Pełniki siedmiogrodzkie na Czerwonych Wierchach
czyli o tym,
że demokracja to ryzykowna gra


Podczas wycieczki w Gorce w 2011r., moja koleżanka Marysia opowiedziała mi o kwitnących wczesnym latem na Małołączniaku łąkach pełnika siedmiogrodzkiego. Czerwone Wierchy z kwitnącym pełnikiem przez cały rok były moim marzeniem. Oczyma stęsknionej wyobraźni widziałam pachnące łany żółtych różyczek.
Łanów nie było - zaznaczam to zaraz na początku. Było za to mnóstwo najrozmaitszych kwiatów, była przestrzeń, rozległe widoki na wszystkie strony świata, rozśpiewane ptaki i, co rzadkie w Tatrach Zachodnich, łańcuchy (z tego najbardziej cieszył się Mati). Jednak pełników było na jak na lekarstwo.
Za to emocji było aż nadto.

Czas akcji:

24 czerwiec 2012 rok

W naszej wędrówce udział wzięli:

Mati, Michał, Marek, Dorota, Kasia

Nasze zdobycze:

Ciemniak (2096 m n.p.m.)
Krzesanica (2122 m n.p.m.)
Małołączniak (2096 m n.p.m.)





Dzień pierwszy

    Przeznaczyliśmy go na totalny luzik :-)
    Wysypiamy się i spokojnie zbieramy bo nic nas nie gna - noclegi mamy zarezerwowane zatem musimy tylko zjawić się w schronisku do 17. Wow! Takiego luzu jeszcze nigdy w górach nie miałam!
Spokojnym krokiem przemierzamy więc Dolinę Kościeliską fotografując po drodze urocze zięby, pluszcze i pliszki. W pobliżu potoku nieprzebrane rzesze ptaków fruwają we wszystkie strony.

    Tego dnia mamy ochotę (później się okazuje, że jednak nie wszyscy) zwiedzić Jaskinię Mroźną. Zanosimy więc najpierw plecaki do schroniska a potem wracamy się do jaskini i wchodzimy w ostatniej chwili - jako ostatni, za kwadrans zostanie zamknięta. Pan Przewodnik opowiada o jaskini co nieco i prosi aby się nie ślamazarzyć po drodze bo czas nagli. No to chłopaki pędzą przed siebie! Mati, jest jaskinią rozczarowany i odczuwa dojmującą stratę- tak świetnie bawili się nad potokiem... Po zwiedzeniu Jaskini Łokietka, Bielańskiej, Baredine i Raj ta nie robi na nim większego wrażenia, ot taka sobie zwykła jama :-( Mnie zaś jaskinie zawsze fascynowały więc i ta podoba mi się. Konflikt interesów psuje nam nieco humory, Mati gna przez jaskinię ku wylotowi chcąc jak najszybciej z powrotem znaleźć się nad potokiem. Marek zaś skrycie mu wtóruje. On też ma niemałe poczucie straty- te ptaszki, ptaszęta i ptasiory rozświergolone nad brzegiem górskiego, rwącego potoku opętały jego wyobraźnię.
    Panowie, dziękuję, że w tej sytuacji w ogóle zechcieliście wejść ze mną do jaskini :-)
    Nieoczekiwanie szybko znajdujemy się u wylotu co zdumiewa także Kasię i Michałka, którzy weszli kwadrans przed nami i dopiero co wyszli. 560 metrową długość jaskini pokonujemy w 20 minut. Gdyby nie to, że jednak spowalniam chłopców swoimi zachwytami, to śmiem przypuszczać, że dwa razy szybciej pokonaliby ten odcinek. Tak… dla nich to był niestety odcinek trasy do pokonania w drodze do błogiej, męskiej zabawy.
    Aby naprawić nieporozumienie chłopaki wracają nad potok, gdzie brutalnie przerwałam im zabawę a my z Kasią wracamy do schroniska gdzie w spokoju, na rozświetlonym podwórku przed schroniskiem przy miłych babskich pogaduszkach oczekujemy ich powrotu racząc się zimnymi napojami.
    Chłopcy całkiem widać zatracili się w zabawie bo wracają dopiero o zmroku, tym razem radośnie roześmiani z wyrazem zadowolenia malującym się na ich buziach. Marek złowił mnóstwo ptaków w urokliwym otoczeniu, Mati i Michał dokończyli pasjonującą zabawę w ludzi pierwotnych. Ha! Myślę sobie ale na głos tego nie wypowiadam -"Jednak przydała się jaskinia!".
Potem kolacja, prysznic i wszystkich opuszcza energia... Próbuję policzyć ile mniej więcej przeszliśmy dzisiaj kilometrów; 6 km Doliną Kościeliską do schroniska, potem jakieś 5 do Jaskini Mroźnej, potem 1 km do wlotu jaskini i znów 4 km do schroniska i jeszcze podejście do jaskini…18 km jak nic! W domu sprawdzam na szlaki.net.pl i wychodzi mi że około 17,6 km i jakieś 340 metrów przewyższenia ( podejście do jaskini z dna doliny to już 120 m). No proszę! A miał być taki lajcik 

    Śpimy w ośmioosobowym pokoju na piętrowych łóżkach. Ja śpię w środku :-) Kasia z Michałem na jednym łóżku w sąsiednim pokoju. I tak lepsza taka opcja od spania na twardej i zimnej posadzce. Mati zasypia błyskawicznie, ja próbuję jeszcze czytać ale w skąpym oświetleniu czołówki nie sprawia mi to żadnej przyjemności więc szybko rezygnuję i podobno natychmiast zasypiam.

:- )





Dzień drugi




    Budzę się pierwsza i ruszam pod prysznic-jeden jedyny dla wszystkich pań w całym schronisku, przepełnionym zresztą po same brzegi. Turyści spali na wszystkich korytarzach szczelnie zapełniając wszystkie jego zakamarki. Teraz jedni dopiero budzą się, drudzy pakują już swoje śpiwory i karimaty a inni jeszcze dosypiają więc kluczę między nimi ostrożnie.
    Kilka minut po ósmej udaje mi się wreszcie wytargać Marka i Mateuszka z łóżek. Z oporem wstają i bez entuzjazmu schodzą do jadalni na śniadanie. Mam dla nich dwie miłe niespodzianki. Pierwsza to cudem odnaleziony ząb Mateuszka, który wczoraj zgubiłam a dzisiaj natchniona nadzieją znalazłam na kamiennej posadzce jadalni. Mati wczoraj bardzo ubolewał nad jego podwójna stratą zatem dzisiaj cieszymy się całą trójką z jego odnalezienia. Druga niespodzianka to przygotowane przeze mnie smakowite kanapki. Ja już nie mogę doczekać się aż wejdziemy na szlak. Wczoraj, w łazience dowiedziałam się od dziewczyn, że na Małołączniaku rzeczywiście coś kwitło na żółto i że dużo tego było. „Pełniki…”- rozaniela się dusza moja naiwna… Z wizją łąki pełnej pełników, pełna nadziei wkraczam o 9:00 w duszny, wilgotny las.
    Wczoraj jeszcze raz przeanalizowałam mapę i wyszło mi, że mamy okrągłe 1000 metrów przewyższenia na Ciemniak, potem 60 na Krzesanicę i 50 na Małołączniak. W sumie 1110 metrów przewyższenia, 8,5 km pod górkę a drugie tyle z górki. Czyli JEDYNE 17 KM. Wczoraj było 18 ;-) Ale, ale! Prawie po prostym- prostuję swój błąd w myślach. Wczoraj było zaledwie 340 metrów przewyższenia a dzisiaj już trzy razy więcej!!!
    Jest wczesna pora, mamy cały dłuuuuuuuuuuuugi dzień przed sobą. Mateuszka i Michałka rozpiera energia, Kasia też leci pod górkę. Tylko my z Markiem co chwilkę się zatrzymujemy. Pozostaję pod urokiem wiosennych kwiatów tak licznie występujących przy szlaku a także malowniczych pejzaży. Silne wrażenie robi na mnie Kominiarski Wierch. Wypatruję orłów, które na jego stokach gniazdują ale nie znajdując żadnego zadowalam się towarzystwem innego, drobniejszego ptactwa.
    Na szlaku panuje upał, nasze zapasy płynów kurczą się w błyskawicznym tempie, zatem kiedy nadarza się okazja Marek i Mati uzupełniają butelki wodą z górskiego strumyka. I znów dźwigamy kilkunastokilogramowe plecaki. Na Chudą Przełączkę docieramy nieco po czasie, Kasia, Michałek i Mateuszek wdrapali się na pobliskie wzniesienie i stamtąd podziwiają świat. Ostatecznie jednak schodzą na rozstaje szlaków i zjadamy pośród kwitnących pięciorników drugie śniadanie. Doskwiera nam silne południowe słońce, które grzeje teraz niemiłosiernie.
    Na Chudej Przełączce po raz pierwszy rozpoczyna się dyskusja pt: „CO DALEJ”. Marek stanowczo domaga się aby po wejściu na Ciemniak wrócić czerwonym szlakiem do Kir. Pomysł ten wzbudza we mnie protest. Nie zgadzam się! Nie ma zgody między nami. Decyzja zostaje odroczona do czasu wejścia na Ciemniak. Mati i Michałek niczym kozice śmigają pod górkę, nie widać po nich absolutnie zmęczenia. Tuż przed Ciemniakiem napotykamy na szeroki płat śniegu. Bitwa na śnieżki w czerwcu? A jakże! Mati i Michałek są pod wrażeniem resztek zimowej szaty. Taki upał i śnieg? Niedowierzają. Robię im zdjęcie na śnieżnym płacie i idziemy dalej.
    Strome ściany Ciemniaka zachwycają mnie i przywołują skojarzenie z Wielkim Kanionem. Na szlaku właściwie niezbyt tłoczno a mijani przez nas ludzie są bardzo sympatyczni, zwłaszcza małżeństwo z Rabki, które chętnie fotografuje naszą piątkę już po raz drugi na tej trasie. Towarzyszy im dwójka nastolatków, syn zbiera punkty na małą srebrną odznakę PTTK. Gratulujemy mu determinacji, rozmawiamy chwilkę o Babiej Górze i żegnamy się widząc jak Kasia zdobywa już cel naszej dzisiejszej wędrówki.
    Ciemniak jest rozległym, łagodnym szczytem zbudowanym z dolomitów. Krocząc po jego kopule mam w pamięci liczne jaskinie znajdujące się pod naszymi stopami. Ktoś z turystów rozważa na głos prawdopodobieństwa nieoczekiwanego zapadnięcia się wierzchołka Ciemniaka a wraz z nim nas. Widać brakuje mu silnych wrażeń. Ja mam ich w nadmiarze. Marek - dywersant spiskuje z Kasią? O co ta cała walka? O 110 metrów przewyższenia na odcinku półtora kilometra? Do Krzesanicy blisko na wyciągniecie dłoni a stamtąd jeszcze krócej na Małołączniak… Według mapy zaledwie 35 minut drogi… Jeszcze raz podaję swoje argumenty. Pojedynek na fakty przegrałam. Kasia popiera Marka, chce krócej. Zatem odwołuję się do emocji: „Wejdziemy na najwyższy z czterech Czerwonych Wierchów, zobaczymy pełniki…” O łańcuchach w Kobylarzowym Żlebie milczę przezornie. Szliśmy tamtędy z Markiem więc wiem, że z chłopakami damy radę a ponadto będzie to dla nich dodatkowa atrakcja. Jestem rozżalona i zła jednocześnie. Proponuję Kasi aby sama przeanalizowała mapę i świadomie podjęła decyzję.




    
    Na Ciemniaku spędzamy pół godziny. Ja fotografuję nieskończone bogactwo kwiatów w nieznacznym oddaleniu od moich kompanów.




Uspokajam się bo wiem, że zarówno jednym jak i drugim szlakiem zejdziemy przed zapadnięciem zmroku ale czuję, że rośnie napięcie w naszej grupie co psuje wszystkim radość pobytu w górach. Tylko chłopcom niezmiennie dopisuje humor.
    Odbywa się głosowanie, Mati i Michał mają pełnoprawne głosy. Trzy za, dwa przeciw decydują, że wybieramy mój wariant. Mając poparcie dwójki dzieci biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za to co może się jeszcze wydarzyć. Marek z Kasią z godnością znoszą przegraną w głosowaniu. Teraz drą pod górkę jakby mieli turbodoładowanie. Ja znów zostaję w tyle fotografując na przemian pejzaże i kwiatki, i siostry zakonne…Przemiłe młode dziewczyny zachwycone majestatem Tatr natychmiast zjednują moją sympatię. Więc jak im tu nie zrobić zdjęcia? Wymieniamy się mailami i śpieszę się dogonić moich nieco zbuntowanych współtowarzyszy.
    Przez Krzesanicę śmigamy ledwo rejestrując na niej swoją obecność. Dopiero na Małołączniaku w obliczu rozległej panoramy Tatr moi zmotywowani/zbuntowani towarzysze podróży wrzucają na luz i… proszą o zdjęcia. Z przyjemnością fotografuję ich w najróżniejszych konfiguracjach. Marek objaśnia chłopakom gdzie Świnica a gdzie Krywań, gdzie Polska a gdzie Słowacja. Mati wyznaje, że chce w tym roku zdobyć Rysy. Przyjmujemy jego deklarację z uznaniem i natychmiast przystępujemy do wstępnych ustaleń. Póki co najmłodsi uczestnicy naszej wyprawy pełni są sił i w ogóle nie widać po nich zmęczenia. Z fantazją kontynuują wczorajszą zabawę w ludzi pierwotnych.
    Podczas zejścia podziwiamy wyrazistą sylwetkę Giewontu i szeroki widok na Podtatrze. Z niebieskiego szlaku przepięknie widać szlak z Chudej Przełączki na Ciemniak i częściowo naszą dalszą trasę.
    Przed zejściem do Kobylarzowego Żlebu chcemy zjeść kolację. Kasia chce iść dalej ale ostatecznie zostaje z nami i jakimś cudem zjadamy wspólny posiłek podczas którego towarzyszy nam siedzący na skalnej półce strzyżyk.




