Jak dobrze wstać skoro świt!

Budzę się z przeświadczeniem że zaraz zadzwoni budzik. Otwieram oko i oceniam sytuację: przez dalekie maleńkie okno sączy się bladość świtu ale na razie wszyscy jeszcze śpią. Sięgam po telefon i wyłączam budzik dwie minuty przed czasem. Moje szuranie budzi Leszka a potem Dorotę. Wstajemy i próbujemy ogarnąć nasz dobytek. Nie jest to łatwe w tej ciasnocie. Wychodzę na zewnątrz gdzie wita mnie cudowny, słoneczny i chłodny poranek. Sprint do toalety i po ablucjach wracam rześki jak skowronek. Pakowanie nie stanowi już takiego problemu. Chwilę później fotografuję oblane złotym słońcem, niczym miodem, czarne ściany Małego Kieżmarskiego i Złotej Turni. Niskie promienie głaszczą wierzchołki wystających ponad szal kosówki jarzębin; delikatnie szumi woda wypływająca ze stawu, a z tyłu z kierunku Jagnięcej Doliny dolatuje śpiew ptaków. Udziela mi się ten cudowny nastrój i zaczynam nucić "Radość o poranku":

  Jak dobrze wstać
  Skoro świt
  Jutrzenki blask
  Duszkiem pić
  Nim w górze tam
  Skowronek zacznie tryl
  Jak dobrze wcześnie wstać
  Dla tych chwil
  Gdy nie ma wad
  Wspaniały, piękny świat
  Jak dobrze wcześnie rano wstać
  Wiosną lat.

  Otrząsa się
  Z rosy bez
  Chcę w taki dzień
  Znaleźć cię
  Obiecał mi
  Poranek szczęście dziś
  I szczęście dziś
  Musi przyjść
  Nie zmąci mej
  Radości żaden cień
  Wschodzące słońce
  Śmieje się
  Co za dzień! (*)

Jest siódma; siadamy przy stole obok schroniska, i spoglądając w stronę naszej noclegowni wcinamy przygotowane przez Dorotkę przysmaki. Pogodny nastrój udziela się nawet zaspanej do tej pory Grażynce - być może za sprawą kawy, która w takich warunkach smakuje wybornie.

Kwadrans przed ósmą, mijając fantastyczne boisko do siatkówki, wkraczamy na żółty szlak wiodący ku Jagnięcemu. Jeśli wierzyć mapie to powinniśmy tam stanąć za 2,5 godziny, ale czy ktoś każe się nam śpieszyć? Na wejście i powrót możemy przeznaczyć nawet i sześć godzin. Korzystajmy więc z dobrodziejstwa zamieszkiwania w schronisku - skoro już wydaliśmy po 14 euro od osoby za tę prawie bezsenną noc!!! O dziwo, po dość wyczerpującym poprzednim dniu, pomimo zaledwie trzech godzin snu, wcale nie odczuwam dyskomfortu. Ruszamy ochoczo ku Jagnięcej Dolinie. Szlak schowany w rzadkiej kosówce i malinowych chruśniakach (po skosztowaniu tych malin od razu przed oczyma stanął mi Leśmian) dość stromo wznosi się w górę. Szybko zrzucamy z siebie kolejne warstewki ubrań, bo na dodatek w plecy smaży nas niby poranne lecz wcale nie takie słabe słońce.

Po drodze okazuje się, że urwista i wydawało by się niedostępna Jastrzębia Wieża, od tej strony wcale nie jest taka straszna. Na jej szczyt prowadzą nawet dwie nieoznakowane, lecz dobrze widoczne ścieżki. Żegnamy wzrokiem nasze schronisko i pokonując morenowy próg stajemy nad Czerwonym Stawem Kieżmarskim. Przed nami rozległa panorama Jagnięcej Doliny. W tej pustej, szarej przestrzeni, jedynymi ożywiającymi elementami są dwa niewielkie stawki i kamienista ścieżka szlaku prowadząca na Kołowy Przechód. Jak to zwyle bywa, Grażynka z Robertem pognali już do przodu, a Leszek również poszedł w ich ślady. Ja zaś powoli człapiąc ku górze, wraz z Dorotą oddaję się podziwianiu piękna przyrody.

Na dziesięć minut przed przełęcza pojawiają się łańcuchy. Skała jest dobrze przyczepna i chwytna, więc ubezpieczenia są zbędne - zapewne wykorzystamy je w drodze powrotnej. Tu należy powiedzieć, że ogniwa słowackich łańcuchów są znacznie cieńsze, i w wielu miejscach mocno już przewężone, a zatem należy traktować je z wielką rezerwą. Zarówno tutaj jak i na zejściu z Rakuskiego Przechodu łańcuch w był wyrwany ze skały. Nasze polskie zabezpieczenia są o wiele bardziej zadbane i chyba dość często wymieniane. Widać że nasze pieniądze za bilety wstępu nie idą na marne. Tutaj wstęp do TANAPu jest za darmo, a "darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy", więc nie narzekam, lecz tylko stwierdzam fakt.

