Zaraz po przebudzeniu sprawdzamy prognozę pogody. Przewidywane są obfite opady śniegu więc z wyjścia na Śnieżkę rezygnujemy tudzież z wjazdu na Szrenicę. Korzystamy z planu awaryjnego i po obfitym, a niespiesznym śniadaniu, zabieramy sanki i udajemy się do Szklarskiej Poręby.

Bałwanki, wodospad i sanki

Tam gwałtownie krajobraz zmienia się, przybywa śniegu, który na dodatek nieustannie sypie i sypie. Zostawiamy samochód na parkingu i natychmiast wchodzimy w malowniczy las w poszukiwaniu stoku saneczkowego. Śnieżny krajobraz odpręża nas i radośnie nastraja co sprzyja zabawie. Panowie lepią śnieżki i szybko wywiązuje się między nimi walka (często padam ofiarą rykoszetów i nie tylko).

Mati ulepił tak wielką śnieżkę, że natychmiast wpada na pomysł ulepienia bałwana. Śnieg jednak nie sprzyja tym zamierzeniom i nie chce się kleić. Mati pakuje śnieżną kulę na sanki i oznajmia, że bałwana dokończymy jak napada więcej śniegu. Tymczasem na szlaku przybywa ludzi i kiedy dochodzimy do schroniska przy wodospadzie to na ścieżce jest już tłoczno, wszyscy ślizgają się na oblodzonym stoku choć wcale tego nie chcą. Jak tu zjeżdżać z takiej górki na sankach? Na polanie nieopodal schroniska podziwiamy Wodospad Kamieńczyk oraz znajdujący się poniżej niego kanion o długości 100 m. Szerokość kanionu przy wodospadzie osiąga 15 m, a niżej zwęża się nawet do 3 metrów zaś jego ściany mają wysokość prawie 25 metrów. Można podejść pod czoło wodospadu po metalowych schodkach w towarzystwie przewodnika jednak my mamy co robić.

Chłopaków opętała idea ulepienia bałwana a na sankach czeka kula śniegowa- niczym kamień węgielny pod budowę bałwana. Mati z determinacją poszukuje najskuteczniejszych sposobów powiększania kuli, zjeżdża razem z nią z małej górki, toczy ją, lepi i ugniata aż kula pęka pod naporem jego siły rozpadając się na dwie połówki. Mati nie zniechęca się tym faktem, podchodzi do sprawy konstruktywnie i proponuje abym wzięła jedną część i ulepiła dla bałwana głowę.

Zaangażowanie i zapał Mateuszka jest silniejszy od racjonalnych argumentów, które rodzą się w mojej głowie i widząc jego wytrwałość w dążeniu do celu, pomimo braku satysfakcjonujących efektów włączam się w zabawę i teraz razem z nimi turlam śnieżną kulę. Z pomocą przychodzi nam niebo sypiąc coraz bardziej mokrym śniegiem. Zebraliśmy prawie cały śnieg z małej polanki ale bałwan stanął (i pewnie stoi tam jeszcze do dziś). Mati wymyślił dla niego buzię a uszy i nos są dziełem Marka. Robimy pamiątkowe zdjęcie i oddajemy bałwana światu. Przyjemnie było nam potem patrzeć jak inni turyści fotografują się w jego towarzystwie.

Po zakończonym śnieżnym przedsięwzięciu czujemy straszny głód. Na szczęście w schronisku w jadalni są jeszcze wolne miejsca. Kiedy zdejmujemy kurtki okazuje się, że kurtka Mateuszka przemokła do suchej nitki. No tak… wyprałam ją bez impregnowania. Mati zamawia ruskie pierogi a my fasolkę po bretońsku. Jakże smaczne stają się te proste dania po tej zimowej zabawie! Mati prosi abym po powrocie do domu zrobiła zapas jego ulubionej potrawy a ja zobowiązuję się spełnić jego życzenie*.

Zamieniamy się z Mateuszkiem kurtkami i wychodzimy w śnieżną zamieć. Ponownie oglądamy wodospad, który wpada do głębokiego, wąskiego wąwozu z wysokości 27 m. Pionowe skalne ściany, otaczające ciasno wodospad robią niesamowite wrażenie. Nie decydujemy się jednak na zwiedzanie wąwozu. Na szlaku zrobiło się luźniej i chłopaki chcą zjechać w dół na sankach. I zjechali! Zjechali nim włączyłam aparat! Zjechali z okrzykiem na ustach: „ Z drogi śledzie! Mati jedzie!”. Nie przyznaję się do nich ;-) Grzecznie schodzę powoli w dół. Chłopaki wykorzystują każde, nawet najmniejsze, wzniesienie aby zjechać na sankach.

Poszukiwania odpowiedniego stoku wieńczy sukces. Jakimś cudem trafiamy na stromą acz nie wysoką górkę. Mateusz ma niespożyte siły- tam i z powrotem prawie fruwa sankami. Moja Mateuszowa Kurtka nadal jest mokruteńka, śnieg wsiąka w nią i przenika w głębsze warstwy mojego cebulowego ubrania. Zostawiam chłopaków na stoku a sama udaję się do samochodu. Jednak zmieniam zamiar kiedy okazuje się, że mam kłopot z odnalezieniem drogi powrotnej a komórka została w mojej kurtce, którą teraz ma na sobie Mateuszek. Wracam w samą porę bo panowie właśnie kończą saneczkowe szaleństwo. Ich buzie rozświetla radosny uśmiech spełnienia.

To był uroczy dzień!

* Wywiązałam się z obietnicy dopiero na początku lutego za to z nawiązką - 350 sztuk, dla każdego wedle upodobań. 20 stopniowy mróz sprzyjał mi i wystawione na balkon pierogi zamarzały błyskawicznie. Pierogi ruskie, z mięsem, z kapustą i grzybami (własnoręcznie zebranymi w górach) a może z serem na słodko? Na co kto ma ochotę!
Podziel się z innymi swoją opinią...