Tym razem fotografuję go ja i udaje mi się zrobić całkiem udane zdjęcie jak zrywa się do lotu.
    Po dojściu do łańcuchów w Kobylarzowym Żlebie zwalnia się tempo naszego marszu. Marek i Mati idą pierwsi. Marek kroczy przed Matuszkiem i instruuje go jak poruszać się po skale, w jaki sposób przekładać łańcuch i jak stawiać nogi na skalnej ścianie. 12 metrowe zejście Mateuszka dokumentuję licznymi zdjęciami. Jestem dumna jak zgrabnie i odważnie porusza się na łańcuchach. Potem schodzę ja i wspólnie z Matim czekam aż Marek sprowadzi w dół Michałka a potem Kasię. Każdemu robię dokumentalne zdjęcie. Chłopcy są zachwyceni. Tu rozpoczyna się najmozolniejszy odcinek naszego zejścia. 2,5 km w dół stokiem o nachyleniu 18,5 procenta. Kasia jest na mnie wściekła. Proponuję jej aby wyobraziła sobie zatem 3,5 km zejście na stoku o prawie 26 procentowym nachyleniu. Jest piękna słoneczna pogoda, im niżej tym cieplej i większe ogarnia nas zmęczenie. Tylko dlaczego zamiast odpocząć na Przysłopie Miętusim my tak pędziliśmy w dół?
    Przy samochodzie jesteśmy kilka minut przed dziewiątą. Było trudno, chwilami nawet BARDZO (w szczególności mnie, kiedy musiałam się zmierzyć z buntem załogi) ale w samochodzie wszyscy zapominają o doświadczonych trudach i niewygodach, rozpiera nas duma i zadowolenie. Kasia oświadcza, że gdyby wiedziała o tych łańcuchach to za nic w świecie by nie zgodziła się na ten niebieski szlak. Chłopcy są odmiennego zdania, ja też.Czy kiedyś dowiemy się kto tak naprawdę miał rację? Ojejuńku !!! A przecież to nie był wcale żaden tam hardkor!!! Nie był? Ja tkwię w przekonaniu że racja była po mojej stronie, Marek i Kasia uważają wciąż że wariant czerwony był rozsądniejszy. Zatem trzeba się nim przejść a raczej nim zejść aby mieć tę pewność.
    Jednego jestem pewna: każdy dorosły uczestnik każdej wyprawy musi mieć pełną świadomość trasy, którą zamierza się poruszać a krócej wcale nie znaczy lepiej. Druga refleksja nie nastraja mnie optymistycznie na przyszłość. Otóż nabieram coraz większego przekonania, że aby wycieczka była udana to jej uczestnicy muszą mieć podobne priorytety bo tzw. kompromisy nie satysfakcjonują na „dłuższą metę” nikogo.
    W skrytości mam nadzieję, że Kasia kupi sobie wreszcie TEN APARAT i wtedy wzrośnie jej wrażliwość na kwiatki, chmurki i owadki ;-)
    Takiego bogactwa roślin jak tym razem na Czerwonych Wierchach nie spotkałam dotąd nigdzie.



W czasie naszej wycieczki sfotografowałam w kolejności alfabetycznej:
Ten wiosenno-letni bukiet tatrzańskich kwiatów wciąż mam pod powiekami, subtelny zapach pełników łatwo przywołać mi wspomnieniem - tak był oszałamiający, wyrazisty i delikatny. Odwiedzającym nasz blog z radością ofiaruję tę górską wiązankę i zachęcam do wybrania się w tę trasę. Marek fotografował ptaki, prawie wszystkie są dziełem jego precyzji i siły rąk.
:- )







P.S.
Mati ma szczególną słabość do znajdowanych na trasie kijów. Ich bogata kolekcja znajduje się na naszym wschodnim balkonie. Szczególnym sentymentem darzy jednego kijaszka- jest cienki i prosty, towarzyszył mu już w kilku górskich wyprawach, na co dzień jeździ w samochodzie z Markiem. Obaj panowie czują z nim silną więź. Kij po czerwonowierchańskiej wyprawie znów zyskał na znaczeniu. Jego wartość sentymentalno-symboliczna może być zaskakująca dla niewtajemniczonych. Ale my WŁÓCZYKIJE jesteśmy. I to chyba już wszystko tłumaczy. Kasia o tym nie wiedziała i kiedy nieopatrznie porzuciła na szlaku powierzony jej opiece kij wywołała tym spore zamieszanie. Kij ostatecznie wrócił do Mateuszka, zaś on sam (pośrednio dzięki niemu) pomimo zniewalającego owego dnia zmęczenia pierwszy dotarł do samochodu.
:- )



1129 m

1302 m

16,24 km

6h 35'


Podziel się z innymi swoją opinią...