Krakusy tropią krokusy

Wyprawa ta miała przebiegać pod szumnym hasłem: "Krakusy tropią krokusy" i spodziewaliśmy się, że spotkamy ich całe łany. Jako że miejsce szczególnie przez krokusy lubiane, czyli Dolina Chochołowska jest równie ulubiona przez turystów, więc postanowiliśmy szukać krokusów w mniej uczęszczanych miejscach. Wybór padł na Rusinową Polanę. W Krakowie na dworcu spotkałem się z Teresą i Bartkiem i we trojkę odjechaliśmy w stronę Zakopanego. W Zakopanem miała jeszcze dołączyć do nas Dorota z koleżanką, których do tej pory jeszcze nie mieliśmy okazji osobiście poznać. Wypad ten zyskał zatem jeszcze i drugie motto: "Krajtroterzy Polskich Szlaków łączcie się!".

Przez cały tydzień w Tatrach panowała rewelacyjna pogoda, więc krokusy zapewne kwitły dywanami i wcale nam nie przeszkadzało, że w piątek pogoda się załamała a na sobotę był nawet przewidziany niewielki opad deszczu. O 6.40 w niskich promieniach porannego słońca opuściliśmy Kraków. Dojechaliśmy do Zakopanego w równie pięknej aurze i szybko przesiedliśmy się na busa do Polany Palenica. Tam przewidziane było spotkanie z resztą grupy, zmierzającą do Zakopanego samochodem. Okazało się, że dotarliśmy tam jako pierwsi i dostąpiliśmy zaszczytu zorganizowania Komitetu Powitalnego. Parking był prawie pusty co znaczyło, że na szlakach też nie powinno być tłoku. Szczegół ten bardzo nas ucieszył. Po kilkunastu minutach szlaban parkingu przekroczyła czarna limuzyna z której zaczęły wysiadać nasze dziewczyny. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy doliczyliśmy się aż pięciu pań zmierzających w naszym kierunku. Tu nastąpiło trochę sztuczne i oficjalne powitanie połączone z poznawaniem imion. Niestety w tej dyscyplinie jestem bardzo słaby i już po kilku minutach zdążyłem trzy z nich zapomnieć. Przysiadamy na ławkach koło parkingu i zakładając ochraniacze na buty przygotowujemy się do drogi, bo przy topniejącym śniegu na szlakach zapewne leży królewskiej jakości błoto. Potem tradycyjny zakup bilecików wstępu do Parku i o dziesiątej wkraczamy na niebieski szlak wiodący najkrótszą drogą na Rusinową Polanę.

Słońce przypala ostro więc przydają się czapki i przyciemniane okulary. Pniemy się ostro w górę. Chyba mam dziś marną kondycję bo pot zalepia mi ślepia, lecz jako organizator i pomysłodawca wyprawy staram się być na przodzie. Oby tylko do Rusinowej - tam zapewne posiedzimy nad krokusami niejedną godzinę, więc kryzys zdąży minąć. Szlak jest zniszczony i idzie się źle tonąc co krok w wiosennym błocie ale już po kwadransie stajemy na niewielkiej polance skąd podziwiamy Łysą Skałkę i pierwszą w dniu dzisiejszym tatrzańską panoramę: Dolinę Bialej Wody ograniczoną dostojnymi wierzchołkami Wysokiej, Ganka i Gerlacha. Pół godziny później wychodzimy z lasu na wielką przestrzeń Rusinowej.

Pierwszy zachwyt po chwili ustępuje przerażeniu: na całej połaci nie ma ani grama śniegu i ani jednego kwiatka! Została tylko zeszłoroczna brunatna trawa. Na nic zdaje się węszenie po brzegach i rozgarnianie kępek traw: krokusów nie ma ani na lekarstwo! Jest mi głupio, po dwakroć głupio, po trzykroć głupio! Siadamy na ławach których kilka ustawionych jest na środku polany i robimy naradę. Jest piękna pogoda i wczesna godzina, więc możemy nawet wrócić do Palenicy i przejechać do Doliny Chochołowskiej, gdzie krokusów na pewno jest zatrzęsienie. Druga propozycja zakłada dotarcie podobnym sposobem na Kalatówki, gdzie trzy dni wcześniej Dorota krokusy spotkała. Ostatecznie zwycięża trzeci wariant trasy czyli odpuszczenie krokusom i udanie się w kierunku Murowańca. Decyzja zostaje podjęta prawie jednogłośnie, ale jest tu tak ślicznie, że na razie nikomu nie chce się stąd ruszać. Podziwiamy panoramę słowackich Tatr Wysokich oraz Tatry Bielskie. Kierując wzrok ku zachodowi dostrzegamy czuprynę Nosala; a w kierunku północy oświetlone południowym słońcem lśnią królewskie Trzy Korony.

Godzinę później w hurra-optymistycznym nastroju szturmujemy Gęsią Szyję. Początkowo pokonujemy wypełnione błotem schody z drewnianych bali ale już przy granicy lasu pojawia się śnieg. Czyli zgodnie z teorią która mówi, że na gęsiej szyi zawsze rośnie biały puch! Śnieg niestety nie jest już puszysty lecz podtopiony i przykleja się do butów. Południowe słońce przygrzewa tak mocno, że po kolei zrzucamy z siebie kurtki i polary. Raz po raz trzaskają migawki aparatów, bo z każdą chwilą odsłaniaja się coraz szersze widoki. I to widoki takie, że palce lizać! Oczywiście zabiera to trochę czasu i na szczyt Gęsiej Szyi dochodzimy z dziesięciominutowym opóźnieniem; najmłodsze gąski od razu pozują do zdjęć. Wierzchołek Gęsiej Szyi tworzą nagie skałki o ostrej fakturze - łatwo o skaleczenie w przypadku potknięcia się. Białe, pierzaste baranki chmur, które do tej pory przemykały po błękicie nieba coraz częściej zbijają się w większe formacje o szaro-burych brzuchach. Czyżby miała załamać się pogoda? Jakby na potwierdzenie tych obaw za moment nad Krzyżnem pojawia się chmura usiłująca szczelnie otulić szczyt Wołoszyna. W oddali pięknie prezentuje się masyw Giewontów a daleko za nim dostrzegamy Pilsko i Babią Górę. Choć skałki nie są rozległe to jakoś udaje się nam wszystkim pomieścić i zrobić wspólną fotografię. Na szlaku pusto - oprócz naszej grupy nie ma tu nikogo - nawet na Rusinowej spotkaliśmy tylko kilkanaście osób. Już dawno nie szedłem tak wyludnionym szlakiem.

O 12.30 ruszamy dalej w stronę Polany Waksmundzkiej - zejście jest nieco trudniejsze niż wejście ale jakoś dajemy radę, i po godzinie stajemy na rozstaju szlaków na Równi Waksmundzkiej. Stąd kierując się na wschód, można czerwonym szlakiem zejść do Wodogrzmotów Mickiewicza, lub idąc w przeciwną stronę dotrzeć do Psiej Trawki. Robimy kolejną naradę i postanawiamy jednak kontynuować nasz marsz we wcześniej obranym kierunku: do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Przed nami dwie godziny drogi, a zatem około szesnastej powinniśmy być w Murowancu. Kombinujemy czy nie dałoby się jeszcze wieczorową porą dojechać do Kirow by spotkać choć kilka krokusow. Bo jak tu wracać z pustymi rękoma?

Ruszamy z kopyta i choć śnieg jest coraz głębszy to idzie się przyzwoicie bo szlak jest dobrze widoczny - nie tak dawno maszerowała tędy jakaś większa grupa. Zapadając się raz po raz w miękkim śniegu, brniemy zielonym szlakiem w stronę Waksmundzkiej Polany. Po drodze mijamy ślady niedawnej obecności misia które mobilizują nas do szybszego marszu. Na Waksmundzkiej Polanie obserwujemy też resztki dawnych szałasów pasterskich. Szlak znow wcina się w las i kiedy przekraczamy niewielki potoczek następuje cała seria zapadnięć. Zaiste ciekawy to widok kiedy idący przed toba człowiek nagle "znika" zapadając się po pas w śniegu. Na szczęście nic nikomu się nie stało i skończyło się na kupie śmiechu.

Kiedy już pozbieraliśmy swoje ciężkie kupry i wydostaliśmy się z zagłębienia, spotykamy grupę kilkunastu osób które idą z naprzeciwka. Z zainteresowaniem wypytujemy ich o odległość do Murowańca. Okazuje się jednak, że ludzie ci (notabene członkowie Tarzańskiego Koła PTTK) wcale nie idą od schroniska tylko szli godzinę przed nami właśnie do Doliny Gąsienicowej. Zgubili szlak i postanowili zawrócić. Szukali długo i bezskutecznie znaków na drzewach ale szlak po prostu zniknął. Przypuszczają, że może wycięto oznakowane drzewa lub śniegu jest tak grubo, że znaki są zasypane. Nam również radzą zawracać, lecz my po kolejnej naradzie decydujemy, że spróbujemy naszych sił - może się nam uda odnaleźć szlak? Jeśli nie znajdziemy w ciągu pół godziny to zawrócimy. Kiedy po mniej więcej kwadransie docieramy do szerokiego rowu, okazuje się że ślady na śniegu rozchodzą się w różnych kierunkach, a oznakowań na drzewach nigdzie nie możemy dostrzec. Zatem jesteśmy w miejscu skąd oni zawrócili. Rozdzielamy się na trzy grupy i każda z nich przeczesuje kilkudziesięciometrowy fragment lasu. Tracimy na tym ponad pół godziny czasu i wcale nie odnajdujemy szlaku.

Naradzany się co robić dalej, ale tylko jedna osoba jest zdecydowana zawracać, więc podejmujemy kolejną próbę odnalezienia drogi. Po sprawdzeniu zasiegu telefonu, decyduję się samotnie ruszyć w górę zbocza by wychodząc ponad granicę lasu zorientować się w położeniu. Niebawem docieram do skraju położonej na stromym stoku maleńkiej polanki, i kiedy staję w jej najwyższym punkcie, zaglądam w mapę i okazuje się, że jest to Polana Pańszczyca Wyżnia. Zatem szlak powinien być całkiem niedaleko w kierunku zachodnim. Ruszam na orientację i zakopując się na stromym zboczu po pas w grząskim śniegu, dopiero o piętnastej odnajduję zielony szlak. Stąd zostaje nam jeszcze ponad godzina drogi do schroniska. Mija kolejny kwadrans zanim reszta grupy dociera do mnie.

Ruszamy teraz dalej bacznie wypatrując znaków gdyż na śniegu nie ma żadnych śladów ludzkiej obecności. Idzie się coraz gorzej bo śnieg jest tutaj głębszy a ponadto niektórym z nas przemakają buty. Morale nieco słabnie ale wszyscy zagryzają zęby i jakoś brniemy naprzód. Jestem pełen podziwu dla naszych najmłodszych koleżanek: Justyny i Magdy, które mimo przemoczonych butów dzielnie prą do przodu i prawie zawsze są na czołowych pozycjach. Zwłaszcza, że dla Magdy to podobno pierwsze spotkanie z Tatrami. I to od razu wypłynięcie na głęboką wodę (czytaj śnieg). Brawo! Dopiero o 15.30 docieramy do Doliny Pańszczycy. W ostrym popołudniowym słońcu pięknie prezentuje się "ogon" Orlej Perci ograniczony masywem Koszystej z lewej i Zółtą Turnią z prawej strony. Tu w lewo odbija czarny szlak, który łączy się z żółtym wiodącym na Przełęcz Krzyżne. My jednak zostajemy przy naszym zielonym. Potem okazało się że była to błędna decyzja, bo kiedy minęliśmy Wolarzyska szlak znowu nam się zgubił. Na szczęście byliśmy już na otwartej przestrzeni i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy z Halą Gąsienicową.

Tymczasem na północnej stronie nieboskłonu gromadzą się ciężkie deszczowe chmury, z których w okolicach Kościeliska chyba pada solidny deszcz. Pasowałoby przyśpieszyć kroku ale zaczyna brakować już sił. Wleczemy się powoli gęsiego, tracąc nadzieję na ostatni autobus. Klucząc i poszukując szlaku niebezpiecznie blisko podchodzimy do Pańszczyckiej Skałki. Jednak w porę odnajdujemy swoje położenie na mapie i skręcamy ostro w lewo, w bezpieczniejsze rejony. Dystans do upragnionego schroniska znowu rośnie bo nie chcąc przedzierać się przez gęste zagony kosówki musimy jednak dotrzeć do żółtego szlaku z Krzyżnego. Gdybyśmy w Dolinie Pańszczycy od razu weszli na czarny szlak zyskalibyśmy conajmniej pół godziny czasu. Jest już siedemnasta a przed nami jeszcze spory kawałek drogi - co prawda schronisko widać już jak na dłoni, ale idąc w tym tempie będziemy potrzebować jeszcze przynajmniej godzinę.

