Deniwelacje

Na Kasprowy Wierch wybraliśmy się początkiem listopada 2010 roku. Pogoda zapowiadała się wspaniale więc liczyliśmy na dużo wrażeń. Podejście rozpoczęliśmy w Kuźnicach wybierając szlak zielony, dotąd nam nie znany. Szlak początkowo biegnie lasem i dopiero przy pośredniej stacji kolejki linowej na Myślenickich Turniach roztoczył otwarł się przed nami piękny widok na Dolinę Goryczkową oraz Giewont. Idąc dalej podziwiamy widoki na Zielone Turnie, Suchą Czubę i Kondratowy Wierch. Tu szlak staje się bardziej stromy lecz cały czas zapewnia nam mnóstwo górskich pejzaży. Z uwagi na wczesną godzinę a może i porę roku ruch na szlaku słaby. Osiągając wysokość Suchej Czuby 1686m n.p.m. siadamy na rozpromienionej jesiennym słońcem polanie i ze smakiem zajadamy się zabranymi z domu wiktuałami. Mocny wiatr dopada nas dopiero na szczycie Kasprowego i zmusza do szybkiego opuszczenia punktu widokowego. który zawsze mnie zachwyca: na wschodzie cała Orla Perć, Mięguszowiecki Szczyt, Walentynkowy, Szatan, cała Grań Grubego, majestatyczna piramida Krywania, a od Zachodu pasmo Tatr Zachodnich i jak na dłoni prawie całą trasa, którą chcemy dojść do Przełęczy pod Kopą Kondracką. Rudo- czerwona trawa sity skuciny kołysze się na wietrze a słońce miejscami nadaje jej złoto- miedziany odcień. Goryczkowe Doliny zdają się być na wyciągniecie dłoni. Tymczasem zmienia się pogoda i krajobraz staje się pełen dramaturgii. Spoza stalowo-szarych, ciężkich chmur raz po raz wyłania się słońce rzucając pomarańczowe plamy na szczyty Tatr Wysokich. W pewnym momencie widać tylko czubki Świnicy i Krywania. Cóż z tego skoro przejmujące zimno dokucza nam coraz bardziej. Rezygnujemy z gwarnej restauracji w budynku kolejki linowej i kawę wypijamy w skalnym załomie tuż obok szlaku nieco poniżej szczytu. Mamy stąd dogodny punkt obserwacyjny ale tym razem na fotografujących się w górskiej scenerii klientów kolejki linowej. Inny świat. Choć zachowują się nieco za głośno to jednak wzbudzają moją sympatię. Też mam kilka bliskich i ważnych dla mnie osób, które chciałabym zaprosić na takie spotkanie z Tatrami, zapakować ich do wagonika i wwieźć na szczyt a potem patrzeć jak zmieniają się ich twarze.

Zazdroszczę więc temu młodemu mężczyźnie, który pokazując swojej babci szczyty, które zdobył równie czule odpowiada na jej szorstkie pytanie : „ A na Giewoncie byłeś?” Gdy ten potakuje uśmiecha się i już nie chce dalej słuchać. Co tam jakieś Mięguszowieckie albo Świnica! Kto o nich tam słyszał!- tłumaczę sobie i też się uśmiecham. „ Gdyby tylko jeszcze oni zechcieli…”- myślę o swoich kochanych i w pamięci liczę ile to już razy byłam w tym miejscu z tą sama tęsknotą, z tym samym pragnieniem. I z iloma już się pożegnałam? Pożegnałam właśnie a nie poddałam czy zrezygnowałam. Odpuściłam. Marzenia są do spełniania chyba że są z tych niespełnialnych. Bo po co marnować energię na takie marzenia? Jeśli coś całkowicie nie zależy ode mnie , jeśli na coś nie mam najmniejszego wpływu to lepiej sobie odpuścić. Jest tyle innych ważnych dla mnie celów. W takich chwilach powtarzam sobie słowa Fritza Pearlsa:

„Ja robię swoje i ty robisz swoje.
Ja nie jestem na świecie po to,
żeby spełniać twoje oczekiwania,
a ty nie masz obowiązku spełniania moich oczekiwań.
Ty jesteś ty, a ja jestem ja.
Jeśli się spotkamy - to wspaniale.
Jeśli nie - to trudno.”

