Szeroko , długo , daleko ...
czyli błotnisty Bieszczadzki Trakt
(2 kwietnia 2016)
. . .
Bieszczady zwykle kojarzą się z jesiennymi połoninami pełnymi ciepłych kolorów. Kiedy cała Polska wyruszyła w Tatry sycić oczy ametystowymi łanami krokusów, my zatęskniliśmy za dyskretnym urokiem bieszczadzkiej wiosny. W dolinach Bieszczadzkiego Parku Narodowego zakwitły właśnie perłowo–złote śnieżyce wiosenne i niebieściuchne cebulice. Zarówno jedne jak i drugie ścieliły się między dróżkami i drogami, pełno ich było także w miejscach zrębu drzew pomiędzy kołami ciężkiego sprzętu. Upodobały sobie tereny podmokłe i tam, niczym dzwoneczki, kołysane wiatrem, połyskiwały w słońcu jak prawdziwe klejnoty. Będący pod ochroną kwiat zdominował wiosenną florę bieszczadzkich łęgów. Cebulice zaś wybrały suchsze i bardziej nasłonecznione miejsca, nie konkurowały wcale ze śnieżyczkami. Pomiędzy nimi liliowo-różowy wawrzynek wilczełyko nęcił subtelnym zapachem.
Jako główny cel naszej wędrówki wybraliśmy Bukowe Berdo. Trasę wybrał Marek. Ja wolałam podejście z Mucznego. Wybrana przez mojego męża trasa wiodła z Ustrzyk Górnych przez Szeroki Wierch do Pszczelin. Długi i słoneczny dzień napawał nas optymizmem i dodawał energii. Ja wzdychałam do śnieżyc. Jednak tym razem nie zawładnęły całkiem moją wyobraźnią. W 2011 roku zachwycona ich urodą zamiast podążać z Karoliną i Filipem, nomen omen, na Bukowe Berdo zbałamuciłam Marka i cały dzień spędziliśmy na podglądaniu i fotografowaniu śnieżyczek.
Tym razem Marek był bardziej stanowczy i konsekwentny, więc i ja trzymałam się ustalonego wcześniej planu dnia. Tymczasem ledwo z oczu znikły nam wszędobylskie śnieżyczki, moją uwagę przykuły ptaki. Ich śpiew dolatywał zewsząd, od czubków drzew poczynając a na leśnym poszyciu kończąc. W lesie ptasie trele były zresztą jedynym dowodem panującej wiosny. Chwilami szron i świeży śnieg sprawiały złudzenie jakoby to jesień była.
Po wyjściu z lasu trudno już było odnaleźć jakiekolwiek ślady wiosny.
Podejście z Ustrzyk Górnych jest stosunkowo łagodne, w spokojny i przyjemny sposób pokonuje się przewyższenie. Ośmiokilometrowy odcinek z 726 m przewyższenia do Przełęczy Siodło pod Tarnicą pokonujemy w ciągu 2:40 h, dokładnie tyle ile pokazują czasy na mapie. Szeroki Wierch ma zaledwie 1268 m n.p.m. ale już po przekroczeniu linii lasu, czyli na wysokości 1100 metrów na północny zachód rozścielają się przed nami szerokie widoki na Połoninę Caryńską i Wielką Rawkę, a wkrótce także na Bukowe Berdo po stronie pólnocnej, oraz na wschodzie Tarnicę i Ukraińską część Karpat – oddalone o ponad 100 km Gorgany, najdziksze góry Europy.
Tymczasem jesteśmy na Szerokim Wierchu i podoba nam się tu tak bardzo, że zatrzymujemy się co krok aby fotografować okolicę, która za każdym słupkiem i zakrętem błotnistej ścieżki jawi się nam w innej scenerii ;-)
A to udekorowana oszronionymi źdźbłami traw, a to znowu pokrytym szadzią karłowym świerkiem, innym razem z zamarzniętym lustrem kałuży o które nietrudno tu o każdej porze roku. Na północnych wystawach szkli się gruba warstwa zimowego, zbitego śniegu przyprószonego delikatnie wczorajszym opadem. Warstwa jest dość gruba, o czym mieliśmy się okazję przekonać brnąc przez jeden z nich na szlaku.
Inny świat! W dole pozostały kwitnące zagajniki a spośród ptaków jedynie kruki szybują nad Krzemieniem.
Szeroki Wierch nie przez przypadek nosi taką nazwę, ma aż cztery kulminacje: 1243, 1268, 1293 i 1315 m n.p.m. Najwyższa kulminacja nazywa się Tarniczka.
Do przełęczy pod Tarnicą schodzimy szerokimi kamienno-drewnianymi schodami. Są dla nas nowością, bo nie było ich gdy byliśmy tu w 2012 roku.
Wysyłam ememesy i snapy do przyjaciół i znajomych, o innych wspominam serdecznie i ślę im ciepłe myśli. Jak tu pięknie! Lepszej pogody nie mogliśmy sobie wymarzyć. Ba! Ja całą zimę to o Tatrach marzyłam, a tymczasem teraz rozpływam się w zachwycie nad urodą Bieszczad. Ciepłe promienie słońca rozgrzewają ciała i dusze. Czapki jednak ubieramy i zdejmujemy na zmianę bo gdy zawieje wiatr robi się naprawdę zimno. Raz mam swoją a raz Marka czapkę. Ech! W jednej z nich wyglądam jak prawdziwy rumuński pasterz jakich spotykaliśmy kiedyś w Bucegach.
Raz po raz zerkamy w kierunku Bukowego Berda. Ładniutką trasę wymyślił Marek :-)
Jednak perspektywa powrotu ośmiu kilometrów asfaltową drogą podoba mi się nieco mniej. Właściwie w ogóle mi się nie podoba ale pocieszam się, że droga do Morskiego Oka jest jeszcze dłuższa a zawsze dajemy radę ;-)
Na Przełęczy pod Tarnicą 1275 m n.p.m. mamy mały dylemat: iść na Tarnicę czy nie iść... Przeczytaliśmy, że przy dobrej pogodzie widać z Tarnicy nie tylko Gorgany ale także Góry Rodniańskie w Rumunii i skrawek Węgier.
Nie idziemy. Znamy widoki z Tarnicy a przecież z Bukowego Berda również będą panoramy rzucające na kolana.
Schodzimy do Przełęczy Goprowskiej i tam w zacisznym, osłoniętym od wiatru szałasie, z widokiem na skalisty grzbiet Krzemienia i Halicza, zjadamy obiad... warzywno-rybny ;-) Marek w jednym z dwu ustrzyckich sklepów nabył drogą kupna (przetreminowaną-sic!!!) ukraińską chałwę. Ilość kalorii w 100 gramach bije wszelkie rekordy!!! Ja to bym jej nie kupiła! Obsesyjnie sprawdzam zarówno daty ważności jak i ilość kalorii na każdej etykiecie.
Kupić to bym nie kupiła ale zjeść zjem. W tych okolicznościach przyrody czuję się rozgrzeszona a ponadto chałwa smakuje wybornie.


Do Bukowego Berda zmierzamy po południowo-wschodnim grzbiecie Krzemienia. Tu również wybudowano szerokie i wygodne schody, które narzucają tempo marszu, co wcale łatwe nie jest, bo stok ma dość duże nachylenie. Znakomicie widać stąd wszystkie kulminacje Szerokiego Wierchu. Szlak jest urozmaicony i niczym sinusoida wiedzie nas raz w górę a raz w dół.


Na Szczycie Bukowego Berda otrzymujemy nagrodę: drewnianą ławeczkę z widokiem na Karpaty Wschodnie. Gorgany widać jak na dłoni, Pikuj (1408 m) - najwyższy szczyt całego pasma Bieszczad, ośnieżony i lśniący mur Stoja 1677m n.p.m.- najwyższy szczyt Połoniny Borżawskiej. Ogarnia mnie uniesienie i wzruszenie. W lini prostej szczyty te oddalone są od nas odpowiednio 35 i 61 km a wydaje się, jakby były tuż tuż... Wtedy właśnie rodzi się we mnie pomył aby przyjść tu na wschód słońca.
Na ławeczce siedzi para Warszawiaków. Wdajemy się w miłą pogawędkę a napotkani ludzie robią nam pierwsze wspólne zdjęcie. W pośpiechu zdejmuję czapkę, w której wyglądam bardzo niekorzystnie, ale zapominam o ułożeniu fryzury ;-) no i mamy zdjęcie mało reprezentacyjne. Jednak tu, w górach, takie szczegóły nie mają najmniejszego znaczenia. Tu jest prosto i prawdziwie, bez mizdrzenia się i udawania. W majestatycznym krajobrazie gór piękno ma zdecydowanie inny wymiar.
No ale o fryzurę mogłam jednak zadbać i ułożyć niesforne włosy palcami - komentuje zdjęcie moja bardziej próżna część duszy ;-).
Fotografujemy rozległą panoramę a Marek rozkłada mapę i usiłuje ponazywać ukraińskie szczyty. Ostatecznie poprzestaje na nazwaniu pasm.
Idziemy dalej ale napotkany na szlaku motyl-cytrynek potrzebuje naszej pomocy. Zawilgocone skrzydełka skleiły mu się, leży w wilgotnej szczelinie i raczej sam się z niej nie wykaraska. Delikatnie wyjmujemy go wraz z kamieniem, na którym siedzi, i układamy w słońcu aby wysuszyło jego sponiewierane skrzydełka. Biedak, zabłąkał się tu bardzo nierozsądnie, bo nocą zapewne będą tu temperatury ujemne. Z suchymi skrzydełkami będzie miał szansę na znalezienie bezpiecznej kryjówki nim nastanie zmierzch.
Skaliste wychodnie ukazują się nam raz po raz. Połonina Caryńska lśni w słońcu.
Wkrótce spotykamy iście królewski orszak. Kłopot w tym, że idą tam sami królowie!!! Przez chwilkę stanowimy ich świtę. Miło spędzamy w ich towarzystwie kilka minut i ruszamy dalej.
Gorgany znikają za kopułą Krzemienia i Halicza, ale cały czas za plecami mamy Tarnicę i Szeroki Wierch a przed sobą Wielką Rawkę i Połoninę Caryńską.
Podzielam zdanie wielu – Bukowe Berdo to najpiękniejsze miejsce w Bieszczadach.
Zgodnie z planem schodzimy do Pszczelin-Widełek.
Ostatni fragment szlaku wiedzie oczywiście lasem ale nie jest to zwykły las. Pod koronami buków kwitną śnieżyce. Ich świeżość i delikatność wydaje się być wprost niezwykła kiedy wokół nich leżą zeszłoroczne liście i nadpróchniałe patyki . Szybko jednak w las wkracza cień i rezygnuję z ich fotografowania.

Teraz, pamiętając o ośmiu kilometrach asfaltowej drogi, która nas jeszcze czeka, śpieszymy się bardzo. Chcemy dojść do Ustrzyk Górnych zanim zapadnie zmrok. Zdecydowanie nie chcę spotkać niedźwiedzia, a ten jegomość upodobał sobie na spacery takie właśnie dziwne pory ;-)

Kiedy stajemy na asfalcie prawie natychmiast zza zakrętu wolno nadjeżdża auto białe.
-"Machaj!"- nakazuję Markowi.
Kierowca przygląda się nam uważnie i obojętnie mija nas na drodze. Prawie natychmiast pojawia się drugie auto. Tym razem czarne. To pędzi niczym błyskawica.
-"Machaj! Machaj!"- ponaglam Marka i ten bez przekonania podnosi rękę sygnalizując, że miło by było gdyby...
Nie do wiary! Auto czarne hamuje z piskiem opon a my puszczamy się pędem w jego stronę. Kierowcą jest ksiądz.
Jak się zatrzymał - tak ruszył: z piskiem opon! Kiedy w duszy piszczę już ze strachu, z pozoru opanowanym głosem ostrzegam księdza, że zaraz zacznę wzywać Matkę Boską na pomoc!
Ksiądz informuje, że spieszy się na mszę i jest spóźniony jakieś 15 minut. Na to ja, że parafianie to już sobie na pewno poszli. Cóż... ksiądz powątpiewa, czy w ogóle ktokolwiek przyszedł na mszę.
Nie zastanawiając się wcale, w swoim i Marka imieniu, oświadczam księdzu, że my przyjdziemy. Mimo to ksiądz zwolnił dopiero gdy wjechaliśmy w teren zabudowany i wtedy to jechał już... po bożemu.
Faktycznie nikt z parafian nie przyszedł na mszę, która nomen omen odprawiana była właśnie w ich intencji.

Mój Marek odczytał Liturgię Słowa, ksiądz Marek Ewangelię według św. Marka i odprawił mszę a ja im w tym dzielnie pomagałam.
Jakże niezbadane są drogi, którymi prowadzi nas do siebie Pan :-)

Księdzu widać sposobały się talenty lektorskie mojego męża, bo poprosił Marka o czytanie na niedzielnej mszy. W góry więc następnego dnia nie poszliśmy, za to po mszy - co szczególnie mnie ucieszyło - spacerowaliśmy po okolicy podziwiając śnieżyce wiosenne i ptasie trele.
Nasza gospodyni poinformowała nas, że ksiądz w domu rekolekcyjnym udostępnia turystom noclegi.
To miłe z jej strony.
Będziemy o tym pamiętać wybierając się wkrótce w Bieszczady.


Dorota

Podziel się z innymi swoją opinią...


  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter