Przełomowa Przełęcz
czyli jak weszłam pod Chłopka

Przełęcz Mięguszowiecka pod Chłopkiem zawsze budziła we mnie respekt a jednocześnie kusiła i prowokowała. Decyzja o jej zdobyciu dojrzewała we mnie długo i powoli. Nigdy nie planowałam wejścia na nią ale wiedziałam, ze kiedyś stanę na Przełęczy. Kiedy? Kiedyś.

I tak pewnego deszczowego popołudnia Marek niedbale zaproponował wejście na przełęcz. Bezceremonialnie, najzwyczajniej, bez egzaltacji, bez cienia wątpliwości zgodziłam się natychmiast. Bo właściwie to czemu nie? Do Morskiego Oka dotarliśmy pieszo wczesnym popołudniem. Pani recepcjonistka, która lata temu zdobyła moje serce kolekcją dzwoneczków i muzyką Buena Vista Social Club, zakwaterowała nas w starym schronisku. Zostawiliśmy ciężkie plecaki i około 16 wybraliśmy się na Wrota Chałubińskiego. Nieśpiesznie i leniwie zmierzaliśmy żółtym szlakiem raz po raz mijając schodzących ludzi, kiedy nagle oczom naszym ukazał się widok niecodzienny: łania jelenia z młodym podziwiały panoramę Tatr Bialskich z elegancją skubiąc zieloną, soczystą trawę. Zwierzęta niewiele robiły sobie z naszej obecności aczkolwiek konsekwentnie zachowywały dystans dwudziestu metrów, który dla naszego obiektywu stanowił istotne ograniczenie. Żałowaliśmy później jeszcze dwukrotnie że nie zabraliśmy ze sobą teleobiektywu, bo w okolicach Stawków Staszica spotkaliśmy jeszcze rodzinkę świstaków, a tuż przed wejściem na Wrota Chałubińskiego kozicę. Szlak był pusty i jedynie pod Mnichem dostrzegliśmy sylwetki taterników. Marek czeka cierpliwie aż skończę ich fotografować. Zachód słońca obserwowany z Wrót Chałubińskiego był silną pokusą ale zwyciężył zdrowy rozsądek. Wróciliśmy do schroniska przed zapadnięciem zmroku po raz kolejny spotykając znaną nam już parę jeleni. Popołudniowy spacer stanowił miłe preludium dla jutrzejszego wyjścia na Przełęcz pod Chłopkiem. Mieliśmy na to cały dzień i 8 GB pamięci.

Noc w kilkunastoosobowym pokoju jest jak gra w ruletkę - chrapali wszyscy. Absolutnie wszyscy. Kiedy wreszcie o świcie i ja zasnęłam to prawie natychmiast obudził mnie szelestowy koncert w wykonaniu czwórki młodych mężczyzn szykujących się do wyjścia na Rysy. Dbałość z jaką pakowali do foliowych woreczków każdą część garderoby graniczyła w moim mniemaniu z obsesją.

Prawie z radością wyskoczyliśmy ze śpiworów i po długim, sycącym śniadaniu kilka minut po ósmej weszliśmy na szlak. O tej porze dnia Morskie Oko to pełen uroku i ciszy zakątek. Dopiero za godzinę nastąpi inwazja mocy. Jej początki obserwujemy spod Czarnego Stawu pod Rysami. Cieszę się, że wrócimy do schroniska dopiero wieczorem i ominie nas widok tłumu piwoszy moczących swoje obolałe nogi w Morskim Oku tuż obok znaku "zakaz kąpieli", oraz karmiących kaczki i ryby miłośników przyrody.

Na odcinku między schroniskiem a Czarnym Stawem niespodziewanie spotykamy Leszka, który niezależnie od nas wybrał się na Przełęcz pod Chłopkiem. Staram się dzielnie dotrzymywać mu kroku ale po 10 minutach zawiązuję spisek z Markiem. Jesteśmy jednomyślni w kwestiach zasadniczych zatem decyzję podejmujemy błyskawicznie. Idziemy wspólnie TYLKO do stawu. Nad wodą organizujemy sobie piknik połączony z krótką sesją fotograficzną, okraszoną wspomnieniami jak to w maju 2007 roku w tym samym miejscu zatrzymały nas lawiny a następnie powitali z radością Toprowcy. Pomimo upływu czasu nadal czuję zawstydzenie, że wychodząc wtedy ze schroniska nie sprawdziliśmy jaki jest stopień zagrożenia lawinowego. Po kilkuminutowym odpoczynku Leszek żegna nas i śmiga w górę. Jego sylwetka szybko niknie nam z oczu.

Powoli ruszamy przed siebie zatrzymywani co chwilkę zmieniającym się pejzażem. Szlak raczej pusty, zdecydowana większość zmierza w kierunku Rysów. Kolorowe sylwetki wspinających się pod Bullą przyciągają nasz wzrok. Pomimo tego, że zatrzymujemy się dość często to jednak na kolejny odpoczynek decydujemy się dopiero spotykając powracającego z przełęczy Leszka. Pełen energii i optymizmu dzieli się z nami wrażeniami. Jest zachwycony panoramą rozpościerająca się z przełęczy na stronę słowacką. Zachęcony wczesną godziną postanawia wejść jeszcze na Wrota Chałubińskiego. Umawiamy się na wieczór słusznie podejrzewając, że będzie w schronisku przed nami.

Drugie śniadanie zjadamy już na Kazalnicy. Trochę nieufnie patrzę na ostrą grań ale lazurowe niebo zachęca do dalszej wędrówki. Marek dba o moje morale równie wytrwale i konsekwentnie jak o mój komfort. Po raz pierwszy jestem w górach bez plecaka!!! Wątpliwości co do kontynuacji wędrówki ma także dwójka turystów - ojciec z synem głośno rozważają swoje plany. Marek włącza się w rozmowę i zachęca ich do dalszej trasy. Tymczasem na Kazalnicy mija nas starszy mężczyzna, tak na oko około 80-letni. Wolno ale pewnie stąpa w górę. Odprowadzam go wzrokiem pełnym uznania i szacunku. Widok z Kazalnicy sprawia, że żal mi opuścić to miejsce jednak pragnienie wejścia wyżej zwycięża. Po przejściu zaledwie kilkudziesięciu metrów zatrzymujemy się ponownie urzeczeni widokiem wiosennych kwiatów. Szczególnie dorodnie kwitnie tu kuklik rozesłany. Przyroda zaskakuje ale także uczy pokory. Wdrapujemy się na Przełęcz coraz częściej używając obu rąk. Ze zgrozą myślę, że wracać będziemy tą samą drogą.
-A jeśli zacznie padać? - budzi się we mnie Pani Panika.
-Nie będzie padać. - Odpowiada na moje niewypowiedziane pytanie Marek.
-Ale w górach pogoda potrafi bardzo szybko się zmienić! - usiłuję racjonalizować moje nieuzasadnione obawy.
-A jak za wierzchołkiem czają się deszczowe chmury? - kontynuuję.
-Nie czają się - uspokaja mnie Marek i ja nie wiedzieć czemu wierzę mu.
Na Przełęczy okazuje się że po drugiej stronie grani nic nie zwiastuje nadciągającej burzy, ale wieje za to silny wiatr.

Podejście na przełęcz staje się przewidywalne co stanowczo mnie uspokaja. Białe sasanki i zawilce narcyzowe subtelną urodą wdzięcznie łagodzą skalną przestrzeń. Widząc szlak już wiem, że bez użycia rąk raczej się nie wdrapię. Choć brak łańcuchów czy też klamer to jednak liczne rynienki same w sobie dają oparcie z trzech stron. Wejście na szczyt tą metoda wydaje mi się łatwe jednak już z obawą myślę o zejściu. Nie lubię schodzić twarzą do ściany bo nie widząc dokładnie miejsca, na którym mogę postawić nogę czuję się niepewnie i tempo z żółwiego zmieniam na ślimacze. Póki co postanawiam sobie nie martwić się jednak o zejście. Cieszę się z dobrej pogody obiecującej wspaniałe widoki i, co najważniejsze, suchą skałę. Jak nieprzyjemne jest poruszanie się po mokrych skałach pisać nie muszę, ale nawet przy tak słonecznej pogodzie na tym szlaku każdy musi zmierzyć się z tą trudnością, jeszcze przed wejściem na Kazalnicę pokonując w potoczku krótki żleb.

Ostatni odcinek szlaku pozbawiony jest większych trudności, wszystko co trudne już się zdarzyło.
-Mam za sobą galeryjkę, ostry i wąski zakręt tuż nad przepaścią, strome kominy - powtarzam sobie ku pokrzepieniu w myślach co jednak wcale mnie nie uspokaja bo równocześnie uświadamia mi, że wciąż mam to przed sobą tyle że w odwrotnym kierunku. Odwrotny kierunek znaczy dla mnie to, że ekspozycję będę miała cały czas przed oczami.

