Relacje z trekkingów
Czyrniec
dzieło przypadku

7 maj 2011 rok - o 11 wychodzimy z domu aby godzinę później zaparkować auto na Przełęczy Zubrzyckiej (877 m n.p.m.) i wyruszyć na niedzielny spacer Pasmem Polic.

Zmienna pogoda nie zniechęca nas więc nic nie robimy sobie ani z wiatru, ani z sunących po niebie chmur, których zarówno kształt jak i barwa zdumiewają nas brakiem konsekwencji. Zmierzamy niebieskim szlakiem na Czyrniec zwany również Syhlcem (1318 m n.p.m.). Początkowo idziemy niesamowicie wolnym tempem ponieważ ja raz po raz odwracam się urzeczona widokiem Beskidu Wyspowego, Pienin i Tatr, które co chwilkę pojawiają się za naszymi plecami. A jak już skupiam się na drodze to w oko wpadają mi ćmy i chrząszcze więc kolejny postój gwarantowany. Jednak najpiękniejsze zdjęcia oleicy krówki są i tak dziełem Marka.

W przeważającej części szlak wiedzie lasem, więc kiedy spotykamy tubylców, ci nakłaniają nas do zejścia do Psiej Dolinki z pominięciem szczytów, wprost na Halę Krupową. Nie ulegamy ich sugestywnym namowom i podążamy wybraną drogą. Kiedy wchodzimy na Czyrniec świeci mocne południowe słońce. Ze szczytowej polany pięknie prezentuje się Babia Góra, Przełęcz Brona, Mała Babia i Polica 1369 m n.p.m. ( od której oddziela nas teraz znajdująca się o siedemdziesiąt metrów niżej bezimienna przełęcz) a z drugiej strony Okrąglica. Zatrzymujemy się aby uchwycić w kadrze malownicze panoramy i schodzimy w dół, na przełęcz, która wydaje się dużo głębsza niż jest w rzeczywistości.

Przełęcz obfituje w mokradła, w pobliżu których zaobserwowaliśmy widłaki rzadko spotykane w lasach i objęte ścisłą ochroną gatunkową. Wejście na Policę jest raczej łagodne. Dwa lata temu, mniej więcej o tej samej porze roku, zdobywaliśmy jej szczyt w dużo większym towarzystwie od strony Hali Krupowej. Ta droga wydaje mi się dużo bardziej atrakcyjna przede wszystkim dlatego, że po tej stronie zbocza las jest zdrowy i bardzo urozmaicony. Na Policy spotyka nas nagroda: Marek znajduje zmurszały pień wewnątrz którego zamieszkały niezwykłej urody mrówki. Podczas kiedy ja sycę oczy szerokim pasmem ukochanych Tatr oraz wzgórzami Orawy i Podhala Marek skupia się na mrówczych obyczajach i zaszywa się w borówkowych krzaczkach oddając się przez pół godziny makrofotografii.

Zasłużony odpoczynek na słonecznym stoku Policy zakłóca wzmagający się wiatr. Odwracam oczy i zza usianego suchymi kikutami drzew krajobrazu dostrzegam nacierające na nas czarne chmury, co sprawia, że pejzaż staje się jeszcze bardziej dramatyczny. To fascynujące jak skutecznie potrafi bronić się przyroda przed ludzką głupotą - konstatuję. Pomiędzy suchymi konarami schorowanych i martwych świerków życie rozpoczynają buki i jarzębiny. Czy za kilka lat zupełnie zarosną szczyt Policy zasłaniając te fascynujące szerokie pejzaże? Marek zmienia swoje fotograficzne zainteresowania i kieruje aparat w moją stronę. Cóż… nie jestem tak wiotka w pasie jak mrówki więc zdjęć mam wprost proporcjonalnie do tej różnicy obwodów… za to moje wszystkie okazują się być ostre a mrówkowe nie. Marek sprawia wrażenie rozczarowanego. Ja z satysfakcją znawcy przedmiotu mądrze się, że to naturalne w przypadku fotografowania owadów. Teraz mam już pewność, że następnym razem, kiedy to ja stracę poczucie czasu fotografując jakiegoś robaczka, Marek ze zrozumieniem odniesie się do mojej 169 próby chwycenia go nieporuszonego w kadrze.

Zejście do schroniska na Halę Krupową ( 1152 m n.p.m.) szalkiem czerwonym jest mało interesujące choć pod koniec ładnie widać zbocze Czyrńca oraz ową Psią Dolinkę a także Tatry. W schronisku zatrzymujemy się tylko na chwilkę. Docieramy tam niemal równocześnie z Kubą Terakowskim. W tym dniu jest zakończenie XX Marszonu więc za kilka minut nastąpi tu prawdziwa inwazja mocy. Zmawiamy kwaśnicę i kiedy zajadamy się pyszną zupą do schroniska docierają sukcesywnie kolejni uczestnicy marszonu. Trochę nam żal opuszczać to miejsce bo zapowiada się ciekawe spotkanie entuzjastów pieszych wędrówek ale w pamięci mamy jeszcze powrotną drogę co bardzo nas dyscyplinuje. Ponadto Marek wieczorem musi jechać jeszcze do Krakowa więc nie mamy wyboru - żegnamy się ze schroniskiem i odchodzimy własną drogą.

A nasza droga wiedzie teraz szlakiem czarnym. Jednak niedługo, bo Psia Dolinka z widokiem na Rezerwat przyrody im. prof. Zenona Klemensiewicza (położony na wysokości od 1200 do 1369 m n.p.m. o pow. 58 ha wysokogórski bór świerkowy zachowany w stanie naturalnym, utworzony w roku 1972.) zachęca do zejścia ze szlaku. Decydujemy się bez wahania na to karkołomne zejście. Miejscami stok ma nachylenie 40 stopni i muszę mocno opierać się na kijkach aby nie zsunąć się w dół po sypkich kamieniach. Szybko tracimy wysokość i w okamgnieniu dochodzimy do Zakulawki - uroczego potoku górskiego.

Dalsza trasa wiedzie niemal po równinie, głębokim wąwozem, utwardzoną szutrową drogą przy dźwiękach szemrzącej wody. Teraz jeszcze jakieś 3 kilometry asfaltem, nieco pod górę i będziemy przy aucie. Szosa okazuje się pełna niespodzianek. Spotykamy nietoperze i paszkoty. Dzwoni do mnie mój najmłodszy syn chcąc się pochwalić, że przejechał na rowerze 10 km. Słyszę, że jest z tego bardzo dumny więc gratuluję mu wyprawy ale wtedy okazuje się, że to nie była żadna wycieczka. Po prostu objechał 222 razy podwórko. Matematyka jest jego pasją więc wierzę w deklarowane 10 tysięcy metrów. Podziwiam jego optymizm i kreatywne podejście do życia. Trochę żal mi, że nie ma go z nami ale akceptuję realia. Za chwilkę moja jedyna córka sms-em z radością obwieszcza mi zakończenie studenckiego rajdu.

Wracamy okrężną drogą, tym razem nie przez Sidzinę a przez Zubrzycę. Zaczyna padać deszcz. Wiosenny deszczowy wieczór zaskakuje nas różowym zachodem słońca. To był piękny popołudniowy spacer.

Dorota 2011-05-07

zobacz wszystkie zdjęcia
Podziel się z innymi swoją opinią...