BO POGODA ZMIENNĄ JEST
czyli   niedziela   pod   Dudowymi   Turniami   i   z   gęsią   tuszką*

Kiedy wyglądam rano przez okno znów widzę szaro-beżowy świat. Szukam skrawka błękitu na niebie i jeśli już nie śniegu to chociaż szronu na ususzonych źdźbłach traw w kolorze umbry i mosiądzu… Babia Góra schowana za grubą warstwą sino-szarych chmur. Trafiło nam się niepogodowe okno na tę niedzielę. A jeszcze wczoraj było tak lazurowo i świetliście, tak zachęcająco do spacerów… ( tak samo będzie przez siedem kolejnych dni).

Marek twardo optuje za pozostaniem w domu i oddaniu się błogiemu nicnierobieniu, co w jego przypadku znaczy: wykonaniu co najmniej kilkunastu drobnych prac domowych podczas gdy mnie przypadłoby prasowanie sterty ubrań. Ta mroczna wizja przemyka z prędkością błyskawicy przez moją świadomość i natychmiast wywołuje bunt. Jedyny wybór jaki mu pozostawiam to : Dolina Kościeliska, Kondratowa czy Chochołowska. W Tatry możemy dojechać dopiero około południa zatem zostają nam tylko dolinki. I gdybyśmy na poważnie to wzięli pod uwagę to pewnie poszlibyśmy w Dolinę Białego i przez Sarnią Skałę do Doliny Strążyskiej, ale my zawsze gdzieś skrycie dążymy do wdrapania się na jakiś szczyt więc i tym razem marzenie to zakiełkowało w naszym umyśle.

Jadąc już w kierunku Tatr zdecydowaliśmy się na spacer Doliną Chochołowską (co tak naprawdę znaczyło wejście na Suchy Wierch Ornaczański bo przecież czołówki wraz z zapasem baterii zapakowaliśmy do plecaków nie bez powodu). W Tatrach lawinowa dwójka więc... SUCHY WIERCH ORNACZAŃSKI!!!

11:53
Na Siwej Polanie przez chwilę widać Kominiarski Wierch i Ciemniak po czym Siwa Polana przywdziewa autentycznie siwy kolor. Poza nim na śnieżnej panoramie dopatruję się jedynie kolorów antracytowego i marengo. Śnieg skrzypi pod stopami i przywołuje wspomnienia innych zimowych wędrówek. I wtedy właśnie przypominam sobie moje i Kasi niewejście na Suchy Ornaczański Wierch kilka lat temu. W dolinie panuje prawdziwie zimowa aura i wkrótce poddajemy się jej urokowi. Długie sople na dachach chałup, czapy zmrożonego śniegu na opłotkach, oszronione gałęzie nagich modrzewi i zaśnieżone kamienie w Chochołowskim Potoku wynagradzają nam brak słonecznej pogody.

W zimowej ciszy melodyjnie dźwięczą dzwonki przytroczone do sań wiozących ludzi do schroniska. Ich odgłosy szybko jednak milkną stłumione w śniegu. Gdzieś w czubkach świerków świergolą sikorki i krzyżodzioby świerkowe. Niezwykle ciepło, z drugiego końca Polski, opisuje te ptaki Krzysztof Pawlukojć. Zachęcam do przeczytaj całego tekstu: Krzyżodziób świerkowy kocha śnieg i prawdziwą zimę a także do lektury jego innych ptasich artykułów.

Tymczasem my drepczemy sobie Doliną Chochołowską obserwując czubki drzew i nasłuchując dobiegającej stamtąd ptasiej krzątaniny. Obiektyw długoogniskowy leży na dnie najgłębszej szuflady, co wzbudza we mnie odrobinę gorzkiego żalu. Ale i tak więcej słychać niż widać.

Szybko dochodzimy do Starorobociańskiego Potoku i skręcamy do Starorobociańskiej Doliny. Mamy wątpliwości, czy dalej iść na Iwaniacką czy też na Siwą Przełęcz. Zwycięża opcja druga, zatem drepczemy dalej czarnym szlakiem. Wkrótce wkraczamy w lawinowy teren co wzbudza moją czujność. Pokrywa śnieżna jest stabilna i cienka, nie ma zagrożenia samoczynnym zejściem lawiny. Jednak strome podejście na Siwą Przełęcz uznaję w myślach za nieco ryzykowne.

Na pierwszej polanie, pod Dudowymi Turniami, zjadamy na stojąco wymyślne kanapki. Jest czternasta trzydzieści. Za półtorej godziny zajdzie słońce, które póki co zaszło za gęste chmurzyska i wcale nie wiadomo czy zza nich jeszcze wyjrzy tego popołudnia. Postanawiamy zawrócić. Rześkie powietrze wypełnia całą dolinkę ale szybko po wejściu w las znów robi się trochę cieplej. Kiedy stajemy u wylotu Doliny Chochołowskiej chmury unoszą się nad szczyty Tatr, dziurawi się ich grubo utkana puchowa kołdra i znów widzimy wierzchołki Tatr Zachodnich. Gdybyśmy nie zawrócili to być może podziwialibyśmy teraz ten spektakl ze szczytu Ornaka. Jednak nie żałujemy dokonanego wyboru. Kolory karminowy, indygo i marengo przez kilka krótkich minut wzięły we władanie niebo jednak ziemia wciąż tonie w popielato-siwej, ciężkiej scenerii. W kolorze marengo są moje dwie najulubieńsze sukienki a teraz moja ulubiona tatrzańska dolina.

Odjeżdżamy z Siwej Polany kilka minut po siedemnastej. Zatrzymujemy się jeszcze przed Witowem po oscypki i bundz, które wraz z mandarynkami stanowią naszą wyszukaną kolację.

Chochołowski spacer okazał się dość wyczerpujący więc nie wystarcza nam ta przekąska i pewnie temu kupujemy jeszcze wielką gęsią tuszkę. Zainspirowana nostalgicznym wspomnieniem z dzieciństwa czy pod wpływem naszego głodu szybko podejmuję decyzję za nas dwojga: w Boże Narodzenie zjemy na obiad pieczoną gęś. I teraz szukam bezskutecznie równiej wielkiej jak nasza wyobraźnia gęsiarki, do której rzeczona gęś się zmieści.
;-)

Dorota 2013-12-15

*Gęś pieczona z jabłkami
  • Prócz gęsi potrzebne będą jeszcze:
  • jabłka (najlepsze szare renety),
  • rodzynki,
  • sól,
  • pieprz,
  • majeranek do smaku.
    Gęś (lepsza jest mrożona) rozmrozić i natrzeć solą wymieszaną z majerankiem, odstawić na 2 godziny.
    Cienko obrane jabłka podzielić na ćwiartki i wraz z rodzynkami nadziać nimi gęś.
    Potem gęś należy zaszyć, wstawić do gęsiarki, wlać około litr wody i piec przez 2,5 do 3 godzin w temperaturze około 220 st. C. Pod koniec pieczenia odkryć żeby skórka się zarumieniła.
    Prawda że proste?
    Taką gęś piekła moja babcia.
  • Podziel się z innymi swoją opinią...

      o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter