Nie taka Bystra bystra jak ją malują...

Dzień zapowiadał się wspaniale i prognozy w necie były optymistyczne więc postanowiłem wybrać się w Tatry. Podróż rozpocząłem z Krakowa autobusem Szwagropolu o 6.40 i parę minut po ósmej stałem już na zakopiańskiej ziemi. Szybko przesiadłem się do jednego z oczekujących przy dworcu busów i pojazd ten zawiózł mnie na parking u wylotu Doliny Chochołowskiej.

Mój cel: Bystra (2248 m.n.p.m) leży już w słowackiej części Tatr Zachodnich ale od polskiego Błyszcza (2159 m.n.p.m.) który jest jakby jej podnóżkiem wiedzie ku jej wierzchołkowi dość dobrze widoczna ścieżka. Można też pójść na nią słowackim szlakiem niebieskim z Banistej Przełęczy która to przełęcz leży nieco przed Błyszczem.

Dolinę Chochołowską przedeptałem w równiutką godzinkę i o 10.15 skręciłem na żółty szlak prowadzący ku Iwaniackiej Przełęczy. Szlak początkowo jest mocno zniszczony przez ulewy: sporo kamieni osuwa się spod buta lub mocno się kiwa więc trzeba się mieć na baczności by nie stracić równowagi.

Drugim problemem było kilkanaście powalonych w poprzek szlaku wiekowych świerków. Duże pnie najeżone kolcami połamanych gałęzi są trudne do sforsowania więc lepiej po prostu ostrożnie obejść je bokiem. Im dalej tym szlak jest w lepszym stanie technicznym ale za to coraz bardziej stromy. W końcu na niewielkiej odległości pokonujemy różnicę poziomów wynoszącą około 350 metrów.

Zatrzymując się na chwilę i spoglądając za siebie czasem spomiędzy smreków wyłania się masyw Hrubasa (1499 m.n.p.m.) ; czasem bo szlak prowadzi cały czas lasem ale za to rzadkim. Jest to zaleta w słoneczne dni bo skwar nie dokucza ale za to pojawia sie problem much i innych owadów latających na ogół wrogo do człowieka nastawionych. Dobrze jest zaopatrzyć się przed wyjazdem w jakiś specyfik odstraszający te uprzykrzone zwierzęta.

Droga na Iwaniacką Przełęcz zajęła mi 55 minut więc parę minut po godzinie jedenastej oczom mym ukazał się widok z Iwaniackiej Przełęczy (1459 m.n.p.m.): po lewej stronie masyw Czerwonych Wierchów a po prawej Kamienista i Smreczyński Wierch. W oddali zarys Tatr Wysokich z czuprynami szczytów ubranych w czapki z chmur.

Króciutka przerwa na zrobienie zdjęć i skręcając w prawo wchodzę na zielony szlak prowadzący początkowo niewielki kawałek lasem a potem dość wysoką kosówką w stronę Suchego Wierchu Ornaczańskiego (1832 m.n.p.m.). To najtrudniejszy odcinek całej wyprawy - wznoszę się kolejne 350 m w górę na jeszcze krótszym dystansie. Ten fragment zabrał mi ponad godzinę i sporo sił. Dobrze że na szczycie pojawił się umiarkowany ciepły wiatr i całkowicie zniknęły muchy.

W górze otworzył się przede mną wspaniały widok na całe Tatry Zachodnie więc sfotografowałem pierwsza tego dnia panoramę. Od prawej: Bobrowiec, Grześ , Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy, Kończysta, Starorobociański, Bystra, Kamienista, Smreczyński, Dolina Tomanowa, i Czerwone Wierchy sponad których wystaje niczym malutka czapeczka sam czubeczek Giewontu zwieńczony krzyżem. Ten widok bardzo utkwił mi w pamięci gdyż obła kopa Ciemniaka z czubeczkiem Giewontu i krzyżykiem na jego szycie skojarzyła mi się z papieską piuską i przywołała obraz naszego wielkiego Polaka który te góry tak ukochał.

Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszam dalej granią w stronę następnego szczytu czyli Ornaka (1854 m.n.p.m.) - różnica wzniesień jest znikoma więc jest to znakomita forma odpoczynku w ruchu po wyczerpującym podejściu (przypominam: ponad 700 metrów w górę). Ornak będący niewielką skalną wysepką wśród pokrywających grań niskich traw szybko mijam i przechodzę w kierunku Siwej Przełęczy (1812 m.n.p.m.) po drodze "zaliczając" jeszcze Zadni Ornak i Kotłową Czubę. Są to jednak tak znikome różnice wzniesień, że przy szybszym marszu można ich po prostu nie zauważyć. Na Siwej Przełęczy witam turystów podchodzących od Chochołowskiej czarnym szlakiem wiodącym Doliną Starorobociańską a potem udaję się dalej na południe w kierunku Przełęczy Liliowy Karb (1959 m.n.p.m.).

Gdy staję na niej oczom moim ukazuje się widok Raczkowej Doliny leżącej z tyłu za Starorobociańskim Wierchem. Sam Starorobociański wydaje się olbrzymem zasłaniając swoimi barczystymi plecami większą część Tatr Zachodnich. Widok jest piękny i chciałoby się tu zostać dłużej ale czas goni i jeśli chcę pokonać Bystrą która po drugiej stronie Doliny Raczkowej zachwala swoje wdzięki to czas ruszać dalej.

Porzucam zielony szlak który opada w głąb Raczkowej a wchodzę na czerwony wiodący na Błyszcza i dalej do Pyszniańskiej Przełęczy. Po drodze sycę wzrok widokiem maleńkich Siwych Stawków i szerokim trawersem mijam Liliowe Turnie - ładne postrzępione skałki opadające stromizną ku Dolinie Pyszniańskiej od północy a łagodnym trawiastym stokiem wylegujące się w południowym słońcu Raczkowej Doliny. Raczkowa Dolina urzeka kolorami traw gdzieniegdzie upstrzonych maleńkimi kępkami kosówki dziwnie "posadzonymi" w pionowe rzędy.

Błyszcz (2159 m.n.p.m.) jest mało ciekawym szczytem, słabo wyodrębnionym z masywu Bystrej. Nic dziwnego że tak mało się o nim słyszy. Zamierzając wybrać się na Błyszcza szukałem etymologii jego nazwy. Powszechnie panuje przekonanie że jego nazwa pochodzi stąd, że gładki jego stok błyszczy w słońcu. Będąc na miejscu zweryfikowałem tę opinię a także wyrobiłem sobie własne o tej górze zdanie: granit z którego jest zbudowana zawiera znacznie większe ilości miki niż gdzie indziej i powoduje to wyraźnie zauważalne rozbłyski pod nogami. Do tego stopnia że niektórzy (zwłaszcza kobiety) schylają się w nadziei że to błyszczy zgubiona przez kogoś biżuteria. Niestety - to tylko naturalna "biżuteria" strojnisi Bystrej! Tu zatrzymałem się na parę chwil by sfotografować przebytą dzisiaj przeze mnie drogę od Siwej Przełęczy do Błyszcza.

Z Błyszcza na Bystrą wiedzie stroma ale bezpieczna ścieżka (słowacki szlak jak już wspominałem biegnie na Bystrą z pominięciem Błyszcza) usłana bardzo drobnym rumoszem skalnym - po obu jej stronach rozpościera się gładki trawiasty stok na którym oprócz pięknej o tej porze roku soczystej zieleni można dostrzec przecudne tatrzańskie roślinki. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności położenia się w tej trawie i sfotografowania tych piękności z tatrzańskimi szczytami w tle.

Po kilkunastu minutach dotarłem na szczyt Bystrej (2248 m.n.p.m.) skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok. Była godzina 14.15 czyli do zakładanego planu miałem kwadrans rezerwy. Oczywiście nie odmówiłem sobie sfotografowania 360-stopniowej panoramy. Patrząc na południe po prawej stronie króluje niewiele mniejszy od mojej "zdobyczy" Starorobociański Wierch (2176 m.n.p.m.) opadający łagodnym zboczem do Raczkowej Doliny, następnie Niżna Bystra (mniejsza o 140 metrów od swojej starszej siostry) a za nią cztery Bystre Stawki na powierzchni których pływała śnieżnobiała lodowa kra (cudny widok - brakowało tylko pingwinów na brzegu).

Wiodąc wzrokiem w stronę wschodnią rozpościera się rozległa Dolina Kamienista ograniczona szczytem Kamienistej (2121 m.n.p.m.) po którym biegnie granica polsko-słowacka. Dalej w lewo masyw Czerwonych Wierchów i Dolina Kościeliska. W obramowaniu Czerwonych i Kamienistej w oddali widać jak na dłoni Tatry Wysokie ze smukłą Świnicą na pierwszym planie , Kozim Wierchem i słabo widocznymi z tej perspektywy Granatami. Na południowym krańcu tego skalnego królestwa stoi niczym zbrojny strażnik Krywań.

Na szczycie co mnie bardzo zdziwiło nie było ani krzty wiatru który towarzyszył mi przez ostatnią godzinę i jak się potem okazało również później przy schodzeniu z Bystrej. Idealny spokój i pustka przeszywana co jakiś czas przez kilkanaście pracowitych jaskółek. Kilku Słowaków spotkałem po drodze i jednego na szczycie. Majestat gór, cisza w uszach, radość w sercu i błogosławione zmęczenie w nogach. Czyż może być coś piękniejszego od takiego stanu? Docenić potrafimy to my - dla których góry są jak chleb - można je kosztować nawet i codziennie a jednak nie nudzą się.

Kwadrans odpoczynku wypełniony studiowaniem mapy i robieniem zdjęć skończył się i o 14.30 zacząłem powrót - niestety tą samą drogą którą przyszedłem. Na Suchym Ornaczańskim Wierchu podziwiałem jeszcze Gubałówkę i leżące u jej stóp Zakopane do którego zmierzałem. Tutaj też powstała panorama Czerwonych Wierchów, Doliny Tomanowej i Tomanowego Wierchu. Zwykle staram się wracać inną trasą ale tym razem nie było wyjścia. Jedynie będąc na Iwaniackiej Przełęczy wybrałem drogę w przeciwnym kierunku czyli do schroniska Ornak (1100 m.n.p.m.). Pokonanie ponad kilometra wysokości w dół daje się odczuć w stawach kolanowych dlatego warto wyposażyć się w kijki (koszt 100-150 zł).

O 18.15 zobaczyłem schronisko gdzie łyk zimnego piwa dodał mi orzeźwiającej energii potrzebnej do pokonania ponad godzinnego żmudnego marszu puściusieńką o tej porze dnia Doliną Kościeliską. U jej wylotu złapałem ostatni tego dnia bus jadący w kierunku Zakopanego. Była godzina 20 kiedy po raz ostatni spojrzałem w głąb Kościeliskiej powtarzając sakramentalne "do zobaczenia". O 20.20 autobus Transfrej'a powiózł mnie w kierunku tylko troszkę mniej niż góry kochanego Krakowa.

Marek 2007-06-24
Podziel się z innymi swoją opinią...