Buty pełne obłoków

Jagnięcy szczyt o wysokości 2230 m n.p.m., jest najbardziej wysuniętym na północny wschód wierzchołkiem głównej grani Tatr Wysokich. Ma kształt piramidy a znajduje się pomiędzy Czerwoną Turnią i Szalonym Wierchem. Wierzchołek Jagnięcego Szczytu góruje nad dolinami: Doliny Zadnich Koperszadów, Jagnięcą i Białych Stawów stanowiąca odgałęzienie Doliny Kieżmarskiej.

Na Jagnięcy Szczyt wybraliśmy się pod koniec sierpnia chcąc w ten sposób zakończyć letni sezon w Tatrach. Liczyliśmy na słoneczną pogodę tymczasem Słowacja powitała nas mgłą i deszczem. Nie zrażeni nieoczekiwaną zmianą aury korzystając z kolejki linowej dostajemy się na Skalnate Pleso, 1751m.n.p.m. Staw Łomnicki jest szarobury, smutny od odbijających się w nim ciężkich chmur, szczelnie zasłaniających widok na Łomnicę.

Hotel pęka w szwach od zawiedzionych turystów, mało kto decyduje się na wyjazd na szczyt i nikt poza nami na dalszą wędrówkę. Opatuleni w wodoodporne kurtki , pałatki i peleryny pełni nadziei ruszamy na Rakuską Czubę. Po prawej mijamy obserwatorium i spoglądając raz po raz na kłębiące się w górze chmury podążamy wolno acz konsekwentnie w wyznaczonym kierunku.

Celem naszej wędrówki jest schronisko przy Zielonym Stawie skąd nazajutrz skoro świt planujemy wymarsz na Jagnięcy Szczyt. Tymczasem mając u stóp istne kłębowisko białych i stalowych kłębuszków podążamy pośród kosówek i wrzosów, żółtych i zielonkawych porostów grzbietem Huncowskiego Szczytu by po chwili stracić z oczu wszelką cywilizację.

Po kilkunastu minutach szlak wiedzie nas szeroką ścieżką trawestującą zbocze, która dopiero przed samym szczytem wije się zakosami i zaczyna wznosić. Stojąc na Rakuskiej Przełączce Wyżniej widzimy wokół mleczną zasłonę toteż żadne z nas nie decyduje się wejście na szczyt Rakuskiej Czuby skąd rozpościera się widok na otoczenie Doliny Kieżmarskiej, Kieżmarski Szczyt, Zielony Staw, a po drugiej jego stronie Baranie Rogi, Czarny, Kołowy, Jagnięcy, Jastrzębią Turnię… Na wprost co bardziej szczęśliwi mogą zobaczyć zielono-białe pasmo Tatr Bielskich. Podobno między nimi a Jagnięcym przy przejrzystym powietrzu widać Turbacz w Gorcach, odległy o około 40km. Podobno, tak donoszą wszelkie przewodniki zarówno w wersji papierowej jak i multimedialnej i my im wierzymy. My nie zobaczymy jednak tego dnia niczego co znajduje się dalej niż 20 metrów obok nas. Deszcz pada na przemian to przybierając na sile to siąpiąc drobną mgiełką. Już na początku drogi porzuciłam pelerynę zniechęcona właśnie jej nieprzemakalnością i czując mokrą stróżkę na plecach cieszę się, że choć mokro to chociaż ciepło jest. Zejście okazuje się niezbyt trudne pomimo absolutnej mokrości.

