką Kopą spotykamy jeszcze kilkakrotnie kierdle kozic.

19:40

Stoimy na Przełęczy pod Kondracką Kopą. Według słowackich obliczeń powinno było nam to zająć 1:50 i tyleż nam to czasu zajęło.Tymczasem Kasia ze swoją ekipą są w połowie zejścia do schroniska, widzimy ich na stoku. Cóż... Marek ma kontuzję nogi, która podczas zejścia coraz bardziej daje mu się we znaki.

19:40

Wzmaga się deszcz. Z Kondrackiej Przełęczy do schroniska na Kalatówkach jest 1:40 i niecałe pięć kilometrów. Decydujemy, że dalej idziemy osobno. Justynka i Przemek idą przodem. Ja schodzę z Markiem, który coraz częściej musi sobie robić przerwy. Ostatecznie schodzi tyłem, bo tylko wtedy jego stopa prawidłowo zgina się w kostce. Wkrótce przypominam sobie, że czołówki zostały w plecaku u Mateusza. Niebawem będzie miało to niemiłe konsekwencje. Kiedy wreszcie jesteśmy już na równej drodze, tzn. w lesie (ciemnym) Marek powłóczając chorą stopą zawadza nią o wystający korzeń i niczym torpeda wystrzliwuje przed siebie w ciemną czeluść nocy. Wiem, że nie mam na tyle siły aby zatrzymać go więc tylko łapię go i przekierowując energię jego lotu okręcam wokół siebie skutkiem czego oboje lądujemy na pupie na niewielkim wzniesieniu przy szlaku. Chce mi się śmiać ale nietęga mina Marka (widzę ją pomimo ciemności) daje mi sygnał abym nawet nie ważyła się na mały grymas uśmiechu. Kasia chce wysłać nam na pomoc Leszka, ale powstrzymujemy ją przed tym, bo niby jak miałby nam pomóc? Wziąć Marka na plecy? Drepczemy zatem znajomą do bólu polaną mając przed oczami światełka hotelu na Kalatówkach. Mnie męczy jeszcze obawa czy Justynka i Przmek, którzy są w tych okolicach po raz pierwszy, właściwie skręcili na rozstaju szlaków. Bo jeśli poszli prosto to niechybnie są już w Kuźniach. Dla mnie oznacza to, że nie mając z nimi kontaktu telefonicznego (ech! Bateria telefonu Justysi nie wytrzymała i padła z nadmiaru snapów) będę jeszcze musiała podejść po nich. Ale wtedy na szczęście będę już miała czołówkę. W głębi serca mam jednak nadzieję, że rozum i Anioł Stróż nie opuścili nas w potrzebie i Justynka z Przemkiem bezpiecznie dotarli do celu.

21:40

Wchodzimy do hotelu na Kalatówkach. Justynka i Przemek wychodzą nam na powitanie. Kamień spada mi z serca ale pewnie znów na stopę Marka ;-)
Natychmiast idę się myć. Moja siostra udziela Markowi pierwszej pomocy medycznej. Do 23:00 wspólnie spędzamy czas w restauracji opowiadając sobie przeżycia z minionego dnia, snując plany na jutrzejszy dzień... czyniąc dalekoidące postanowienia ;-) Osiem godzin w Tatrach a tyle się podziało (w nas)!!!


Podziel się z innymi swoją opinią...
-->
  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter