Gdzie natura swą moc okazała...

5 sierpnia 2007 - pełnia lata - zapadła decyzja o wyjeździe w Tatry. Samochodem z Krakowa jedziemy w trójkę: Grażyna, Robert i ja. Pogoda taka sobie ale mamy nadzieję, że się "przetrze" i choć w okolicach Rabki zaczyna już intensywnie padać to jednak nie dajemy za wygraną. Mkniemy w stronę Zakopanego, w Poroninie skręcamy w lewo i przez Bukowinę udajemy się w stronę Łysej Polany. W planach jest Przełęcz pod Chłopkiem. Prowadzi na nią bardzo rzadko uczęszczany zielony szlak z Czarnego Stawu pod Rysami. Szlak jest trudny technicznie, ponieważ cały czas przebiega północną ścianą Mięguszowieckich szczytów, a zatem prawie nigdy nie sięga tam promień słońca. No może z wyjątkiem wierzchołka Kazalnicy. Skutkiem tego jest, że tylko przez lipiec i sierpień jest on względnie bezpieczny, wolny od śniegu i oblodzeń. Zatem jeśli na Przełęcz pod Chłopkiem to teraz jest najlepsza pora.

Deszcz ustał i kiedy wysiadamy z auta na Polanie Palenica jest już dość przyzwoita pogoda, chociaż szczyty toną w chmurach. Szybkie przebieranko i ruszamy asfaltówką w stronę Morskiego Oka. Jest już po ósmej czyli niezbyt wcześnie jak na tak daleki wypad, więc za słoną opłatą decydujemy się na skorzystanie z usług transportowych zakopiańskiego woźnicy. Wóz zapełnia się do ostatniego miejsca i ruszamy z kopyta. Pierwszy raz jadę tym wozem i już po kilkunastu minutach wiem, że jest to również raz ostatni! Dlaczego? Po pierwsze, to wcale nie jedzie się o wiele szybciej niż idzie piechotą. Po drugie, siedząc nieruchomo w dość znacznym tłoku szybko się marznie - nawet w letni poranek. Po trzecie, koń jest zaniedbany i po prostu śmierdzi. No ale skoro zapłaciliśmy, to tym razem jakoś dojedziemy.

Kwadrans po dziewiątej, z trzydziestominutową przewagą nad piechurami zeskakujemy z wozu na Polanie Włosienica i ruszamy żwawo w stronę "Moka". Szybki marsz rozgrzewa nas znakomicie, więc przystajemy co kilkadziesiąt metrów i zrzucamy kolejne warstwy odzieży, które jeszcze nie tak dawno skwapliwie zakładaliśmy na wozie. Pół godziny później spod schroniska podziwiamy gładką taflę Morskiego Oka i tonące w gęstych białych oparach Mięgusze. Na lewo od nich jest nasza przełęcz - niestety nic a nic tam teraz nie widać.

Łyk kawy i czerwonym szlakiem okalającym jezioro ruszamy w stronę Czarnego Stawu pod Rysami. Spacer wokół jeziora jest bardzo przyjemny - trochę gorzej kiedy stajemy na Długim Piargu i trzeba zacząć ostro skrobać się pod górę. Oszczędzamy trochę siły bo przed nami jeszcze sporo wspinaczki. Przełęcz pod Chłopkiem leży na wysokości 2307m npm a tafla Morskiego Oka to 1395m npm; mamy zatem przed sobą 900 metrów podejścia. Po raz kolejny zmniejszamy ilość odzieży na grzbietach przepakowujac ją do plecakow i ruszamy ostro pod górę. Punktualnie o jedenastej stajemy nad brzegiem Czarnego Stawu.

Powierzchnia wody jest gładka jak stół a kilkadziesiąt metrów nad nią unoszą się gęste opary mgieł i chmur. Jest duszno. Tu robimy pół godziny przerwy na drugie śniadanie a potem ruszamy zielonym szlakiem w stronę naszej przełęczy. Początkowo idziemy kamiennymi schodkami wśród gęstej kosówki; w pewnym miejscu szlak skręca ostro w lewo, a po prawej stronie, parę metrów od szlaku, jest punkt widokowy skąd rozciąga się piękny widok na leżące o dwieście metrów niżej Morskie Oko. Skręcamy zatem w lewo i szybko nabieramy wysokości by po kilkunastu minutach dotrzeć do Koleby pod Chłopkiem. Jest to kamienna pieczara w której w razie niepogody można jakiś czas przeczekać.

Tu kończy się kosodrzewina a zaczyna... gęsta mgła. Widoczność maleje do kilkunastu metrów a na rosnących obok szlaku trawach pojawiają się perełki rosy. Wilgoć osiada na ubraniu i robi się chłodno, więc znowu zakładamy polary i kurtki. Wijące się zakosami wśród gęstej trawy kamienne stopnie, są coraz bardziej strome i śliskie. O trzynastej pełni niepokoju o dalszy los wyprawy stajemy pod zachodnią ścianą Kazalnicy. Robi się zimno, mokro i nieprzyjemnie. Widoczność spadła już do kilku metrów, więc nie potrafimy ocenić ani wysokości ani odległości ścieżki od urwiska, które podświadomie wyczuwamy tuż obok nas.

Przepuszczając na wąskiej ścieżce schodzących w dół turystów pytamy ich o dalszą drogę. Opowiadają, że wyżej jest bardzo stromo i ślisko, a na dodatek do szczytu Kazalnicy jeszcze stosunkowo daleko; ponad godzina drogi. Przysiadamy na na maleńkiej półce skalnej, posilamy się czekoladą i gorącą kawą z termosa - cudowne ciepło rozlewa się po trzewiach. Zastanawiamy się co robić dalej? Wszak jeśli oni mówią prawdę to nie uszliśmy nawet połowy drogi! Schodzą kolejni ludzie - tych też wypytujemy o drogę i otrzymujemy zupełnie inną odpowiedź: wierzchołek Kazalnicy jest już tuż, tuż - najwyżej kwadrans drogi.To prawda, ze bardzo ślisko ale niedaleko. Tymczasem robi się naprawdę zimno. Wyciągamy mapę i analizujemy jeszcze raz nasze zamiary i możliwosci. Nikt nie chce powiedzieć tego głośno ale najwyraźniej nie powinniśmy już iść dalej. W końcu zapada decyzja: wracamy!

Chylimy czoła przed górą. Analizując rzecz z drugiej strony, jest dopiero początek sierpnia - może jeszcze nadarzy się okazja do zaatakowania tej przełęczy zanim spadną tu wrześniowe śniegi. Mamy spory zapas czasu więc przeznaczamy go na obserwacje ustrojonej w naszyjniki z pereł, tatrzańskiej flory: kuklika górskiego, ciemiężycy zielonej, miłosny górskiej, wiechliny wiotkiej a także zwyczajnych traw. Potem ruszamy w dół i kiedy dochodzimy w okolice Kolelby pod Chłopkiem powietrze rozdziera ryk silnika TOPR-owskiego śmigłowca. Skóra cierpnie na grzbiecie i przeszywa myśl: komuś się nie udało!

Choć do tej pory czułem w sercu gorzki smak porażki, to od tego momentu przychodzi ulga. Z drżeniem serca obserwuję w prześwitach chmur biało-czerwony helikopter zmierzający w stronę Mięguszy. Kto wie jak potoczyłby się dalej dzisiejszy dzień gdybyśmy nie odpuścili? Schodzimy nieśpiesznie bo już wiadomo, że dziś nigdzie nie pójdziemy. Kiedy o piętnastej znów stajemy nad Czarnym Stawem, zaczyna przeświecać słońce i na chwilę ukazują się naszym oczom Rysy i Wołowy Grzbiet. Długo jak nigdy dotąd siedzimy nad brzegiem obserwując spektakl mgieł wokół Mięguszowieckich szczytów i regaty kaczek.

Potem powoli, smakując piękne, groźne pejzaże schodzimy nad taflę Morskiego Oka i okrążając go teraz z zachodniej strony, zmierzamy do schroniska. Tutaj w postaci szarlotki fundujemy sobie nagrodę nie wiadomo za co, a potem wracamy asfaltówką do Palenicy Białczańskiej.

Marek 2007-08-05

Podziel się z innymi swoją opinią...