Gdzie natura swą moc okazała...

odsłona druga

Niedzielny poranek 26 sierpnia - świetne prognozy, niezła kondycja i jedna osoba w zespole więcej. Znów ruszamy na "Chłopka". Początek trasy jest taki sam jak zawsze i nawet chmury zasłaniające wierzchołki szczytów wydają się identyczne jak poprzednim razem. Nad taflą Morskiego snują się resztki porannych mgieł a słońca ani śladu. Nie zatrzymując się przy schronisku okrążamy jezioro po drodze przystając na chwilę modlitwy przy kapliczce Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów i wspinamy się ochoczo do Czarnego Stawu pod Rysami. Mijając po drodze nasze znajome limby, co chwilę rzucamy spojrzenia w stronę Mięguszy. Tam wysoko w górze spowity gęstymi chmurami czeka nasz cel - czyżby miało sprawdzić się porzekadło że "do trzech razy sztuka"?

Kiedy stajemy na morenie stawu ocierając pot dostrzegamy słabiutki zarys Kazalnicy - znak że chmury się podnoszą. Co prawda Chłopka nadal nie widać ale staramy się być dobrej myśli. Jak przed trzema tygodniami smakujemy gorącą kawę i punktualnie o jedenastej ruszamy w górę zielonym szlakiem. Choć dziś idzie się o wiele lepiej, to i tak do skalnej półki na której ostatnio zakończylismy naszą wspinaczkę docieramy dopiero po 90 minutach. Jak wskazuje mapa o tej porze powinniśmy być już na Kazalnicy ale staramy się iść wolno by nie wypalić się przed czasem.

Chmury już ustąpiły więc dookola rozpościerają się nieznane nam dotąd widoki na Morskiego Oko i Czarny Staw pod Rysami, który z tej perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Inaczej też zachowuje się mój zmysł równowagi - nigdy dotąd nie bylem wystawiony na taką ekspozycję - zaczynam mimowolnie szukać oparcia dla rąk. Nie jest o może klasyczny lęk przestrzeni ale stojąc wyprostowany czuję się trochę nieswojo... Przyluleni do naszej skalnej półeczki i posilajac się batonikami przepuszczamy wyprzedzających nas turystów. Kwadrans przerwy i ruszamy dalej. Żarty się skończyly - zaczęła się ostra, zimna i mokra skała. Ekspozycja jest coraz większa ale nie przeszkadza mi to w odnalezieniu i uchwyceniu w kadrze rosnących tu ślicznych maleństw.

Chwilę później natrafiamy na pierwsze z trzech ubezpieczeń na tym szlaku. Dwie klamry umiejscowione na ostrym zakręcie w prawo. W prawej ręce klamra a lewa sięga dwudziestometrowej przepaści. Kątem oka widzę ją ale nie mam odwagi by się wychylić i spojrzeć w dół. Zostawiam to sobie na drogę powrotną. Trzy metry wąskiej ścieżki na której czuję drżenie kolan. Krok, drugi, trzeci i jestem u progu szerokiej rynny którą za chwilę będziemy wdrapywać się do góry. Tymczasem odwracam się i fotografuję Roberta pokonującego ten zakręt. Przed nami pięciometrowej wysokości rynna, która mimo że nie eksponowana, jest chyba najtrudniejszym technicznie fragmentem tego szlaku. Tu kolejna tym razem pojedyńcza klamra, moim zdaniem mniej potrzebna ale skoro jest to z niej korzystam. Skała ułożona jest tutaj w pionowe zręby, przez co trudniej znaleźć miejsce podparcia dla buta. Płaskie i gładkie pionowe płaszczyzny muszą być piekielnie niebezpieczne przy oblodzeniu. Rozumiem zatem dlaczego tak rzadko ten szlak jest odwiedzany. Przed nami kolejne i już ostatnie dzisiaj klamry. Dobrze że są bo gdyby nie one to naprawdę nie byłoby gdzie oprzeć stopy. Te klamry są prawie jak drabina. Niemalże z czułością dotykam zimnego metalu.

Po pokonaniu rynny szerokim łukiem okrążamy Kazalnicę od lewej strony obserwując z tego trawersu płat firnowy (zwany lodowczykiem) zalegający w Bandziochu. To największy w Tatrach płat "wiecznego śniegu": ma trójkątny kształt (około 150 x 100 m) o powierzchni ok. 0,5 ha i ponad 20 metrowej grubości. Przeprowadzone niedawno badania wykazały, że zalega on w tym miejscu od przeszło 100 lat! Jeszcze tylko kilkanaście minut wspinaczki ostro wznosząca się ścieżką i kwadrans po trzynastej stajemy na szczycie Kazalnicy 2159 m.n.p.m.

Tu spotykamy kilkaście osób i dzięki temu mamy wspólne zdjęcie. Widoki ze szczytu tej ściany są naprawdę piękne. Niesamowita przestrzeń przyprawiająca o cudowne drżenie serca. Patrząc na zachód tuż poniżej Szpiglasowej Przełęczy, na tle świetnie zarysowanej Ceprostrady dostrzegamy wierzchołek Mnicha. Aż trudno uwierzyć, że te kilka płasko ułożonych kamieni, to ta sama dumna góra, która z perspektywy Schroniska w Morskim Oku budzi taki respekt! Po przeciwnej stronie w skalnym masywie szukamy czerwonego szlaku wiodącego na szczyt Rysów.