Jesteśmy już trochę wyczerpani, zziębnięci i głodni, więc decydujemy się na kilka minut postoju. Pochłaniamy resztki kawy, cukierków i batoników, wylewamy wodę z butów i wyżymamy skarpety. Dobrze że w plecaku znalazlo się kilka foliowych worków - lepsze to niż lodowata mokra skarpeta. Trudy i niedostatki rekompensują nam piękne widoki na całą Dolinę Gąsienicową, Beskid, Suchą Przełęcz i Kasprowy. Jedynie Żółta Turnia zasłania nam serce Orlej Perci. Ruszamy dalej - teraz przed nami przeprawa przez Pańszczycki Żleb. Jest to spore wyzwanie bo musimy zejść w dół po bardzo stromym zboczu a potem znów wdrapać się na przeciwległy stok Żółtej Turni. Kiedy stajemy na przeciwnym zboczu okazuje się, że czeka nas najniebezpieczniejszy odcinek drogi. Co prawda jest aktualnie lawinowa dwójka ale 500 metrowy stok który będziemy przecinać jest nachylony pod kątem około 4o stopni. Rozdzielamy się na odległość 20 metrów i ostrożnie przechodzimy przez Dubrawiska. Muszę tutaj przyznać, że wyobraźnia podsuwała mi bardzo czarny scenariusz tego przejścia!Udało się - przeszlismy wszyscy. Teraz pojawia się kolejny problem: podłoże jet tutaj kamieniste, więc zapadając się głęboko w śnieg można łatwo złamać nogę. Na szczęście cali docieramy do Gąsienicowego Lasu. Jesteśmy bezpieczni! Teraz już tylko pół godzinki żmudnego lecz przynajmniej bezpiecznego przedzierania się przez leśne zaspy i kwadrans po osiemnastej docieramy do schroniska. Uff!!!

Pierwszą rzeczą ktorą robię po wejściu do Murowańca, jest zakup dwóch par suchych skarpet (na przyszłość już będę wiedział, że na zimowe wędrówki warto zabierać do plecaka zapasowe skarpety i spory zapas foliowych worków). Dopiero teraz uświadamiam sobie, że w palcach prawej nogi powoli tracę czucie. Zdejmuję ważące chyba z pół kilograma skarpety i zakładam nowe, a na nie foliowe woreczki i dopiero buty. Jest już strasznie późno, więc chcąc zdążyć na ostatni autobus do Krakowa nie możemy zatrzymać się w schronisku na posiłek. Trudno, z głodu się tak szybko nie umiera, więc może jakoś dotrzemy na dworzec. Dorota z Justyną, Magdą i Iloną decydują się na nocleg w schronisku, więc żegnamy się i we czwórkę ruszamy czarnym szlakiem do Brzezin. Moglibyśmy iść przez Przełęcz między Kopami gdzie zyskalibyśmy prawie pół godziny, ale nie mamy już sił by wdrapywać się do góry.

Wybieramy zatem dłuższy ale łatwiejszy (1h40m) czarny szlak do Brzezin i rozpoczynamy wyścig z czasem: Kasia musi jutro na szóstą być w pracy. Zasuwamy zdrowo bo udaje się nam "zaoszczędzić" 15 minut i już kwadrans przed dwudziestą bezskutecznie próbujemy łapać stopa w Brzezinach. Niestety, nikt nie chce się zatrzymać, więc zrezygnowani idziemy pieszo asfaltem w stronę Zakopanego próbując zatrzymywać każdy przejeżdżający samochód. Dopiero w Toporowej Cyrhli udaje się nam zabrać do busa. Ostatniego TransFreja do Krakowa łapiemy rzutem na taśmę na 30 sekund przed odjazdem. Rozsiadamy się w prawie pustym autobusie i wtedy przychodzi olśnienie: w moim plecaku tkwi nie ruszony dotąd zapas żółtego sera. Mamy więc skromną kolację. W Krakowie nasze drogi się rozchodzą: Bartek wsiada w swoje zaparkowane koło dworca auto, Kasia w ostatni autobus do Kęt, Teresa za kilkanaście minut odjezdża szynobusem w stronę Chrzanowa a ja ruszam w ostatni dziś spacer na Nowy Kleparz.

Jakże piękny i pełen wrażeń był to dzień!

Marek 2009-04-18

Podziel się z innymi swoją opinią...