Relacje z podróży

Czerwone fortece Biełogradczika*


Piaskowce i wapienne skały rozrzucone na przestrzeni 30km wzdłuż i 15km wszerz przybierają niezwykłe kształty. Nie mogliśmy sobie odmówić ich zobaczenia, choć musieliśmy w tym celu nadłożyć nieco drogi i niestety, pieniędzy. Aby dotrzeć do Belogradczika zdecydowaliśmy się przekroczyć Dunaj promem w miejscowości Calafat/Vidin. Zaskoczyły nas nieco liczne opłaty : opłata portowa w Rumunii, przeprawa promem i znów opłata portowa w Vidin w Bułgarii, razem 28 euro. Ale nie powiem, warto było :-)

Szerokie i łagodne wody Dunaju wzbudzały do refleksji i po raz kolejny poczułam się cząstką wszechświata. W tym miejscu Dunaj ma około 600 metrów szerokości. Z promu widzimy będący w budowie most, który połączy nowobudowane odciski autostrad po stronie bułgarskiej i rumuńskiej. Most będzie miał około 1km długości.

Dunaj, druga co do długości rzeka w Europie, przepływa przez 10 europejskich krajów: Niemcy, Austrię, Słowację, Węgry, Chorwację, Serbię, Bułgarię, Rumunię, Mołdawię i Ukrainę. Na naszym promie również międzynarodowy skład. Rejs po Dunaju trwał około 40 minut.

Byliśmy trochę zmęczeni bo dzień wcześniej do późnych godzin wieczornych wędrowaliśmy po Fogaraszach a potem jechaliśmy całą noc śpiąc jedynie 5 godzin w samochodzie na parkingu jednej ze stacji benzynowych. Dlatego dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy na zwiedzanie: najpierw Jaskinii w Magurze we wsi Rabisza a potem skałki w okolicach Belogradczika.

Jaskinia zainteresowała nas z uwagi na około 700 grup naskalnych rysunków z różnych epok od eneolitu aż do wczesnej epoki brązu. Przedstawiają one zarówno świat roślinny i zwierzęcy jak i obyczaje, rytuały, wierzenia i zajęcia, narzędzia oraz broń ówczesnych ludzi. Malunki te wykonane są guanem nietoperzy zmieszanym z ochrą. Ponadto znajduje się tam największy bułgarski stalaktyt o długości 20m i 4m średnicy, stalagmity, jaskiniowe perły, nacieki i nawisy, odbywają się także koncerty symfoniczne. Jaskinia ma 2,5 km długości a w jej wnętrzu panuje zaledwie 10°C podczas gdy na zewnątrz latem jest powyżej 30°C, warto więc zabrać ze sobą coś cieplejszego do okrycia.

Zwiedzanie jaskini jest płatne- 3 lewa od osoby - niewiele wziąwszy pod uwagę jak wiele oferuje :-)

Świadomość, że oto jesteśmy w miejscu gdzie już przed 12 tys. lat żyli ludzie przyprawia mnie o dreszcze. Bogate i doskonale zachowane formy skalne cieszą mnie tym bardziej, bo wolno ich dotykać. Może 12 tys. lat temu też z podziwem dotykał ich człowiek? Czy za następne 12 tysięcy lat zostanie po nas ślad? I gdzie? W Internecie?

Coraz bardziej krucha i delikatna ta nasza cywilizacja się staje. W tym kontekście nadzieje ludzi na autentyczność rzekomego holograficznego przekazu obcych cywilizacji, jaki ma się znajdować w podziemiach rumuńskich gór Bucegów, nabierają zupełnie innego wymiaru. Kto wie… może racją mają Barneanu, Ruzo i Gooch zwracając naszą uwagę ku dalekiej przeszłości, do czasów neandertalczyka?

Z rozmyślań nad przemijaniem i nieprzemijalnością wyrywa mnie wkrótce ostre bułgarskie światło słońca, które teraz gorącymi promieniami pieści moje wyziębnięte ciało.

Wracamy piechotą na parking, po drodze zajadając się słodkimi jeżynami. Raz po raz spotykamy zawisaki. Najprawdopodobniej jest to fruczak gołąbek. Jest trudny do sfotografowania, tak szybko się przemieszcza. Doprawdy niezwykły to motyl.

Dojazd do Biełogradczika zajmuje nam niecałą godzinę, jednak kiedy przyjeżdżamy od razu kierujemy się do zamku w nadziei, że w okolicy będzie bankomat. Niestety nim udaje się nam go odnaleźć (w centrum miasta jest ich kilka) staje się na tyle późno, że pani kasjerka odradza nam wejście na zamek tłumacząc, że warto spędzić tam kilka godzin, zaprasza na jutro.

Jutro? Nie planowaliśmy wcale zostawać tu do jutra. Na wszelki wypadek pytamy o nocleg. Zbiera się kilku okolicznych sprzedawców i po naradzie podają nam adres pensjonatu. Zanim tam jednak trafimy udajemy się na spacer po okolicy. I stopniowo nabieramy przekonania, że byłoby niewybaczalnym błędem wyjechać stąd nie zobaczywszy w świetle dnia tych cudów. Bo to, co zobaczyliśmy w pobliskim lasku, śmiało można określić cudem natury. Marek wdrapał się po prawie pionowej ścianie na czubek jednej ze skał i zdaje mi relację z rozległej panoramy, która roztacza się przed jego oczami. Jest tak zauroczony, że postanawia zostać tam tak długo aż zza chmur wyłoni się słońce. W konsekwencji tej decyzji spędza na niewygodnym czubku ponad pół godziny.

Niestety ja mam ubrane sandały i moje wejście na szczyt jest niemożliwe. Czekam zatem niecierpliwie a po kwadransie udaję się na dalszy spacer wokół ogromnych zlepieńców. Skały mają kolor różowo- brązowy z lekkim odcieniem fioletu. Jest tu bajecznie pięknie. Kiedy wreszcie Marek ukontentowany schodzi z wielkiej iglicy słońce chyli się już ku zachodowi. Wracamy do miasta .

Na parkingu spotykamy polską rodzinę. Są mocno zafrasowani. Szukają bez powodzenia noclegu więc dzielimy się z nimi informacją o pensjonacie. Ostatecznie oni nocują pod wskazanym adresem a my na sąsiedniej ulicy, nieopodal zamku. Jesteśmy zadowoleni z kwatery, mamy przestronny, czysty pokój z balkonem. Z balkonu cieszę się szczególnie, mogę z niego obserwować życie miasta i oddaję się temu zajęciu z wielką przyjemnością.

Kiedy Marek wyrusza do miasta po owoce i wino obserwuję kilka ujmujących scenek rodzajowych. Oto młody i przystojny młodzieniec zdecydowanym krokiem zmierza w sobie wiadomym celu na plac. Jest ubrany w czarne spodnie, białą koszulę a w ręce trzyma czerwone róże. Obok niego podryguje grupka chłopaków z piłką. Z kontekstu sytuacji domyślam się, że namawiają go do czegoś, pewnie do tego aby z nimi zagrał w nogę. Chłopak odmawia ale w pewnym momencie podaje jednemu z nich kwiaty i demonstruje sztuczkę z piłką. Kiedy zaczynam się niepokoić o stan jego bielutkiej koszuli jakby odbierając telepatycznie moje intencje natychmiast mityguje się i przerywa skąd inną imponujący popis. Chłopcy są zawiedzeni i trudno pogodzić się im z odmową. W końcu młodzieniec oddala się od nich bardziej zdecydowanym krokiem i na placu rozstają się. Wówczas moją uwagę przykuwa stara kobieta. Idzie wolno opierając się o laskę, jest mocno przygrabiona. Za nią w podskokach druga grupka nastolatków z piłką zmierza pod górkę. Kiedy ją mijają ta zaczepia ich i o coś pyta. Chłopcy grzecznie podchodzą i chwilkę o czymś rezolutnie rozprawiają. Potem grzecznie się z nią żegnają i biegną w tym samym kierunku co pierwsza grupka chłopców. Kobieta dziarsko idzie pod górką, z której schodzi para zakochanych nastolatków. Tymczasem z centrum miasta idą trzy psy, kundle. Szybko okazuje się, że jedno z nich jest suką. Psy są najwyraźniej zaprzyjaźnione. W ciągu pół godziny wykonują trzy rundki wokół uliczek, podczas gdy starsza kobieta jedną rundkę. Psy też są zakochane. Na ulicy pojawia się kobieta ze stadem owiec, dwóch rosłych mężczyzn na wozie zaprzężonym w dwa kare konie, chłopiec na skuterze, i raptem dwa samochody w tym jeden nasz.

Spokojnie tu i życzliwie. Zauważam też energicznie idącą Violettę. To dziewczyna, sprzedawczyni oryginalnego magurskiego wina, która pomogła nam znaleźć nocleg. Wołam ją z balkonu i jeszcze raz dziękuję za przysługę. Violetta cieszy się, że się nam spodobało i zaprasza jutro do siebie do sklepu. Marek wraca po pół godzinie równie oczarowany klimatem miasta jak i ja.

Kolejny dzień przynosi mnóstwo silnych wrażeń. Z samego rana po długich poszukiwaniach drogi dojazdowej udaje się nam wjechać na szczyt królującej ponad miastem białej, wapiennej góry, zwieńczonej telewizyjnym masztem. Spodziewaliśmy się zobaczyć stamtąd jakąś niezwykłą panoramę miasta i okolicy. Panarama owszem była, ale nie rzuciła nas na kolana.

Pomimo narastającego nieprawdopodobnego upału prawie cały dzień spędzamy na zwiedzaniu skał. Spotykamy tu także kilkoro Polaków. Zauroczyło ich to miejsce równie mocno jak nas. Dzielimy się doświadczeniami z podróży po Rumunii i Bułgarii odpoczywając w ten sposób w rzadko dostępnym tu cieniu. Skały szybko się nagrzewają i około południa robi się naprawdę gorąco. Na zwiedzaniu zamkniętego kompleksu skał spędzamy kilka godzin.

Żal nam jednak rozstać się z tymi skałkami i zaopatrzeni w dokładną mapę decydujemy się jeszcze na długi spacer w lesie wyznaczonymi w tym celu ścieżkami. Z nieba leje się żar. Nic nie przynosi upragnionego chłodu. Ani owocowe lody, ani słodkie jak miód jeżyny, ani woda z pobliskiej pompy. Marek zaskakuje mnie odpornością na wysokie temperatury. Z entuzjazmem wspina się na różne wzniesienia wciąż ciekawy nowych pejzaży. Widząc jak bardzo cieszy go odkrywanie kolejnych skałek cierpię w milczeniu i dzielnie się poświęcam, choć zwyczajnie nie mam już siły na czynny protest. Po całodniowym wędrowaniu pośród skał w samym środku upalnego, bułgarskiego lata czuję się jak wysuszona śliwka.

Na koniec idziemy jeszcze do sklepu Violetty i kupujemy u niej polecane wina i rakiję. Są rzeczywiście wyśmienite. Żegnamy się i odjeżdżamy w kierunku Riły oczywiście zatrzymując się po drodze wielokrotnie. Jadąc w kierunku Sofii, około 20 km za Belogradczkiem, zauważamy imponującą grupę skalną co skłania nas do zjechania do wsi Borovitsa. Zostawiamy samochód na polnej drodze w pobliżu domostw i zmierzamy do skał.

Jedziemy do Samokowa skąd zamierzamy wejść na Musałę. Belogradcziszkie Skały urzekły nas bardzo.

Dorota 2012-08-05

* Biełgradczik (w dosłownym tłumaczeniu: Białe Miasteczko) położony jest niecałe 200 kilometrów na północ od Sofii w zachodniej części Starej Płaniny. Miasto które w rzeczywistosci jest bardziej czerwone (dachy) niż białe, położone jest w otoczeniu dziesiątek czerwonych, żółtych i białych skałek wyrastających wysoko ponad granicę lasu. Skałki te wyobrażają zwierzęta, ludzi, zamki, drzewa, mnichów, kobiety i dzieci. Większość z nich posiada własne nazwy jak np. Adam i Ewa, Madonna z Dzieciątkiem, Kukułka, Niedźwiedź, Sfinks, Derwisz, Uczennica, Hajduk Wełko, Kamenna Swadba.
Gdy w III wieku przybyli na te tereny Rzymianie, postanowili swoim zwyczajem wznieść tu twierdzę obronną. Wykorzystując teren tak wkomponowali ją pomiędzy skałki aby zbudować fortyfikację najmniejszym nakładem sił i środków (lenistwo czy zaradność?). Tak więc kamienne ściany warowni łaczą sąsiadujące ze sobą wysokie na kilkanaście metrów skały. Choć wielokrotnie broniła się przed barbarzyńcami ze wschodu i południa, odrestaurowana obecnie twierdza zwana Kaleto stoi po dziś dzień. Fortyfikacje położone na trzech poziomach i zajmujące obszar około jednego hektara, można zwiedzać za symboliczną prawie opłatą 3 lv od osoby. Dorośli przy rozległym i darmowym parkingu przed wejściem mogą nabyć pyszne tutejsze wino i rakiję zaś młodszych zaciekawi położone w sąsiedztwie twierdzy obserwatorium astronomiczne. Miasto oferuje sporą ofertę miejsc noclegowych: w środku sezonu nie mieliśmy żadnego problemu ze znalezieniem niedrogiej kwatery.

Podziel się z innymi swoją opinią...

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter