Jednoosobowa Przełęcz

>



Dziwna sprawa z tą Bystrą Ławką (2300m n.p.m.).
Żółta pętla kręciła nas już od dawna i sama nie wiem dlaczego nigdy wcześniej i nikt nie rzucił hasła „jedziemy”. Pod koniec lata szukałyśmy z Kasią miejsca, w którym jeszcze nie byłyśmy w Tatrach. Wybór padł na Bystrą Ławkę. Ustaliłyśmy szczegóły wypadu w góry i... nie pojechałyśmy. Jednak miejsce było już wybrane, termin też... Uczucie niespełnienia i związanego z nim zawodu były tak silne, że owego dnia, nad ranem, Marek zbudził mnie decyzją: „JEDZIEMY!!!”. Jedziemy? Jasne!

Szybko pakujemy do plecaków niezbędne rzeczy (w większości jednak zbędne ale to zweryfikowała dopiero rzeczywistość ) i uskrzydleni informacjami o słonecznej pogodzie jedziemy na Słowację.

Zatrzymujemy się przy Szczyrbskim Jeziorze (1315 m n.p.m.) i natychmiast zmierzamy do Doliny Młynickiej. Do pokonania mamy 985 metrów przewyższenia - czyli wcale nie tak dużo jak na nasze ostatnie podejścia. Za trzy i pół godziny mamy według znaków być na Bystrej Ławce. Już na starcie wiemy, że nie będziemy, a świadomość własnych słabości uskrzydla nas i czyni ludźmi wolnymi. Podążając wzdłuż Młynicy zajadamy się orzeszkami z szyszek limby, obficie rozrzuconymi wzdłuż szlaku. Dopiero przy Wodospadzie pod Skokiem zadajemy sobie pytanie czy wolno nam było je zjadać. W okolicach Kozich Stawów oboje jesteśmy zgodni: „nie wolno było”. Ich zapach i smak czuję jeszcze teraz.

Dolina Młynicka otwiera przed nami wciąż nowe niespodzianki i nieustannie zachwyca. Większość podążających wraz z nami turystów zakończyło swoją wycieczkę w okolicach wodospadu. Panuje tu niebywały zgiełk i harmider, więc szybko opuszczamy to skądinąd malownicze miejsce i podążamy w górę.

Im wyżej tym ciszej i bezludniej. Niedaleko przed Capim Stawem spotykamy się z historią tragedii. 25 czerwiec 1979 rok - dzień śmierci niezwykłych ludzi. Najpierw widzimy głaz z pamiątkową tablicą a nieco dalej szczątki śmigłowca i jego ratowniczego wyposażenia. Tu zginęło w czasie akcji ratunkowej siedmioro ludzi. Tablica upamiętniająca Milana Kriššáka – znajduje się teraz na Symbolicznym Cmentarztu Ofiar Tatr pod Osterwą. Charyzmatyczni ludzie oddani górom, wielokrotnie niosący pomoc poszkodowanym w górach giną w trakcie akcji ratunkowej. Tym razem turystka schodząca z Bystrej Przełęczy doznała kontuzji nogi co uniemożliwiło jej samodzielne zejście.

Zatrzymujemy się obok tragicznego miejsca chcąc oddać cześć ratownikom. Myślę o nich z szacunkiem i wdzięcznością jednak w uczuciach dominuje smutek. Przypominam sobie wiele sytuacji w górach kiedy turyści swoim zachowaniem stwarzali zagrożenie dla siebie i innych - lista tych przewinień długa by była. Smutno mi tym bardziej bo pamiętam wiele aroganckich zachowań u niedzielnych turystów jakby choćby to, kiedy dwójka młodych mężczyzn wspinała się na krzyż na Giewoncie a potem świetnie bawili się mając go za huśtawkę. Albo ta elegancka panna w białym kożuszku i butach na obcasach – prawdziwy hardkor na łańcuchach. A pan z ośmioletnim synem na Rysach – obaj w trampkach? Na Koprowym pan pogrążony w głębokiej zadumie raczył się śliwowicą łącką... na Zawracie w połowie grudnia grupka studentów bez raków, bez mapy, bez pojęcia... za to z papierosami z wspomaganiem... A ja? Czy ja zawsze byłam taka w porządku? Kiedy w burzy przemierzałam Raczkową Czubę raczej na pewno igrałam z losem.

„Śmigłowiec spadł z dużej wysokości i ekslpodował. Na miejscu zginęło 2 członków załogi mjr. Vladimir Bacak i mjr. Vaclav Dvorak i 4 ratowników THS Martin Hudak, Bernard Jamnicky, Pavol Huska i Stefan Estocko. Na skutek odniesionych ran w szpitalu w Popradzie zmarł piąty ratownik Milan Kriššak. Katastrofę przeżył drugi pilot Svatopluk Nic i ratownik THS Ladislav Janiga, który po ciężkiej kilkuletniej walce wrócił do zdrowia i w góry.” - przeczytałam później na stronie TOPR-u.

A przecież to nie jedyna, co gorsza nie ostatnia taka tragedia. W górach giną ludzie dobrej woli niosąc pomoc potrzebującym. Szlachetni, empatyczni ludzie, pełni pasji i rozmiłowani w życiu narażają je najczęściej z powodu arogancji bądź braku wyobraźni turystów. Nie mam prawa oceniać. Obiecuję sobie samej być wobec nich w porządku. Czy wdzięczność może być modlitwą? Wierzę, że modlitwa może być pomocą. Minęło 32 lata od tragicznego wypadku a nieopodal pamiątkowej tablicy wciąż leżą elementy helikoptera, niemy a jakże wymowny ślad cierpienia. Cierpienia tych, którzy po tym zdarzeniu żyli dalej.

Ruszamy przed siebie. Mądrzejsi? Bardziej świadomi?
Nie sposób przejść obojętnie obok takiej tragedii.
Będę o nich pamiętać.
Pamiętam.

Capi Staw w surowym, skalistym otoczeniu zachęca do relaksu. Na krótką chwilę słońce wyłania się zza gęstej zasłony chmur, więc łapiemy za aparat aby zatrzymać w kadrze te kontrasty. W zasięgu wzroku znajduje się jeszcze Kolisty Staw. Oświetlenie zmienia się jednak tak szybko, że nie sposób ująć obu stawów w panoramę. Mieguszowieckie Szczyty wraz z Koprowym to giną w ołowianych chmurach, to niczym wyspy na Oceanie Mgieł wyłaniają się na horyzoncie. Po krótkim relaksie podążamy w górę. Im wyżej tym piękniej. Rześkie powietrze przywraca mi oddech. Choć to właśnie Marek cały czas szedł pierwszy, to jakimś dziwnym zrządzeniem losu/dzikim przypadkiem ja pierwsza staję na przełęczy.

Przełęcz jest... jednoosobowa. Marek fotografuje szalony taniec chmur nad Mięguszowieckimi Szczytami a ja patrzę, jak mi się zdaje, na szaloną rodzinkę. Młode małżeństwo z trójką dzieci, z których najstarsze ma 10 lat zmierza na przełęcz od strony Doliny Furkotnej. Dzieciaki - dwie dziewczynki i jeden chłopak, są opanowani i widać, że obyci w wysokich górach, zaś rodzice rozsądnie je asekurują i spokojnie każde z osobna ojciec przeprowadza przez przełęcz. Ciesząc oczy widokiem Krywania, czekamy aż bezpiecznie przejdą na drugą stronę a potem schodzimy w Dolinę Furkotną.

Tu, z panoramą na Wyżni Staw Furkotny i Ważecką Turnię, zjadamy późny obiad. Marek zajada się kabanosami a ja fotografuję płochacza skalnego żartując, że dla niego wypatrzę większe zwierzę. No i wypatrzyłam! Najpierw pojedynczą kozicę a potem całe, wielopokoleniowe stado. No taki mam wzrok sokoli! 16 kozic pasie się na stromym zboczu Soliska. Baczne, rozstawione po bokach straże dorosłych antylop obserwują otoczenie. Zauważają nas więc niespiesznie podchodzą pod górę. Marek gna w dół do kozic a ja spokojnie człapię za nim.

Zmrok zapada szybko i łapie nas jeszcze na szlaku. Ciemną nocą dochodzimy do Szczyrbskiego Jeziora i wkrótce na parking. Kiedy ja w drodze powrotnej słodko śpię Marek o 21:00 fotografuje rozgwieżdżone sierpniowe niebo. Chwilę później zatrzymuje nas uzbrojony w broń automatyczną policjant, kontroluje dokumenty, uśmiecha się i daje znak do odjazdu. Nawet tak wstrząsający widok nie jest w stanie zaburzyć mojego snu. Śpię całą drogę. Nie wiem skąd Marek ma jeszcze siłę prowadzić auto. Chyba jest cyborgiem. Na pewno jest. Kiedyś to udowodnię!

Dorota 2011-08-29

Podziel się z innymi swoją opinią...