Jałowcowe Smaki

Jałowiec jest najwyższym szczytem Pasma Przedbabiogórskiego. Łatwo zapamiętać: cztery jedynki- 1111 m n.p.m. Jedni zaliczają go jeszcze do Beskidu Żywieckiego, drudzy już do Makowskiego.

W „Lany Poniedziałek” wyruszamy niebieskim szlakiem ze Stryszawy na spotkanie z panoramami Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. Z Hali Trzebuńskiej położonej na samym szczycie Jałowca pięknie prezentują się Babie Góry, Pilsko od samiutkiej Przełęczy Lipnickiej, Barania Góra i Skrzyczne.

Pomysł na ten wypad powstał całkiem spontanicznie. Jechaliśmy właśnie na przełęcz Głuchaczki aby nacieszyć się rozległymi łąkami kwitnących kaczeńców kiedy Marek spokojnie zapytał:
-„A co powiesz na Jałowiec?”
Powiedziałam: „tak” i zamiast w prawo Marek skręcił w lewo. Po kilku minutach zatrzymaliśmy się na poboczu wąskiej drogi, która zaledwie 20 metrów dalej kończyła się niewielkim bajorem na skraju łąki. Dzień był pochmurny i nie nastawialiśmy się na podziwianie rozległych panoram. Skupiłam się na kwitnących wszędzie wiosennych kwiatach. Tuż obok przydrożnego rowu zakwitły niespodziewanie narcyze. Pewnie ktoś wyrzucił ich cebulki podobnie jak śmieci, które wychylały się spomiędzy żółtych kobierców kaczeńców.

W plecaku mamy mapę ale idziemy na azymut. Jak się potem okazuje był to duży skrót za to piekielnie stromy. Tym sposobem od samego dołu mamy ostro pod górkę. Początkowo posuwamy się wzdłuż potoku obficie ukwieconego fioletowym żywcem, żółtymi kaczeńcami, waniliowymi pierwiosnkami, białymi zawilcami i szczawikiem zajęczym.

Po kilku minutach wchodzimy w las i rozpoczynamy szukanie szlaku. Na szerokiej leśnej drodze spotykamy pierwszych turystów. Są mili i mają niecodzienne poczucie humoru. Zatrzymujemy się na krótką rozmowę i żegnamy z żalem - oni już schodzą. Odprowadzając ich wzrokiem spostrzegam nadciągające burzowe chmury. Niemal w tej samej sekundzie rozlegają się pierwsze grzmoty. Tak już będzie do końca naszej wędrówki: za plecami czarne chmury i grzmoty a przed nami słońce i błękit nieba.

Ostatnie podejście pod szczyt jest dość strome ale mimo to szybko zmierzamy przed siebie. Gna nas obawa, że zanim dojdziemy na szczyt zmokniemy do suchej nitki.

Na skraju Hali Trzebuńskiej zauważamy kępki przekwitłych krokusów i kilkoro innych turystów. Chwilkę potem z lasu wynurza się reszta grupy wraz z dwoma psami, które z wywieszonymi językami biegają i cieszą się swobodą. Ich radość tak mnie absorbuje, że nie zauważam jak wyłania się na wprost mnie Babia Góra a zaraz obok niej Mała Babia.

-„No i masz swoją Babkę” - z tryumfem oznajmia mi Marek.
Moja Babka? Oj chciałabym, chciała… Raz już prawie się udało. Ale doszliśmy do Małej Babiej i na przełęczy Brona postanowiliśmy zejść do Markowych Szczawin. Za to wszędzie, dokąd się ostatnio wybieramy Królowa Beskidów kusi nas swoim widokiem. Tak było na Wielkiej Rycerzowej, na Rysiance, na Halach Masłowej i Nizinowej…
-„ Blisko, coraz bliżej…” - myślę w duchu i natychmiast puszczam w ruch migawkę aparatu.

Światło zmienia się co chwilę raz po raz ukazując inne oblicze gór. Wokół nas szaleje burza a tu cicho i spokojnie. Hala szybko pustoszeje. Nieliczni turyści opuszczają w pośpiechu szczyt w obawie przed nawałnicą. My decydujemy się zostać i korzystając ze schronienia drewnianej wiaty uczestniczyć w tym spektaklu.

Czekamy tak około godziny i kiedy już jesteśmy pewni, że burza ominęła Jałowiec i ze spektakularnych błyskawic nic nie będzie pakujemy opróżnione ze świątecznych potraw plecaki, chowamy aparaty i wracamy.

Wciąż mamy ochotę na Głuchaczki, a pora dość wczesna, więc śpieszymy się schodząc. W drodze powrotnej spotykamy jeszcze kilkoro ludzi, którzy także tego dnia zdecydowali się wejść na Jałowiec.
-„A daleko jeszcze?” - pytają jeden przez drugiego.
-„10 minut” - zapewniamy. Towarzystwo jest rozbawione i … "jałowcowe" :)
-„Pół godziny” - prostuje Marek a ja zgodnie potakuję głową.

Schodzimy już cały czas szlakiem. Jest zdecydowanie dłuższy od naszej drogi na przełaj za to łagodniejszy. 100 metrów przed autem dopada nas deszcz, co wcale nie powstrzymuje mnie przed zerwaniem narcyzów rosnących na rumowisku po zwalonej chacie. Pośród plastikowych odpadków wyglądają jakoś groteskowo. Uwielbiam narcyze i bez wahania zrywam je co do jednego. Kiedy piszę te słowa stoją przede mną na stole - subtelnie pachnące i delikatne jak jedwab.

Kiedy odjeżdżamy z nieba leje jak z cebra. Rezygnujemy z Głuchaczek i dzięki temu mamy czas na poznanie Krzeszowa, na przejażdżkę dnem powstającej zapory w Świnnej Porębie z pejzażem "nie z tej ziemi". Zeszłoroczna powódź wiosenna pozostawiła tu niezliczone pnie drzew. Zmurszałe i sczerniałe wyglądają niemal kosmicznie. Na starym, metalowym moście dostrzegamy bruzdy gradu. W Kleczy Dolnej okoliczne potoki i strumyki zdają się występować z brzegów. „Ach, to tu była ta burza!”- zauważa Marek.

Po powrocie do domu dowiadujemy się, że kiedy my wystawialiśmy twarze ku słońcu, kilka kilometrów dalej z nieba spadał grad wielkości piłek pingpongowych, było oberwanie chmury a kilka rzeczek zalało drogi i to tak skutecznie, że trzeba było wzywać na pomoc koparkę aby przywrócić ruch na drodze. Burza nas ominęła. No i dobrze. Bo na przykład mój limit na burze został już wyczerpany.

Dorota 2011-04-25

Podziel się z innymi swoją opinią...