Na Przełęcz Snilowską wjeżdżamy kolejką linową, co też uatrakcyjnia (a wkrótce okaże sie, że nawet determinuje) naszą wycieczkę. Tu czeka na nas mała niespodzianka. Okazuje się, że w tygodniu kolejka kursuje tylko do godziny siedemnastej. A to pech!!! Dramatycznie "skrócił się" nam dzień! |
Mimo to wędrówkę rozpoczynamy od sutego śniadania. Strategia słuszna, po co te wszystkie wiktuały taskać w te i wewte, najlepiej zjeść je czem prędzej. Lądują więc na stole szyneczki, kabanoski, sery, pomidorki, ogóreczki...
|
Jeszcze tylko obowiązkowa sesja zdjęciowa dla tych, co tu jeszcze nie byli, bo urzeczeni są okolicą a nie dowierzają, że wyżej jest ładniej i na wszelki wypadek lepiej jednak to zdjęcie zrobić. |
Ilekroć jesteśmy w tym miejscu spotykamy zaledwie kilkoro turystów. Zastanawiamy się więc, kto tak rozdeptuje tu szlak? Erozja postępuje tu dość szybko, mimo to roślinność bujnie ukwieca okolicę. |
Spacerowym krokiem zmierzamy na Wielki Krywań i w takim stylu go zdobywamy: lekko i w zachwycie dla fatrzańskiej przyrody, która o tej porze roku ma wiele do zaoferowania. Przeloty alpejskie, bodziszki i zawilce narcyzowe wabią rzesze owadów. Najwięcj tu różnych motyli, licznie występuje wojsiłka i ryjkowcowate naliściaki (Phyllobius) głównie pokrzywników. Nawet ładne toto, ale paskudne ma zwyczaje żywieniowe; do domu bym nie wzięła ;-) |
Idąc granią mamy sposobność podziwiać rozległe panoramy. Na wschodzie dostrzegamy wyraźną sylwetkę Wielkiego Chocza i Šipa. Na Šipa wybieramy się od kilku lat... |
|
|
Kwadrans po dwunastej stajemy na szczycie Wielkiego Krywania. Sto osiemdziesiąt pięć metrów przewyższenia, zaledwie 1200 metrów odległości powinno zająć nam czterdzieści minut. Zajęło godzinę.
|
Marek udowadnia, że taka to ja maleńka i leciuteńka jestem... i że on taki silny...
|

Gdzie nie spojrzysz, na cztery świata strony, wszędzie jawią się nam wspaniałe górskie pejzaże. Wpisujemy się do pamiątkowej księgi na szczycie i schodzimy.
|
Podczas zejścia naradzamy się z Markiem co dalej. Do ostatniego odjazdu kolejki zostało nam zaledwie 4 godziny i 20 minut a według obliczeń dokonanych za pomocą www.hiking.sk potrzebujemy 3 godziny na zrobienie reszty naszej pętli. Zostało nam do poknania 441 m pod górkę, 626 m z górki na odcinku 9 km. |
Decydujemy się na realizację naszego planu. Mój Tata rezygnuje z dalszej wędrówki, postanawia zostać nieco dłużej na zboczach Wielkiego Krywania a potem spacerkiem wrócić na Snilowską Przełęcz i tam na nas zaczekać. |
Czerwony, graniowy szlak, oferuje nam co rusz wspaniałe widoki. Nie sposób przejść obok nich obojętnie, jest tak pięknie!!! Marek zaczyna powątpiewać czy wejście na Mały Krywań w tych (dosłownie) okolicznościach przyrody stanie się możliwe. Oboje wiemy, że zejście w tym gronie piechotą do Vratnej w ogóle nie wchodzi w rachubę. Po prostu musimy zdążyć!!! I nagle doznaję olśnienia! Przecież Słowacy nie przesuwają godzin!!! Chwała im za to. Mamy prezent: dodatkową godzinę. Zatem idziemy dalej. |
Lekki wietrzyk umila nam wędrówkę. Przejście wąską ścieżką graniową na Piekielnik dostarcza wiele emocji, podoba się wszystkim. Zimą jest tu zapewne nieco ...ekstremalnie. Z Piekielnika roztaczają się wspaniałe widoki. Oba Krywanie prezentują się stąd okazale, widać Wielki Rozsudziec i całą resztę fatrzańskich cudów. Teraz musimy zejść na Przełęcz Bublen. Na wszelki wypadek i dla Marka spokoju dopytuję napotkane Słowaczki o godzinę. Dziewczyny potwierdzają moją wersję czasową i Marek już uspokojony zmierza dalej dziarskim krokiem. |
Niekwestionowanym liderem naszej wycieczki jest Mateusz. Trudno go dogonić, ale w ten sposób dyscyplinuje nas i przypomina o pilnowaniu czasu.
|
Mały Krywań podoba mi się o wiele bardziej niż Wielki. I trudniej go zdobyć. |
Mati pierwszy zdobywa górę. Betonowy obelisk wieńczy szczyt Małego Krywania, który wcale taki mały nie jest, mierzy sobie 1671 m n.p.m. i jest drugim co do wysokości szczytem w Krywańskiej części Małej Fatry. Marek szybko dołącza do Mateuszka, a ja chwilkę po nich. Roztaczające się stąd pejzaże stanowią dla nas najlepszą nagrodę. |
Znów wpisujemy się do Księgi Wejść i oczywiście fotografujemy. Marek (w dowód miłości) cierpliwie spełnia wszystkie moje fotograficzne zachcianki (a na koniec, także w dowód miłości, tym razem do Mamy, robi jej zdjęcie na szczycie Małego Krywania). |
Szybko nadchodzi pora powrotu. Do Przełęczy Bublen mamy zaledwie 226 metrów przewyższenia, czy jak kto woli przeniższenia. Potem na Piekielnik 100 metrów w górę i znów jedyne 126 metrów w dół, 40 w górę i jesteśmy przy kolejce linowej. |
Mała Fatra niezmiennie zachwyca nas o każdej porze roku i w każdej scenerii. Mocna zróżnicowana budowa geologiczna tych gór sprawia, że całe pasmo intryguje niemal w każdym zakątku w odmienny sposób. Skalne szczyty i grzebienie, wąwozy i rozmaite formy reliefu tworzą niezwykle malawniczą całość. |
Fascynujaca jest tu także przyroda ożywiona. Na naszej drodze jawiły się szafirowe zerwy kłosowe, żółte przeloty alpejskie, białe zawilce i najrozmaitsze rozchodniki. |
Udało się nam zdążyć z półgodzinnym zapasem a Mateusz nawet wdrapał się na Koniarki i jeszcze kilka razy na nas czekał. O 16:30 (tym razem już czasu słowackiego) wsiadamy w wagonik i zjeżdżamy do Doliny Vratnej. Wycieczka zajęła nam 6 godzin. Słowacki portal przewidział na tę trasę 3godziny i 40 minut. Jasne! Bez odpoczynku i sesji fotograficznych może byłoby to nawet możliwe, ale po co? |
W Terchowej Marek z mamą udają się jeszcze do Janosika, majestatycznego pomnika słynnego rozbójnika. My w tym czasie uzupełniamy zapasy płynów w pobliskim sklepie. Szczęśliwi wracamy do domu, gdzie czekają na nas koty. |