Wygodna ścieżka wije się wdzięcznie licznymi zakosami. Nawet zejście stromym żlebem ubezpieczonym łańcuchem nie nastręcza trudności. Potem już całkiem łagodną ścieżką, mijając po drodze strumyczek wzdłuż brzegu Czarnego Stawu dochodzimy do Zielonego Stawu i schroniska. Tu również jest tłoczno i gwarnie a przy tym wilgotnie, bo przemoczeni są wszyscy i wszyscy pragną zmienić ten stan rzeczy susząc co się da na znajdujących się pod oknami kaloryferach. Z trudem znajdujemy wolny stolik i rozsiadając się wygodnie sprawdzamy stan fizyczny plecaków. Co nieco ocalało przed totalną powodzią zatem jest nadzieja, że będzie w czym spać. Jakże wielkie jest jednak nasze zdziwienie gdy okazuje się, że rezerwacja, którą robiłam drogą internetową jest nieaktualna. Ładna dziewczyna poinformowała część naszej grupy, że może jak nie zgłosi się pewna pięcioosobowa grupa z Polski to będziemy spać w znajdującym się nieopodal schroniska małym budyneczku ale na deskach. Uczepiamy się tej wizji jak tonący brzytwy , tonąc z przemoczonych ubraniach raczymy się specjałami słowackiej kuchni. Jak zwykle Marek grymasi ku naszej uciesze najbardziej i co chwilkę zamawia inne dania, które jakoś mu wcale nie smakują, za to smakują nam. Są i tacy, którzy z powodzeniem podejmują trud rozwiązania krzyżówki ze „Zwierciadła” i tacy którzy za nic mają swoje szare komórki traktując je „palinką”.

Po dwugodzinnym pikniku narasta we mnie dziwne podejrzenie, które nakazuje mi jeszcze raz sprawdzić co stało się z naszą rezerwacją. Pamiętając o ślicznej dwuwarkocznej dziewczynie nakłaniam Leszka do towarzyszenia mi i wspólnie udajemy się na poszukiwanie recepcji. W skrytości ducha liczę na jego niewątpliwy czar i urok osobisty, którego jednak tym razem nie musiał użyć, wkrótce bowiem okazuje się, że tą grupą, na której niezgłoszenie się liczyliśmy, jesteśmy my sami. Kamień (mokry) spada mi z serca jednak na krótko, bo gdy my tak sobie cierpliwie czekaliśmy co lepsze miejsca zostały już zajęte i nam została prycza zawieszona na wysokości 2 metrów tuż pod samym dachem a dostać się tam można wyłącznie po drabinie. Nic to! Ważne, że mamy dach nad głową, co w tych okolicznościach nabiera szczególnego znaczenia, bo po pryczy można poruszać się wyłącznie na czworakach a kontakty dachogłowne są nader częste.

O dachu nad głową staram się pamiętać cały czas ale wcale to łatwe nie jest, bo dach ma jeszcze krokwie, bo światła za mało, bo…bo czegoś innego za dużo. Koniec końców docieramy do łazienki z gorącą wodą gdzie bez powodzenia desperacko walczę z pofarbowaną na czarno od rękawiczek skórą dłoni. Pomimo kilkuminutowego szorowania z użyciem szczoteczki do zębów pod moimi paznokciami nadal smuży się czarna wstążką co doprowadza mnie do rozpaczy większej niż dzisiejszy deszcz na szlaku. I wtedy wpada mi w oko butelka Domestosu. Bez wahania i bez wyrzutów sumienia ( wątpliwości mam do dziś: była to czy nie była kradzież?) sięgam po nią i wylewam na dłoń jak mi się zdaje zaledwie kilka kropel tego cuchnącego płynu o diabelskiej skuteczności. Czarna farba prawie natychmiast znika i zamienia się w pieniącą maź, której, podobnie jak zapachu, w żaden sposób nie mogę się pozbyć. Chcąc zamaskować ten odór wkładam rękawiczki na powrót.

Przede mną noc w samym środeczku pięcioosobowej pryczy, z nosem pół metra nad dachem i w czarnych rękawiczkach. W obliczu trudności obiektywnych moi kompani okazują mi litość i pozwalają na zdjęcie rękawiczek, jednak starający się zasnąć na dole spekulują na temat dziwnego zapachu. Około północy budzą nas dziwne dźwięki dochodzące z zewnątrz. Ustalenie skąd pochodzą i kto je generuje absorbuje znaczną część nocujących w chacie podróżnych. Noc pełna jest zaskakujących niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów akcji a jej skutki są dalekosiężne. Poranek witamy w zachwycie tym większym, że niebo pozbawione jest najmniejszej chmurki.

