Kiedy podziwiam bogactwo natury, nieskończoną głębię odcieni barw, faktur, dźwięków i zapachów, doświadczam obecności Boga. Kiedy jestem w górach, czuję najmocniej jego obecność i wdzięczność za życie. Od trzech lat planowałam zabrać Marka w Góry Choczańskie i zawsze coś stawało nam na drodze. Chciałam pokazać mu to magiczne miejsce i zobaczyć zachwyt w jego oczach a tymczasem mijały kolejno wiosna, lato, jesień… Obiecałam sobie, że wobec tego wejdziemy na Wielki Chocz zimą. Marek, astronom - amator, na wędrówkę wybrał dzień zaćmienia Księżyca.
W piątek, poprzedzający nasze weekendowy wypad na Chocz, na południu Polski szalały wichury łamiąc drzewa i zrywając dachy. Na dodatek niski pułap chmur zaciągnął szarą zasłonę nad ziemią, z której wkrótce zaczął siąpić deszcz. Wszystko wskazywało na to, że i tym razem nici w Chocza. Marek sprawdził na kilku internetowych stronach profesjonalne prognozy pogody oznajmiając, że nie wróżą tam nic dobrego i kiedy o czwartej nad ranem usłyszeliśmy rytmiczne postukiwanie na parapecie nadzieja opuściła nas na dobre. Owinęłam się szczelnie kołderką i pogrążyłam w słodkim śnie, z którego wyrwał mnie dopiero natarczywy dźwięk telefonu. „Siostra”- wyświetliło mi się na ekranie komórki a skoro Siostra to trudno, odbieram. Radosny szczebiot Kasi zdezorientował mnie całkowicie. Kasia z uwagi na pospiech zapytała tylko czy może do nas wpaść po południu jak będzie wracała z lotniska. „Jasne, że tak!” Ale zaraz! Z jakiego lotniska? - myślę intensywnie i zrywam się do okna.
A tam? Lazurowa czeluść nieba. Po deszczu ani śladu. Kasia będzie po zachodzie słońca(czytaj: zahangarowaniu szybowców) - myślę intensywnie - i pewnie też już po zaćmieniu Księżyca. No to mamy 6 godzin. Na Chocz za mało. Rzucamy się Markiem na mapy. Oboje zgodnie stwierdzamy, że teraz to zostaje nam tylko Beskid Wyspowy. Skupiamy wzrok na małej plamie – to rozległa polana na Ćwilinie.
Ćwilin?
Pierwsze słyszę!
Jest jedenasta! Nie ma czasu na marudzenie. Choć nie Chocz to jednak góra i chyba całkiem widokowa- pocieszam się upychając w plecak najpotrzebniejsze (jak zwykle) rzeczy. Marek ładuje dodatkowe 3 kilogramy metalu. Nie protestuję i już się nawet nie dziwię - no niech ma! Ale raki na błoto? - krzywię się.
Droga do Skomielnej jeszcze nigdy nie była tak błyskawiczna. W okolicach Świnnej Poręby mam ochotę zmienić jeszcze plany. Potrójna w Beskidzie Małym jest jeszcze bliżej i stamtąd na pewno zobaczymy zaćmienie księżyca a na dodatek urocze widoki mamy gwarantowane. „Co to w ogóle za góra ten Ćwilin? Niższa od Mogielicy a nawet Wielkiego Lubonia. I cóż my tam możemy zobaczyć? Tatr pewnie nie zobaczymy…”- myślę sobie i zamierzam wpłynąć na zmianę zdania u Marka ale on w tym samym czasie ćwierka „Zaćmienie na Ćwilinie!” Ładnie brzmi. Na tyle ładnie, że wreszcie odczuwam spokój godząc się z ćwilińską perspektywą.
I bardzo dobrze się stało. Ćwilin urzekł mnie, zachwycił, zauroczył.
Dzięki temu przyjeżdżamy do domu kilka minut przed Kasią. Czekamy na nią z gorącą herbatą.
Kasia podobnie jak my, sponiewierana mrozem ale szczęśliwa, dzieli się z nami wrażeniami z szybowania i ... z Ameryki Południowej.
Jest tyle pięknych miejsc na świecie. Po to są by je oglądać. Oglądamy zrobione przez Kasię zdjęcia. Kiedyś marzyłam o wyjeździe na Atacamę. Słucham i patrzę jak Siostra z błyskiem oku relacjonuje swoją podróż. „…moja dusza rośnie w uwielbieniu dla Stwórcy.” - przypominam sobie słowa Gandhiego.
Gorący aromat białej herbaty z płatkami róż rozgrzewa nas (Kasi yerba nie smakowała).
Jakie to wspaniałe, że świat jest tak różny a my, ludzie, choć czasem bardzo się między sobą różnimy to jednak w istocie jesteśmy tacy sami, mamy takie same potrzeby! A potrzeba piękna jest jedną z nich.
Choć to nie był Chocz to dzień był po brzegi wypełniony magicznym pięknem. Tego dnia przypomniałam sobie prawdę tak oczywistą, że dla wielu może być nawet truizmem ;-) Piękno ma swoje źródło w nas i tylko od nas zależy czy damy mu zaistnieć. Tak samo jak szczęście. One cały czas są w nas.