Smerek (30 wrzesień 2011)
Poranek rozpoczął się koncertem skrzydlatej gawiedzi. Kiedy idziemy przez brzezinę na śniadanie rześkie powietrze strząsa ze mnie resztki snu i wzmaga apetyt. Przy stole dowiadujemy się, że Gosia z Piotrem wolą pospacerować po lesie niż iść z nami na Smerka.
Szkoda, ale rozumiemy ich decyzję, więc umawiamy się na wspólny wieczór, tym razem przy kominku i jedziemy do Wetliny skąd już raz chcieliśmy wejść na tę górę. Nazwa miejscowości pochodzi od rodzaju wierzby "wetlyny".
Smerek może nie jest wysoką górą (1222 m n.p.m.) jeśli porówna się go do tatrzańskich szczytów jednak tu, wysokości nabierają zupełnie innego znaczenia. Prawie do samej Przełęczy im. Mieczysława Orłowicza (1075 m n.p.m.) idziemy gęstym lasem, w którym rosną buki, dęby, klony, jodły, świerki, brzozy i graby, co sprawia, że zieleń jest mocno zróżnicowana a ponadto las mieni się różnorodnym światłem, oszałamia zapachami i dźwiękami a bogactwo owadów wprawia nas w zdumienie. Liczyliśmy na feerię barw, niby tak oczywistą o tej porze roku a jednak tym razem ominie nas ten jesienny festiwal. Czuć późne lato ale drzewa wciąż zachowują swoją zieleń, jedynie końcówki bukowych gałęzi zaczynają lekko przywdziewać żółte i miedziane barwy.
Po wyjściu z lasu natychmiast pojawiają się przed nami połoniny a wraz z nimi pierwsze jesienne pejzaże. Łąki mienią się kolorami poczynając od delikatnego beżu turzyc, poprzez brązowe i żółte trawy a na głębokiej purpurze borówkowych krzewinek kończąc. Trawy i krzewinki kołysze wiatr. Pochylam się nad kępką turzyc, które przypominają mi o sit skucinie porastającej Czerwone Wierchy w Tatrach. Tutaj rośnie najprawdopodobniej turzyca skąpokwiatowa, według Czerwonej Listy Roślin i Grzybów Polski, gatunek narażony na wymarcie. Najliczniejsza jest zdecydowanie turzyca drżączkowata o cienkich i długich liściach. Ta jest najbardziej charakterystyczną dla tego miejsca rośliną. Dawniej wykonywano z niej materace (spałam na takim jako dziecko ). Zwierzęta omijają turzycę gdyż zawiera niesmaczną krzemionkę. Jej rozbujane wiatrem łany kojarzą się z falami na morzu i może właśnie dlatego nazywane są także "trawą morska" ? Właściwie nie ma to większego znaczenia, która to turzyca, poza tym, że znów uświadamiam sobie nieprzebraną różnorodność tutejszej przyrody.
Bieszczadzkie połoniny są same w sobie zjawiskiem, którego nigdzie indziej poza Bieszczadami nie doświadczymy. Rozumiem doskonale Filipa, mieszkańca najwyżej położonego w Europie państwa, który marzy o podróży w Bieszczady. Cieszę się bardzo, że już wkrótce wrócimy tu w roli przewodników z naszymi młodymi przyjaciółmi Myślę jednak, że nasi podróżnicy przeczytali już wszystko co zostało o Bieszczadach napisane i to w kilku językach, więc możliwe, że to właśnie oni będą skarbnicą wiedzy na kolejnym spotkaniu z Bieszczadami. „Naukowe” postrzeganie świata w żaden sposób nie zakłóca mi wielozmysłowego poznawania go poprzez osobiste doświadczanie ;-) i wcale nie pozbawia doznań świeżości wręcz przeciwnie, uwrażliwia i poszerza horyzonty. Tymczasem te, bieszczadzkie, są bardzo szerokie ;-)
Rozsiadamy się na przełęczy z trudem odnajdując wolne od wiatru i ludzi miejsce. Pora na solidny posiłek. Regenerujemy siły obserwując fruwające po okolicy motyle a jest ich mnóstwo. Najczęściej zauważamy rusałkę admirał i dyblika lniaczka. Pojawia się także strzępotka ruczajnik Nagle dostrzegam w pobliżu ptaszka przypominającego wprawdzie wczorajszego kowalika jednak ten ma dłuższy ogon i brak mu białej opaski na oczach a ponadto wydaje się nieco większy. To zapewne chroniony nagórnik skalny. Ptaszek odfruwa zanim zmienię obiektyw w aparacie. Odbieramy to za znak że i nam trzeba się zbierać do dalszej wędrówki.
Opuszczamy przełęcz i teraz już szlakiem czarnym, po kamienistej grani zmierzamy na szczyt. Przy obecnych tu licznych skałkach macierzanka halna raczy nas słodkim zapachem. Kiedy Marek dostrzega przy szlaku kwitnącą różę wpadam w zadumę prawie że filozoficzną O tej porze roku dzikie róże przecież nie kwitną, one teraz owocują! Ta też ma już owoce a pomiędzy nimi delikatny pączek.
Targani wiatrem wchodzimy na Smerka. Smerek ma dwa wierzchołki, północny jest wyższy, od 1997 roku niedostępny dla turystów. Jeszcze dziś wyraźnie widoczna jest ścieżka, którą niegdyś szlak prowadził na wierzchołek. Wchodzimy na nią i dopiero na szczycie orientujemy się, że coś jest nie tak. Marek wyjmuje mapę, uświadamiamy sobie popełniony grzech i szybko schodzimy rowem grzbietowym znajdującym się między wierzchołkami na właściwy szczyt. W domu sprawdzamy jaki jest powód zamknięcia starego szlaku. Otóż zamieszkują go 3 gatunki ptaków alpejskich: siwerniak, płochacz halny oraz nagórnik, stwierdzono także obecność kruka i drozda obrożnego.
Na szczycie Smerka znajduje się charakterystyczny metalowy krzyż. Wielu jest przekonanych, że postawiono go tu dla upamiętnienia turysty, który zginął od pioruna ale to nie prawda. Krzyż ustawiono w roku 1977 z inicjatywy ks. Antoniego Kołodzieja aby upamiętnić 600-lecie Diecezji Przemyskiej. Z wierzchołka rozpościerają się przepiękne , rozległe panoramy. Na wschodzie widzimy Roha (1255m n.p.m) oraz Hnatowe Berdo (1187m n.p.m), na południu Wielką Rawkę, Riabą Skałę, Płaszę, Okrąglika i Jasło a na pierwszym planie, skąd przyszliśmy, Wetlinę i sąsiednie wsie: Smerek i Kalnicę. Od strony północnej widoczna jest dolina Sanu i pasmo Otrytu a od północno-wschodniej Jawornik, Dwernik-Kamień i odległa Magura Łomniańska.
Zastanawiamy się czy nie zejść do Suchych Rzek ponieważ szlak ten jest znacznie przyjemniejszy niż ten od strony Wetliny. W Wetlinie zostawiliśmy auto i obawiamy się, że moglibyśmy mieć problem z szybkim powrotem a przecież umówiliśmy się na wieczór z Gosią i Piotrem. Decydujemy się zejść tą samą drogą co przyszliśmy. Na szlaku jest teraz coraz mniej ludzi za to pejzaże w miękkim, popołudniowym świetle coraz częściej nas zatrzymują. Tym razem mamy dwa aparaty fotograficzne, oboje poddajemy się urokowi chwili i żadne nie pilnuje dyscypliny czasu. Straty nadrabiamy w lesie, wyciągamy kroku i ostatecznie docieramy do auta o wyznaczonej rano godzinie.
To moje trzecie spotkanie z Bieszczadami. Poznaję je pomału i tak samo pomału zakochuję się w nich. Tatry zdobyły moje serce od pierwszego w nich pobytu i do tej pory mają w nim miejsce szczególne. Bieszczady niespiesznie ukazują mi swoją wyjątkowość, chłonę każdą spędzoną tu chwilę wszystkimi zmysłami. Bo właśnie takie zmysłowe i kobiece w swej naturze są dla mnie te góry.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na kilka minut w pobliżu lasu łęgowego. Frapuje mnie co to za dziwne drzewo obsypane jesienną porą białym „kwieciem” rośnie nieopodal rzeki. Marek podchodzi do niego po podmokłym gruncie i przynosi mi bukiet tych tajemniczych kwiatów. Okazuje się, że to, co z daleka wyglądało jak kwiaty jest w istocie nasieniem wierzby. No tak… przecież jesteśmy w Wetlinie. Bukiet wierzbowych nasion przyjechał z nami do domu i tym sposobem przyczyniliśmy się nieopatrznie do niezamierzonej introdukcji tego drzewa w Beskid Mały.