Pół godziny napawamy się tymi widokami a potem ruszamy dalej. Mapa wskazuje że przed nami jeszcze 40 minut drogi. Szlak przebiega teraz wąską, łatwą technicznie, choć eksponowaną grzędą. Około 100 metrowy odcinek przeskakujemy po kamieniach starając się nie zwracać uwagi na przepaściste głębie Sanktuarium po lewej ręce i nie mniej groźne czeluście Wyżniego Bandziocha po prawej. Byle dotrzeć do pierwszych ścian Czarnego Mięgusza! Kiedy czuję za plecami skałę, odwracam się w tyl by podziwiać Kazalnicę - z tego miejsca widać jak adekwatna jest ta nazwa. Po lewej stronie pysznią się Niżnie Rysy a po prawej zza grzbietu Opalonego Wiechu wystaje majestatyczna Orla Perć - dokładnie na wprost nad Marchwiczną Przełęczą widać Krzyżne. Szlak wiedzie teraz wąską ścieżką przyklejoną do zachodniej ściany Czarnego Mięguszowieckiego Szczytu. Dzięki temu ekspozycja tutaj jest już mniejsza bo lewa ręka może dotykać skały. Z tego miejsca jak na dłoni widać końcowy fragment podejścia pod Kazalnicę. Ścieżka ma około 200-250m długości i jest bardzo wąska, więc trzeba bardzo uważać przy mijankach. Kończy się kilkumetrową dość trudną technicznie rynną i ostrym zakrętem w lewo, na którym daleko w prawo wystaje duży, samotny i bardzo eksponowany głaz - wspaniałe miejsce do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia (oczywiście z zachowaniem należnej ostrożności). Stąd widać już nasz cel - przed nami jeszcze tylko kilka minut drogi i kwadrans po czternastej stajemy na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem 2307m npm.

To mój (na dzień dzisiejszy) rekord wysokościowy w Tatrach. Po prawej Pośredni Mięgusz a po lewej Czarny, no dobra, a gdzie Chłopek? Penetrujemy wzrokiem najbliższą okolicę i dostrzegamy Chłopka - niewielką skalną turniczkę, od której przełęcz wzięła swoją nazwę. Z tej perspektywy przypomina raczej krępego misia lub kota, ale niech bedzie że to chłopek. Przed nami w dole Hińczowa Dolina, a w niej skąpane w ostrym słońcu lśnią słowackie Hińczowe Stawy a na tle Grani Hrubego dumnie pręży się Koprowy Wierch. Na prawo od niego Piarżysta Przełęcz a daleko za nią zamglone Tatry Zachodnie: Bystra, Kamienista i Tomanowy Wierch. Kierując wzrok na północ, daleko na horyzoncie, za masywem Szerokiej Jaworzynskiej dostrzegamy Hawrania i Płaczliwą Skałę. Widoki w stronę Tatr Wysokich są mocno ograniczone przez Czarny Mięguszowiecki i Wołowiec Mieguszowiecki, ale za to Dolinę Rybiego Potoku i Morskie Oko możemy podziwiać do woli. Powierzchnia "Moka" z tej wysokości przypomina atramentowy kleks. Jak miło usiąść na kamieniu i po długiej wędrówce zacienioną północną ścianą, wygrzewać się w słońcu. Błogie rozleniwienie rozlewa się po kościach.

Nagle leniwą ciszę w której najgłośniejszym dotąd elementem było buczenie much rozdzierają przeraźliwe okrzyki. Zza zakrętu wypada podekscytowana, czterdziestoletnia na oko kobieta, która gromkimi okrzykami mobilizuje resztę grupy do śpiesznego wejścia na przełęcz. Robi przy tym tyle zamieszania, że wszyscy którzy tam jesteśmy patrzymy na nią ostentacyjnie. Ta mimo iż spostrzegła nasze zdziwienie, nic sobie z tego nie robi, tylko biega tam i na powrót wykrzykując całą serię okrzyków podziwu, ale nie dla roztaczających się dookoła widoków lecz dla własnych osiągnięc zdobywcy. Zachowanie godne nastolatki ale cóż, może właśnie tak młodo się czuła?

Mija piętnasta więc najwyższy czas zacząć schodzenie. Zdajemy sobie sprawę, że nie będzie to łatwe choćby przez to, że chcąc nie chcąc będziemy musieli spojrzeć przepaściom w oczy. Obawy okazują się jednak niepotrzebne bo dostajemy skrzydeł i odcinek do Kazalnicy pokonujemy niczym kozice. No właśnie, skojarzenie z kozicami jest tu jak najbardziej na miejscu, bo moją uwagę coraz częściej przykuwają nie widoki, a małe zielone roślinki rosnące w tych skrajnie trudnych glebowo i klimatycznie warunkach: warzuchę tatrzańską, pierwiosnkę maleńką, dzwonka alpejskiego, lepnicę bezłodygową, boimkę dwurzedową, gnidosza okółkowego, szczawiór alpejski, wrotycz alpejski, włostkę halną.

Na Kazalnicy znów chwila odpoczynku i koncentracji przed najtrudniejszym teraz technicznie odcinkiem: owymi oklamrowanymi rynnami. Tego fragmentu trasy nie wolno lekceważyć - błąd może kosztować naprawdę drogo. Zauważamy jak niecodziennie prezentuje się teraz wierzchołek Rysów. O 17.30 osiągamy poziom Czarnego Stawu a półtorej godziny później po solidnej obiadokolacji w schronisku żegnamy się z Morskim Okiem. Czy następne będą Rysy?

Z Palenicy Białczańskiej odjeżdżamy rekordowo późno czyli o 22 (nasza Laguna jest przedostatnim autem na parkingu) - jeszcze nigdy nie widziałem tutaj takiej pustki.

Marek 2007-08-26


Podziel się z innymi swoją opinią...