Pełna obaw związanych z zejściem wdrapuję się wreszcie na przełęcz. Widok jaki ukazuje się moim oczom wynagradza wysiłek i rekompensuje "straty psychiczne" poniesione w trakcie wspinaczki. Zahartowani na szlaku bez namysłu podchodzimy pod samego Chłopka. Na Mięguszowieckim Szczycie dostrzegamy sylwetki trzech taterników. Zazdroszczę im przez chwilkę widoków ale kiedy patrzę na ostrą grań wierzchołka pojawia się uczucie szacunku dla ich kondycji i przestaję im zazdrościć. W pełni satysfakcjonuje mnie pejzaż widziany moimi oczami. A przede mną urocza Dolina Hińczowa z lazurowymi stawami. Rok temu wychodząc na Koprowy Szczyt podziwiałam kwitnące tam kaczeńce i pełniki siedmiogrodzkie. Z przełęczy nie widać ani odrobiny słonecznych żółcieni zdobiących gęstymi kępami brzegi stawów. Żałuję, że nie ma zejścia na stronę słowacką również dlatego, że Dolinę Hińczową porastają liczne wysokogórskie kwiaty tworząc przepiękne ogrody skalne. Nigdzie jak tam nie kwitnie tak masowo lepnica bezłodygowa.

Kwitnące na żółto kukliki rozesłane i omiegi kozłowce zdobią kamienną przełęcz. Te kwiaty są przysmakiem kozic więc rozglądam się za nimi w nadziei, że również dzisiaj dane nam będzie cieszyć się ich towarzystwem. Zamiast kozic dostrzegam dwójkę innych turystów . W tych warunkach rozmowa o pogodzie stanowi dość ryzykowny temat i mając na względzie ten fakt natychmiast wdajemy się w rozmowę o niezaprzeczalnych urokach Tatr Słowackich. Tymczasem Marek nadal sprawdza granice mojej psychicznej wytrzymałości i podąża w kierunku Mięgusza. Kiedy niespodziewanie szybkim krokiem zaczyna schodzić budzi to we mnie czujność ale głównie zadowolenie. Po kilku minutach poznaję powód jego szybkiego powrotu. Otóż widząc nasze pochylone sylwetki nad stopami jednej z osób zaniepokoił się, że ktoś doznał kontuzji i potrzebuje pomocy. A my pochylaliśmy się nad mapą chcąc bezbłędnie zidentyfikować szczyty po słowackiej stronie Tatr. Ostatecznie skorzystaliśmy z pomocy Marka, który bez udziału mapy ponazywał wierzchołki. Ja pewna byłam tylko co do Koprowego i Szatana.

Widok z Przełęczy malowany światłem i cieniem nieustannie się zmienia. Słońce, chmury i wiatr tworzą pełen dramaturgii spektakl.Żal opuszczać to urokliwe miejsce jednak Marek mobilizuje mnie do powrotu. Kiedy przypominam sobie co jeszcze przede mną, bez ociągania ruszam za nim. Marek idzie pierwszy, co kilka kroków zatrzymuje się i uśmiecha. Jestem mu wdzięczna że nie wywiera na mnie presji i z akceptacją patrzy jak zmagam się ze skałami. Zdecydowanie wolę mieć skałę za plecami a taki wybór ma swoje czasowe konsekwencje. Zejście okazuje się łatwiejsze niż przypuszczałam. Kiedy zatrzymujemy się przy Czarnym Stawie pod Rysami bolą mnie ręce. Jestem dumna z siebie i przepełniona radością, której nawet nie zmniejsza otrzymany od Leszka sms z informacją, że już czeka na nas w schronisku. Właśnie zszedł z Wrót Chałubińskiego. Piszę, że za pół godziny będziemy w schronisku. Jesteśmy tam jednak po godzinie. Bo po co się śpieszyć?

Naleśniki z serem i rodzynkami smakują znakomicie. Wiśniówka ma aromat silniejszy niż zwykle, szybciej też zasypiam i nikt nie chrapie. Tylko Leszek budzi się skoro świt i natychmiast wyskakuje z łóżka. Po kilku minutach samotnie zmierza do Palenicy Białczańskiej. Podczas śniadania otrzymujemy sms-a że właśnie jest już w domu, 100 km od nas.

My jeszcze zatrzymujemy się na Głodówce i delektując się pyszną kawą żegnamy Tatry zatrzymując co chwilkę tęskne spojrzenia na najpiękniejszą z panoram. Wtedy też poznajemy ciężarną kotkę, której czarne kocię wkrótce zamieszka z nami.

Dorota 2010-07-03


Podziel się z innymi swoją opinią...