Pierwszy wypada z pryczy Leszek i mobilizuje pozostałych do opuszczenia chatki. Śniadanie na ławeczce przed schroniskiem smakuje magicznie. Zjadamy je w pośpiechu a ja nawet w rękawiczkach. Około ósmej jesteśmy już na słonecznym szlaku a co bardziej ambitni (Marek i Leszek) dyskutują o przyczynach zieloności stawu. Ja jestem na wpół przytomna i wcale nie śpieszy mi się na szczyt, co okaże się zgubne w skutkach, bo braknie mi zaledwie kilkunastu minut aby doświadczyć na szczycie Jagnięcego rozległej panoramy.

Ze szczytu Jagnięcego przy dobrej pogodzie widać oba Kieżmarskie Szczyty, Złotą Turnię, Wielki Szczyt Wideł, Przełęcz w Widłach, Łomnicę, Jastrzębią Turnię, Poślednią Turnię, Durny Szczyt i Mały Durny Szczyt, Czubatą, Sępią i Juhaską Turnię, Spiską Grzędę, Czarny Szczyt, Baranie Rogi, Jastrzębią Grań, Kołowy Szczyt, Lodowy Szczyt, Wielką i Pośrednią Kapałkową Turnię, Żłobisty, Rumanowy Szczyt, Ganek, Wysoką, Rysy i Rysy Niżne, Młynarza, Wielki Mięguszowiecki Szczyt, Cubrynę, Szeroką Jaworzyńską i Miedziane.

Tego dnia wyżej wymienione, spośród naszej piątki widziały jedynie oczy Leszka. Spotykamy go powracającego przy wąskiej i niepozornej szczerbinie, w której ścieżka przechodzi na drugą stronę grani. Łatwo się tu pomylić i zamiast przejść tą szczerbiną na wschodnią stronę grani, pójść dalej granią w kierunku Kołowego Szczytu. Jednak stamtąd nie da się zejść do Doliny Jagnięcej ani dokądkolwiek bo grań jest tam stromo podcięta. Leszek zmartwiony jest naszym wolnym tempem marszu ale świadomy naszej ułomności szybko decyduje się na powrót wczorajszą trasą, tzn. przez Rakuską Czubę. Woli to niż czekanie na nas w schronisku. Kiedy on i pozostali członkowie naszej słowackiej wędrówki schodzą do Zielonego Stawu, my rozsiadamy się na szczycie Jagnięcego i przez godzinę cieszymy oczy widokiem na skrawek Tatr Bielskich i Jastrzębią Turnię. Marek cierpliwie czeka aż wyczerpię pojemność obu kart pamięci. Wtedy jeszcze nie wiedział, że mam założone 4 GB ;-)

Chmury przemieszczają się pod nami ale widok na stronę zachodnią do końca spowity jest nimi szczelnie. Tyle co będąc na przełęczy nacieszyliśmy oczy widokiem przetaczającego się białego welonu obłoków, które nieoczekiwanie i gwałtownie zamieniły się w grubą warstwę stalowo szarej zasłony. Niby wiem , że pogoda w Tatrach może szybko się zmienić, ale żeby aż tak? Aż tak szybko? I tak diametralnie?

Nie na wszystkie zmiany jestem gotowa, niektóre wzbudzają we mnie lęk inne protest ale już wiem, że zawsze trzeba je akceptować. Ta wyprawa stała się początkiem wszelkich zmian jakie potem zaszły w tatrzańskim i nietarzańskim ale moim życiu. Bo choć nie warto w życiu zbyt wiele mieć własnego to jednak co jak co, ale życie na pewno tak. I nawet wielkie zmiany łatwo zaakceptować jeśli dokonują się one w naszym własnym życiu. Bo warto móc powiedzieć i czuć moc tych słów: MOJE ŻYCIE. Tak uważam. Takie jest moje zdanie.

Kiedy wreszcie u wylotu Doliny Kieżmarskiej spotykamy Leszka ten śpi w najlepsze na białym obłoku. O słodkim śnie marzymy i my.

Dorota 2009-08-30


Podziel się z innymi swoją opinią...