Kołowy Przechód położony na wysokości 2118m npm. jest bardzo malowniczą przełęczą: z jednej strony zimna i pusta Dolina Jagnięca a z drugiej rozbuchana roślinnością Kołowa Dolina i Zadnie Koperszady. Wzrok ześlizguje się po północnych, kamienistych stokach Zmarzłej i Grzebieniu Kołowych Wież, i spoczywa w zielonych otchłaniach. Po prawej błyszczą Belianskie Tatry, gdzie nie tak dawno pobywaliśmy w prawie identycznym gronie. Sama przełęcz jest ciasna, urwista i najeżona drobnymi turniczkami. Jak w labiryncie. Odpoczywamy kwadrans i ruszamy dalej.

Szlak teraz wznosi się i opada na przemian, klucząc w gąszczu turniczek, rynien i galeryjek. Trzeba dobrze wypatrywać znaków bo można się tu zgubić. W dolinach wciąż jeszcze świeci słońce, ale nisko nad naszymi głowami przelatują już gnane wiatrem białe kłęby chmur. Pogoda się zmienia. Po kilkunastu minutach spotykamy wracającego już ze szczytu Leszka, a chwilę później Grażynę i Roberta. Umawiamy się na spotkanie w schronisku i nasze drogi się rozmijają.

Prawie w samo południe stajemy na Jagnięcym Sczycie (2230m npm). Wierzchołek okupuje kilkanaście osób, w tym paru Polaków. Nawiązujemy znajomość z trójką sympatycznych warszawiaków (w sumarycznym wieku 87 lat). Rozmowa zatacza coraz szersze kręgi, więc nie chcąc zatrzymywać ich długo na szczycie, umawiamy się z nimi w schronisku przy piwie (niestety potem już ich nie spotkaliśmy) i wymieniamy się mailami. Tymczasem chmury zasłoniły nam widoczność prawie do zera. Postanawiamy zatem przeczekać w myśl powiedzenia "wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija"(**). Znajdujemy kawałek zacisznego miejsca na południowo-wschodnim stoku i oddajemy się lenistwu. Oczywiście z umiarem, bo od czasu do czasu korzystamy z pojawiających się w chmurach prześwitów i fotografujemy. Pięknie z tej perspektywy prezentuje się Biały Staw Kieżmarski i Stręgacznik, a także przypominająca z tej perspektywy grzebień, Bielska Kopa. Położona u naszych stóp strzelista Kozia Turnia budzi respekt, a groźna z perspektywy schroniska Jastrzębia Wieża, wydaje się małym kamykiem. Góry są bardzo względne i złudne. Dopóki nie wejdziesz na szczyt, dopóty nie masz prawa wydawać osądu co do jego trudności czy wysokości. Chmury nie pozwalają na sfotografowanie pełnej panoramy, więc zadowalamy się mniejszymi widokami. I tak jest wystarczająco pięknie!

Kwadrans po trzynastej opuszczamy szczyt. Robi się zimno, a chmury stają się coraz bardziej szare - czyżby znowu miało padać? Teraz idziemy już szybko, i tylko pokonanie łańcuchowego odcinka zajmuje nam trochę czasu. Jak zwykle: korek. Potem prędziutko ścigamy w stronę schroniska gdzie czeka na nas obiad i toaleta (zwłaszcza to drugie jest mi bardzo potrzebne). Po drodze obserwujemy jeszcze taterników wspinających się w ścianach Koziej Turni. O, już widać schronisko! Zielony Staw Kieżmarski swoim kolorem przypomina śródziemnomorskie zatoki. Na jego dnie dostrzec można turkusowe plamy, które pochodzą od wypływających pod jego powierzchnią podziemnych źródeł.

W schronisku czekają na nas tylko Grażynka z Robertem bo Leszek jakąś godzinę wcześniej wyruszył przez Rakuski Przechód po samochód do Tatrzańskiej Łomnicy. On jako jedyny z nas poczuł niedosyt chodzenia i samotnie wyruszył po wczorajszych własnych śladach. Zjadamy obiad a potem wzdłuż Zielonego Potoku udajemy się żółtym szlakiem do Tatrzanskich Matlarów. Tam na parkingu umówiliśmy się z Leszkiem. Jest 16.30 a przed nami długa droga, więc ruszamy żwawo by nie kazać Leszkowi czekać na nas zbyt długo. Jest to prawdziwy wyścig, bo na 2,5 godzinnej trasie nadrabiamy 55 minut.

Parę minut po osiemnastej budzimy Leszka, na poduszce z chmur smacznie chrapiącego w swoim aucie. W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o Bukowinę gdzie Dorota przesiada się do swojego auta i odjeżdża w stronę domu, a nasza czwórka udaje się do Krakowa. Gdzieś między Nowym Targiem a Rabką niestety urywa mi się film - zmęczenie i niewyspanie dało się we znaki.

Marek 2009-08-30

(*) - tekst autorstwa Jonasza Kofty wykonywany m/in. przez Alibabki i Hannę Banaszak
(**) - autorem tej znakomitej fraszki jest Stanisław Jerzy Lec


Podziel się z innymi swoją opinią...