Oswajając czterotysięczniki

Wjazd kolejką na Gornergrat i to co zobaczyliśmy na szczycie dostarczyło nam wielu niezapomnianych wrażeń. Do Zermatt dojechaliśmy z Lucerny z kilkoma przesiadkami, które jednak nie stanowiły żadnego utrudnienia. Pociągi w Szwajcarii kursują punktualnie a czas oczekiwania na połączenie wynosi dokładnie tyle ile potrzeba aby przejść spokojnym krokiem z peronu na peron. Ponadto zanim podróżni opuszczą pociąg, którym aktualnie podróżują, słyszą przez głośniki wszystkie informacje potrzebne w dalszej podróży, czyli o której godzinie i z jakiego peronu odjeżdża kolejny pociąg.

Im bliżej Zermatt tym więcej w pociągu turystów. Poznajemy ich po aparatach fotograficznych, które są w nieustannym użyciu. My także dokumentujemy podróż zdjęciami korzystając z uprzejmości siedzącego przy oknie Anglika raz po raz pstrykam łapiąc w kadr najróżniejsze scenki rodzajowe lub po prostu osobliwości szwajcarskiego pejzażu. Większość zdjęć wykonana w czasie ruchu i na dodatek przez szybę pociągu ma jedynie wartość dokumentalną, pozbawiona jest walorów estetycznych ale mimo to z nich cieszymy się później najbardziej bo stanowią zapis ulotnych chwil, z których składa się nasz pobyt w Szwajcarii. Chłonę każdy szczegół jakże inny od wszystkiego co dotąd widziałam w górach.

Zermatt leży na wysokości 1610 m n.p.m. W niespełna pół godziny wznosimy się na wysokość 3089m n.p.m. co ma dla nas dość zaskakujące konsekwencje. Po wjeździe na szczyt cała nasza trójka odczuwa niesamowity głód i zamiast natychmiast poddać się urokowi miejsca my rozsiadamy się nieopodal obserwatorium i szykujemy śniadanie z zabranych wczesnym rankiem w ogromnym pospiechu wiktuałów. Niemal natychmiast zlatuje się gromada czarnych jak smoła żółtodziobych wieszczków. Ptaki lekceważą rzucane im okruchy chleba i dopiero kiedy Mati raczy je szwajcarskim serem zbliżają się i zjadają rzucane im kęsy. Po kilku minutach zjadają już Mateuszowi wprost z ręki smaczne kawałki sera. Widząc jak błyskawicznie znika moja ulubiona zakąska głośno protestuję. Wieszczki obrażone siadają obok i wkrótce zwabione przez innych turystów opuszczają nasze towarzystwo. Matterhorn mam cały czas na wprost siebie lecz mimo to wciąż nie mogę uwierzyć, że spełniło się moje marzenie i tym razem to nie żadna tam fotografia ale rzeczywistość. Marek robi mi zdjęcie jak zjadam ogromnego pomidora na tle Matterhornu a ja w rewanżu uwieczniam go w ciasnym kadrze z pętkiem kiełbasy w dłoni. To jedno z najbardziej niezwykłych śniadań jakie było mi dane spożyć więc skupiam się na słodkim smaku niebywale czerwonego pomidora chcąc zapamiętać tę chwilę na zawsze. Matterhorn prezentuje się dostojnie i elegancko pomiędzy innymi czterotysięcznikami, których akurat tu jest prawdziwa kumulacja, bo aż 29.

Kiedy wchodzimy na szczyt Mateusz natychmiast spontanicznie zabiera się za budowanie kamiennej wieży i całkowicie zatraca się w zabawie. Po chwili dołącza do niego Marek - jako nosicz kamieni. Efektem tej współpracy są dwie imponującej wysokości wieże, przy których fotografujemy się my a po nas prawie wszyscy przechodzący obok turyści. Kiedy chłopcy oddają się inżynierskiej pasji ja wyruszam na mały rekonesans i ze zdumieniem odkrywam, że zmierzając szybkim krokiem pod górę niebywale szybko tracę swobodny oddech i kręci mi się w głowie. No tak! Potrzebuję więcej czasu na aklimatyzację.

