„To nic że wiatr ci uciekł z dłoni
Przecież go warto, warto gonić”


Wyjazd w Bieszczady na zakończenie lata zawdzięczamy naszym przyjaciołom: Gosi i Piotrowi. Oni znaleźli ten uroczy zakątek i zajęli się organizacją wszystkich spraw. My mieliśmy tylko dojechać na miejsce. I jak to zwykle z nami bywa, jechaliśmy dłużej niż to przewidują najbardziej przewidujące przewodniki. Gosia i Piotr czekali na nas cierpliwie.

Pensjonat zauroczył nas od pierwszego spojrzenia a każdy kolejny dzień pogłębiał ten zachwyt. Przyjechaliśmy wprawdzie powłóczyć się po bieszczadzkich szlakach ale jakże miło było zaczynać dzień w brzozowym zagajniku z widokiem na góry i ze śniadaniem, na które podawano świeży chleb na zakwasie. Albo po całodniowej wędrówce bieszczadzkimi ostępami wracać do drewnianego domu z kominkiem i książkami, z wygodnymi sofami i przednim winem. I to wszystko w tak znakomitym towarzystwie!

Gosiu, Piotrze, dziękujemy Wam, że chcieliście spędzić z nami urlop w tym wyjątkowym miejscu. Dziękujemy Wam za inteligentne i pełne humoru riposty, za nocne rozmowy w blasku świec, za cierpliwość i wsparcie niezbędne dla pielęgnowania naszych fotograficznych pasji i za zrozumienie dla kucharskich pomyłek.

"W życiu każdego człowieka w pewnym momencie gaśnie wewnętrzny OGIEŃ.
Następnie wybucha płomieniem dzięki spotkaniu z inną istotą ludzką.
Wszyscy powinnniśmy być WDZIĘCZNI
za tych ludzi, którzy na nowo rozbudzają DUCHA"


Albert Schweitzer

Wielka Rawka (29 wrzesień 2011)

Po cichej nocy obudził nas śpiew ptaków. Marek i Piotr skoro świt ruszyli na poszukiwanie skrzydlatych sprawców porannego koncertu. Nie jestem pewna czy Marek zrobił zdjęcia właściwym osobnikom, sądzę że po prostu sfotografował co mu się nawinęło pod rękę, bo z tego co wiem, to paszkot i krzyżodziób są raczej marnymi śpiewakami.

Pierwszego dnia pobytu wybieramy się na Wielką Rawkę (1307 m n.p.m.). Podchodzimy zielonym szlakiem z Przełęczy Wyżniańskiej (855 m n.p.m.), mijamy Bacówkę PTTK "Pod Małą Rawką" i od razu wchodzimy w las. Początkowo podejście jest strome ale idzie się nam bardzo przyjemnie pośród bukowych drzew i jodeł. Na Małej Rawce (1272 m n.p.m.) zastajemy sporo ludzi i dziwimy się skąd się wzięli skoro na szlaku nie było takich tłumów. Zatrzymujemy się na chwilkę na szczycie i rozglądamy wokół z zaciekawieniem. Wokół nas niczym fale na morzu kołyszą się suche, długie źdźbła traw a na horyzoncie jak na dłoni ukazuje się Tarnica i obie Połoniny: Wetlińska i Caryńska. Schodzimy na przełęcz (1254 m n.p.m.) gdzie kończy się las i znów wznosimy się w górę, tym razem po całkowicie otwartym terenie więc wiatr zaczyna coraz mocniej hulać.

Przed szczytem Gosia dostrzega przyjemne, ustronne miejsce, osłonięte od wiatru, pomiędzy skałami rozrzuconymi na stoku. Marek z Piotrem w tej samej chwili czują wilczy głód więc rozpoczynamy piknik. Wydobywamy z plecaków wyborne wiktuały i urządzamy sobie prawdziwą ucztę, na której nie zabraknie również świeżych owoców borówek brusznicy, znalezionych przy szlaku. Czerwone jagody są w pełni dojrzałe smakują więc znakomicie.

Syci ruszamy w dalszą wędrówkę i już po kilku minutach stajemy na szczycie Wielkiej Rawki. Widzimy Połoninę Caryńską w całej długości, Połoninę Wetlińską, gniazdo Tarnicy i Bukowe Berdo zaś w dole Ustrzyki Górne i Wołosate. Na południu widać góry Ukrainy oraz Słowacji. Nieco niżej znajduje się pas graniczny a na Krzemieńcu (1221 m n.p.m), zwanym również Kremenaros , zaledwie 45 minut od szczytu Wielkiej Rawki, zbiegają się trzy granice: Polski, Słowacji i Ukrainy. Ten smaczny kąsek zostawiamy sobie jednak na inną okazję, dzisiaj chcemy jeszcze posiedzieć przy ognisku. Kręcę jeszcze krótki film chcąc pokazać Karolinie i Filipowi urodę i magię tego miejsca. Oboje chcą w przyszłym roku przyjechać w Bieszczady więc niech ten króciutki film będzie dla nich przedsmakiem tego, co tu na nich czeka.

Gosia z Piotrem oddalili się od nas i nim się spostrzegliśmy widzimy ich już siedzących z powrotem na ławeczce na Małej Rawce. Na ich twarzach maluje się zaduma i ukontentowanie. W każdym razie tak sobie to interpretuję, choć równie dobrze mógłby to być zewnętrzny objaw znużenia ;-) Kiedy do nich dochodzimy okazuje się, że obserwują małego ptaszka, który fruwa między krzakami obok szczytu. Piotr już go sfotografował a teraz przyszła kolej na nas. Ptaszek jest bardzo fotogeniczny, na miękkim tle zachmurzonego nieba i pastelowych kolorów jesieni wyraźnie widać subtelne szczegóły jego upierzenia. To siwerniak nazywany także świergotkiem górskim lub siwarnikiem, żyje w Polsce głównie w Tatrach i Bieszczadach choć widziano go także na Babiej Górze i w Sudetach. Pewnie szykuje się do odlotu. Robimy mu bardzo dużo zdjęć po czym dołączamy do naszych kompanów. Musimy wytężyć siły aby ich dogonić, są dużo przed nami. Powrót okazuje się trudniejszy od wejścia. Miejscami szlak jest bardzo stromy a znajdujące się na dróżce liście i kamyki sprzyjają poślizgom. W lesie spotykamy jeszcze kowalika. Jest śliczny ale szybko porusza się po pniach i przelatuje z drzewa na drzewo więc w ciemnym już lesie trudno zrobić mu dobre zdjęcie. Nasz kowalik dzierży w dzióbku orzeszka bukowego więc nie wydaje żadnych dźwięków. Chór treli i cit-citów rozlega się w pobliżu, co świadczy o licznej obecności tych ptaków w okolicy. Kowalik zachwyca nas zwinności i wręcz akrobatycznymi umiejętnościami. Krótki ogon nie ogranicza jego swobody zatem zgrabnie schodzi pionowo w dół pnia. Ten, w przeciwieństwie do spotkanego wcześniej siwerniaka, zimuje u nas więc pewnie teraz robi zimowe zapasy. Choć orzeszki bukowe nie są moim przysmakiem, jednak potrafię docenić ich bogactwo minerałów i mikroelementów zatem z szacunkiem odnoszę się do tego maleńkiego ptaszka, który instynktownie wie, co dobre i życiodajne.