   Czy można żyć z kimś dzień w dzień przez wiele lat i się z nim nie spotkać? Można. Wiem. Tylko po co? Ja nie odnalazłam odpowiedzi na to pytanie i wreszcie przestałam szukać. Pożegnałam się. Poszłam swoją drogą i jestem na swoim miejscu.

   Wypijamy w milczeniu kawę. Sprawia mi przyjemność jej aksamitny smak i ta pełna bliskości cisza w której słychać oddech ziemi i nieba. Marek pakuje starannie plecak i podaje mi rękawiczki. Jak to dobrze, że o nich dla mnie pamiętał. Czuję się bezpieczna i zaopiekowana.

   Po krótkiej przerwie ruszamy w kierunku Goryczkowych Czub mijając po drodze kilka przepaści. Ten odcinek trasy w zimie jest szczególnie niebezpieczny również ze względu na zagrożenie lawinami. Śnieg nie chce na długo zatrzymywać się na skalistych zboczach Goryczkowej Czuby. Patrząc w dół widzimy pod Jaworowymi Skałkami, po słowackiej stronie, w Dolinie Cichej, ich skutki. Zerkam i myślę sobie, że fajnie by było przejść kiedyś tą droga i zobaczyć Tatry z tej strony. Wędrówka granią jest jak zwykle łatwa i przyjemna, nadal nie odczuwamy zmęczenia. Jednak jest już 15 kiedy stajemy na szerokim, rozległym siodle Przełęczy pod Kondracką Kopą. Ostatnie spojrzenie w kierunku Tatr Wysokich i schodzimy. Przed nami Giewont ale już widziany z nieco innej perspektywy niż kilka godzin wcześniej. Ach ten Giewont! Ostatni raz byłam tam jakieś ćwierć wieku temu! Ale kiedy wspiąć się tam znów skoro zawsze ilekroć nadarzy się po temu okazja to ciągną na nią tłumy pielgrzymów? Dwa lata temu kiedy stałam na Przełęczy Kondrackiej z uczciwym zamysłem wejścia na Giewont zniechęciła mnie właśnie ta kolejka ludzi wijąca się wokół szczytu. Skręciłam w prawo i pognałam na Kopę Kondracką. Pytam Marka o jego uczucia wobec tego szczytu. „Możemy pójść”- kwituje lakonicznie.- „Może wiosną?”

   Schodzimy licznymi zakosami, które przypominają mi szlak z Wołowca do Wyżniej Doliny Chochołowskiej. Szybko tracimy wysokość ale coraz dotkliwiej odczuwam to w kolanach. Dobrze, że tym razem mam kije.

   Do schroniska przychodzimy w zupełnej ciemności. Zatem wchodzimy na godzinkę posilić się ciepłym obiadem i odpocząć. Schronisko pełne ludzi. Udaje nam się przysiąść do stolika zajmowanego przez dwie młode dziewczyny, które minęły nas na szlaku akurat wtedy kiedy Marek robił zdjęcie do panoramy. W miłym towarzystwie szybko przeleciała nam godzina i dopiero wielki jak ryś kocur przypomina nam o konieczności pożegnania. W domu czeka nas nasza Rakija - czarna, trzymiesięczna kotka, którą (przed dwoma miesiącami) zabraliśmy ze schroniska na Głodówce. Żegnamy się i opuszczamy ciepłe i przytulne pomieszczenie wchodząc w ciemną czeluść nocy. Przypinamy czołówki i szybkim marszem zmierzamy do Kuźnic a potem , niestety również do Zakopanego, pod parking w pobliżu dworca, gdzie rano zaparkowaliśmy samochód. Rozsiadam się wygodnie i poddaję błogiemu rozleniwieniu. Dyskretne dźwięki muzyki kołyszą mnie do snu i prawie jak za sprawą teleportacji budzę się pod domem.

   Jestem w domu. Czuję to mocno i wyraźnie.

Dorota 2010-11-06

Podziel się z innymi swoją opinią...