Pogoda jest słoneczna więc korzystając z chwilowego dostępu do dwóch aparatów zapełniam pamięć kart w błyskawicznym tempie. Godzinny pobyt bez wysiłku na wysokości ponad trzech tysięcy metrów sprawia, że później już bez oddechowych sensacji maszeruję w kierunku Monte Rosy. Im dalej od szczytu tym mniej spotykamy ludzi. Zdecydowana większość rozsiada się na opalizującym w słońcu szczycie Gornergratu i stamtąd podziwia majestat otoczenia. My podążamy przed siebie choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że będzie to jedynie spacer, bo na żadną górską wyprawę nie starczy nam czasu. Nie mam jednak ani ja ani moi Mężczyźni poczucia starty. Na wędrówkę przyjedziemy tu innym razem. Teraz rozkoszuję się idyllicznymi krajobrazami z lodowcami w roli głównej. Niektóre z nich, z uwagi na olbrzymie przestrzenie, wyglądają bardzo niepozornie. Kiedy dostrzegamy u stóp Dufourspitz maleńkie jeziorko bez powodzenia szukam w jego pobliżu schroniska. Udaje się to dopiero Markowi, kiedy penetruje wzrokiem zbocze przez długoogniskowy obiektyw. To co brałam za maleńki barak okazuje się być najnowocześniejszym alpejskim schroniskiem. Zaawansowana technicznie konstrukcja lśni w słońcu i wygląda jak futurystyczna stacja kosmiczna.

Nowe schronisko znajduje się na wysokości 2883m npm. Z zewnątrz budynek przypomina gigantyczny kryształ, natomiast jego wnętrze jest zbudowane całkowicie z drewna. Budynek jest w stanie pomieścić 120 alpinistów. 90% energii potrzebnej do jego funkcjonowania pochodzi ze światła słonecznego. Pozostałe 10% to w większości gaz potrzebny do gotowania, który dostarczana regularnie helikopter. Jeden z nich właśnie mknie przed nami ale zmierza w przeciwnym niż Monte Rosa kierunku. Obserwujemy przez obiektyw schronisko i wprost trudno uwierzyć, że zostało one wzniesione zaledwie w czasie dwóch letnich sezonów przez 35 robotników. Koszt budowy wyniósł 4.3 mln euro. Budynek nawet widziany przez teleobiektyw robi niesamowite wrażenie i doskonale wpisuje się mistyczny nastrój tego miejsca. Oddalamy się od stacji kolejki aby znaleźć bardziej ustronne miejsce. Po przejściu zaledwie kilkuset metrów znajdujemy się na nasłonecznionym płaskowyżu. Skały lśnią w słońcu i Mateusz zbiera do pojemnika błyszczący pył. Nasz szczyt jest prawie pozbawiony roślinności. Jakież jest nasze zdumienie gdy na ścieżce spotykamy najpierw maleńkie białe kwiatuszki podobne do margaretek a potem, w towarzystwie rojników, intensywnie fioletowe na krótkiej łodyżce.

Szczyt Gornergratu leży między dwoma lodowcami: Gornergletscher i Findelgletscher. Całkowicie pozbawiony jest śniegu za to w jego otoczeniu wszystkie szczyty pokryte są grubą warstwą białego puchu. W dole spływa lodowiec. Faktura jego powierzchni fascynuje nas. Szczególnie podobają się nam turkusowe meandry wydrążone przez roztopioną wodę. W dole widać sylwetki zmierzających po zboczu nielicznych ludzi. Ogromna przestrzeń sprawia , że ulegamy złudzeniu i wydaje się nam, że podejście do schroniska Monte Rosa wiedzie po łagodnym zboczu. Tymczasem liczne trawersy na zboczu świadczą o jego dużym nachyleniu. Krajobraz w dolinie jest bardzo urozmaicony choć w zupełności pozbawiony zieleni - szaro, buro i ponuro czyli widok charakterystyczny dla moreny czołowej. Słońce rozświetla alpejskie szczyty i zapowiada się jego piękny zachód. Nie mamy jednak czasu aby doświadczyć tego niewątpliwie imponującego zjawiska. O 17:07 wsiadamy w pośpiechu do kolejki i zjeżdżamy do Zermatt. Przez większą część drogi widzimy Matterhorn. Trochę nam żal, że nie zdecydowaliśmy się na zejście do jeziora Riffelsee ale wszyscy chcemy tu jeszcze wrócić więc następnym razem zrealizujemy te plany.

Dorota 2011-09-12

Podziel się z innymi swoją opinią...