Na skraju lasu spotykamy jeszcze wiele innych kowalików ale wszystkie są bardzo ruchliwe i już żadnego nie udaje się nam sfotografować. Zatrzymujemy się spostrzegłszy na krzakach czerwone maliny a tuż obok czarne jeżyny. Częstujemy się kilkoma owocami nie mogąc powstrzymać się przed ich skosztowaniem. Przypominają mi się czasy dzieciństwa, kiedy w wiklinowych łęgach rosły wielkie połacie jeżyn zwanych przez nas ostrężynami. Ich słodki orzeźwiający smak przywołuje teraz liczne wspomnienia i przez chwilkę czuję się znów jak dziecko. Jednak „dorosły” zwycięża i przypominając mi o obecności w Parku Narodowym powstrzymuje przed dalszą konsumpcją: „Bo gdyby tak każdy zjadł tylko kilka...” No wiem, wiem... ale żałować występku jakoś nie umiem ;-)

Uwielbiam zbierać owoce runa leśnego: poziomki, maliny, borówki, jagody i jeżyny! Jakże silny mają aromat! Żadne inne owoce nie zawierają w sobie tyle smaków ani zapachów co one. Patrzę z tęsknotą na skoszone łąki. Tam dopiero są bogactwa natury. Zbelowana, ususzona trawa leży w sąsiedztwie szlaku. Namawiam Marka na odpoczynek na sianie. Nie opadła jeszcze wieczorna rosa więc siadamy na kilka minut na belach i wąchamy łąkę. Zapach suszonych kwiatów i ziół błogo koi nasze zdrożone ciała, relaksuje, zachęca do snu. Olejki eteryczne przyjemnie wypełniają nasze nozdrza ale Gosia z Piotrem znów nas wyprzedzili i pewnie teraz czekają na parkingu. Krótkie jest zatem to nasze spotkanie na sianie.

Wieczorem palimy w brzozowym gaju ognisko. Siedzimy aż do nocy wpatrzeni w żarzące się żagwie, cykają świerszcze a w górze migają gwiazdy, słychać pohukiwania nocnych łowców. To cudownie, że są takie miejsca jak to, gdzie natura zachowała swoją pierwotną witalność.

Smerek (30 wrzesień 2011)

Poranek rozpoczął się koncertem skrzydlatej gawiedzi. Kiedy idziemy przez brzezinę na śniadanie rześkie powietrze strząsa ze mnie resztki snu i wzmaga apetyt. Przy stole dowiadujemy się, że Gosia z Piotrem wolą pospacerować po lesie niż iść z nami na Smerka.
Szkoda, ale rozumiemy ich decyzję, więc umawiamy się na wspólny wieczór, tym razem przy kominku i jedziemy do Wetliny skąd już raz chcieliśmy wejść na tę górę. Nazwa miejscowości pochodzi od rodzaju wierzby "wetlyny".

Smerek może nie jest wysoką górą (1222 m n.p.m.) jeśli porówna się go do tatrzańskich szczytów jednak tu, wysokości nabierają zupełnie innego znaczenia. Prawie do samej Przełęczy im. Mieczysława Orłowicza (1075 m n.p.m.) idziemy gęstym lasem, w którym rosną buki, dęby, klony, jodły, świerki, brzozy i graby, co sprawia, że zieleń jest mocno zróżnicowana a ponadto las mieni się różnorodnym światłem, oszałamia zapachami i dźwiękami a bogactwo owadów wprawia nas w zdumienie. Liczyliśmy na feerię barw, niby tak oczywistą o tej porze roku a jednak tym razem ominie nas ten jesienny festiwal. Czuć późne lato ale drzewa wciąż zachowują swoją zieleń, jedynie końcówki bukowych gałęzi zaczynają lekko przywdziewać żółte i miedziane barwy.

Po wyjściu z lasu natychmiast pojawiają się przed nami połoniny a wraz z nimi pierwsze jesienne pejzaże. Łąki mienią się kolorami poczynając od delikatnego beżu turzyc, poprzez brązowe i żółte trawy a na głębokiej purpurze borówkowych krzewinek kończąc. Trawy i krzewinki kołysze wiatr. Pochylam się nad kępką turzyc, które przypominają mi o sit skucinie porastającej Czerwone Wierchy w Tatrach. Tutaj rośnie najprawdopodobniej turzyca skąpokwiatowa, według Czerwonej Listy Roślin i Grzybów Polski, gatunek narażony na wymarcie. Najliczniejsza jest zdecydowanie turzyca drżączkowata o cienkich i długich liściach. Ta jest najbardziej charakterystyczną dla tego miejsca rośliną. Dawniej wykonywano z niej materace (spałam na takim jako dziecko ). Zwierzęta omijają turzycę gdyż zawiera niesmaczną krzemionkę. Jej rozbujane wiatrem łany kojarzą się z falami na morzu i może właśnie dlatego nazywane są także "trawą morska" ? Właściwie nie ma to większego znaczenia, która to turzyca, poza tym, że znów uświadamiam sobie nieprzebraną różnorodność tutejszej przyrody.

Bieszczadzkie połoniny są same w sobie zjawiskiem, którego nigdzie indziej poza Bieszczadami nie doświadczymy. Rozumiem doskonale Filipa, mieszkańca najwyżej położonego w Europie państwa, który marzy o podróży w Bieszczady. Cieszę się bardzo, że już wkrótce wrócimy tu w roli przewodników z naszymi młodymi przyjaciółmi  Myślę jednak, że nasi podróżnicy przeczytali już wszystko co zostało o Bieszczadach napisane i to w kilku językach, więc możliwe, że to właśnie oni będą skarbnicą wiedzy na kolejnym spotkaniu z Bieszczadami. „Naukowe” postrzeganie świata w żaden sposób nie zakłóca mi wielozmysłowego poznawania go poprzez osobiste doświadczanie ;-) i wcale nie pozbawia doznań świeżości wręcz przeciwnie, uwrażliwia i poszerza horyzonty. Tymczasem te, bieszczadzkie, są bardzo szerokie ;-)

Rozsiadamy się na przełęczy z trudem odnajdując wolne od wiatru i ludzi miejsce. Pora na solidny posiłek. Regenerujemy siły obserwując fruwające po okolicy motyle a jest ich mnóstwo. Najczęściej zauważamy rusałkę admirał i dyblika lniaczka. Pojawia się także strzępotka ruczajnik Nagle dostrzegam w pobliżu ptaszka przypominającego wprawdzie wczorajszego kowalika jednak ten ma dłuższy ogon i brak mu białej opaski na oczach a ponadto wydaje się nieco większy. To zapewne chroniony nagórnik skalny. Ptaszek odfruwa zanim zmienię obiektyw w aparacie. Odbieramy to za znak że i nam trzeba się zbierać do dalszej wędrówki.

Opuszczamy przełęcz i teraz już szlakiem czarnym, po kamienistej grani zmierzamy na szczyt. Przy obecnych tu licznych skałkach macierzanka halna raczy nas słodkim zapachem. Kiedy Marek dostrzega przy szlaku kwitnącą różę wpadam w zadumę prawie że filozoficzną  O tej porze roku dzikie róże przecież nie kwitną, one teraz owocują! Ta też ma już owoce a pomiędzy nimi delikatny pączek.

Targani wiatrem wchodzimy na Smerka. Smerek ma dwa wierzchołki, północny jest wyższy, od 1997 roku niedostępny dla turystów. Jeszcze dziś wyraźnie widoczna jest ścieżka, którą niegdyś szlak prowadził na wierzchołek. Wchodzimy na nią i dopiero na szczycie orientujemy się, że coś jest nie tak. Marek wyjmuje mapę, uświadamiamy sobie popełniony grzech i szybko schodzimy rowem grzbietowym znajdującym się między wierzchołkami na właściwy szczyt. W domu sprawdzamy jaki jest powód zamknięcia starego szlaku. Otóż zamieszkują go 3 gatunki ptaków alpejskich: siwerniak, płochacz halny oraz nagórnik, stwierdzono także obecność kruka i drozda obrożnego.

Na szczycie Smerka znajduje się charakterystyczny metalowy krzyż. Wielu jest przekonanych, że postawiono go tu dla upamiętnienia turysty, który zginął od pioruna ale to nie prawda. Krzyż ustawiono w roku 1977 z inicjatywy ks. Antoniego Kołodzieja aby upamiętnić 600-lecie Diecezji Przemyskiej. Z wierzchołka rozpościerają się przepiękne , rozległe panoramy. Na wschodzie widzimy Roha (1255m n.p.m) oraz Hnatowe Berdo (1187m n.p.m), na południu Wielką Rawkę, Riabą Skałę, Płaszę, Okrąglika i Jasło a na pierwszym planie, skąd przyszliśmy, Wetlinę i sąsiednie wsie: Smerek i Kalnicę. Od strony północnej widoczna jest dolina Sanu i pasmo Otrytu a od północno-wschodniej Jawornik, Dwernik-Kamień i odległa Magura Łomniańska.

Zastanawiamy się czy nie zejść do Suchych Rzek ponieważ szlak ten jest znacznie przyjemniejszy niż ten od strony Wetliny. W Wetlinie zostawiliśmy auto i obawiamy się, że moglibyśmy mieć problem z szybkim powrotem a przecież umówiliśmy się na wieczór z Gosią i Piotrem. Decydujemy się zejść tą samą drogą co przyszliśmy. Na szlaku jest teraz coraz mniej ludzi za to pejzaże w miękkim, popołudniowym świetle coraz częściej nas zatrzymują. Tym razem mamy dwa aparaty fotograficzne, oboje poddajemy się urokowi chwili i żadne nie pilnuje dyscypliny czasu. Straty nadrabiamy w lesie, wyciągamy kroku i ostatecznie docieramy do auta o wyznaczonej rano godzinie.

To moje trzecie spotkanie z Bieszczadami. Poznaję je pomału i tak samo pomału zakochuję się w nich. Tatry zdobyły moje serce od pierwszego w nich pobytu i do tej pory mają w nim miejsce szczególne. Bieszczady niespiesznie ukazują mi swoją wyjątkowość, chłonę każdą spędzoną tu chwilę wszystkimi zmysłami. Bo właśnie takie zmysłowe i kobiece w swej naturze są dla mnie te góry.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na kilka minut w pobliżu lasu łęgowego. Frapuje mnie co to za dziwne drzewo obsypane jesienną porą białym „kwieciem” rośnie nieopodal rzeki. Marek podchodzi do niego po podmokłym gruncie i przynosi mi bukiet tych tajemniczych kwiatów. Okazuje się, że to, co z daleka wyglądało jak kwiaty jest w istocie nasieniem wierzby. No tak… przecież jesteśmy w Wetlinie. Bukiet wierzbowych nasion przyjechał z nami do domu i tym sposobem przyczyniliśmy się nieopatrznie do niezamierzonej introdukcji tego drzewa w Beskid Mały.

Na drogę powrotną przeznaczamy cały dzień. Nic nas nie goni więc poddajemy się porannemu lenistwu i po sytym śniadaniu jedni wylegują się a drudzy wyruszają na łąkę lub do pobliskiego zagajnika. Ja bujam się w hamaku i cieszę z błękitnego nieba. Niezmącona niczym cisza wabi liczne ptaki, które czując się bezpiecznie podfruwają do mnie bardzo blisko.

Wracamy błąkając się jeszcze po bieszczadzkich wsiach, nigdzie jednak na dłużej się nie zatrzymujemy. Ten mały rekonesans po raz kolejny przekonuje nas, że Bieszczady wcale nie są przereklamowane. Są tylko niedoinwestowane.

„To nic że wiatr ci uciekł z dłoni
Przecież już jutro go dogonisz”

Podziel się z innymi swoją opinią...