Jak w siódmym niebie
czyli 5 dwutysięczników i 2 orły jednego dnia
"Wszyscy, którzy korzystają z wyjątkowego przywileju poruszania się poza szlakami w Tatrzańskim Parku Narodowym – powinni zdawać sobie sprawę, że ich obecność w ostojach dzikiej przyrody może wyrządzać niepowetowane szkody. Stąd wynika konieczność zachowania umiaru w penetracji tatrzańskich mateczników. I nie jest to bynajmniej sprawą odgórnych nakazów i zakazów – lecz kwestią wewnętrznego, osobistego imperatywu".
Tomasz Borucki

Tym razem nasza górska wycieczka miała 18,5 km długości, 1670 metrów przewyższeń i zajęła nam 12 godzin
Tatry Zachodnie - moje ulubione Za nimi tęsknię zawsze najbardziej. Marek po cichu "dziwi mi się", że zamiast wejść WRESZCIE na Granaty ja... wracam w strony, które znam I stąd właśnie znów stanęłam na szlaku pięciu dwutysięczników.
Byłam tam w 2007 roku. Pozostał we mnie niedosyt i potrzeba powrotu. Na wypad namówiłam przyjaciółkę. MMŻ nie mógł być z nami bo w tym czasie dzielnie walczył z czarnym bzem, przerabiając jego owoce na hektolitry soku (dokładnie to 1,2 hektolitra).

Wyjechałyśmy dzień wcześniej, po południu. To cudowne uczucie gdy nie trzeba się śpieszyć! Podziwiając jesienne już pejzaże dotarłyśmy około godziny 19 do Chaty Koziar znajdującej się u wylotu Ziarskiej Doliny w bliskim sąsiedztwie Horskiej Zahrannej Sluzby. Byłyśmy przygotowane na nocleg w aucie ale ku naszej uciesze były wolne miejsce i za niewielkie pieniądze (13,5 euro od osoby) wynajęłyśmy dwuosobowy pokój ze świeżą pościelą i gorącą wodą w łazience :-) Już po kolacji spakowałyśmy ekwipunek na jutrzejszy dzień aby rano zaoszczędzić cenny czas. Miałyśmy przed sobą, wprawdzie pozbawioną technicznych trudności, ale długą trasę, więc zależało nam aby wyjść na szlak w miarę wcześnie.

Udało się. Kilka minut po szóstej dreptałyśmy już lasem na Goły Wierch 1682m n.p.m. Przewyższenie 782 metry pokonałyśmy w dwie i pół godziny. To był najmniej interesujacy odcinek, bo prawie cały czas prowadził lasem.

Widok z Gołego Wierchu na Baraniec, Szczerbawy i Klin↑

Prawdziwa wędrówka rozpoczęła się po zdobyciu Gołego Wierchu. Dopiero wtedy odkryły się przed nami fantastyczne widoki na Tatry Zachodnie, Góry Choczańskie i Małą Fatrę a także Beskidy z Babią Górą jak wisienką na torcie. Wspaniale widać było Przysłop, Banówkę, Trzy Kopy i Hrubą Kopę a wkrótce imponującą, monumentalną, szeroką panoramę Tatr Zachodnich. Ze szczytu Gołego Wierchu zadzwoniłam do MMŻ. Właśnie rozpoczynał pracę. Ha! A my już na szczycie

Odcinek między Gołym Wierchem a Barańcem pokonywałyśmy nieśpiesznie, chciałyśmy zwyczajnie nacieszyć się obecnością w górach, chłonąć w spokoju ciszę przyrody i jej zapachy. Dla mnie zawsze najbardziej fascynujaca jest przestrzeń, dalekie krajobrazy, takie jak w bajkach za siedmioma górami Tu właśnie tak jest! Takie są Tatry Zachodnie. A po stronie słowackiej poza rozległymi pejzażami mają jeszcze ten wysokogórski "pazur"- postrzębione granie. Tym razem muśniemy tylko wzrokiem te trudnodostępne ostępy. Tym razem mamy zaledwie jeden dzień na górską przygodę i zamierzamy w pełni go wykorzystać.

Widok ze szlaku na Baraniec.
Po lewej widoczne w oddali Góry Choczańskie i Mała Fatra, na wprost zielony szlak z Żarskiej Chaty na Przysłop i Banówkę.
180° panorama z Barańca w kierunku północno-wschodnim od Banówki po Mały Baraniec
na horyzoncie Tatry Wysokie ze szpiczastą czapką Krywania

Baraniec oferuje nieprawdopodobną wręcz perspektywę. Kiedy docieram na jego szczyt ogarnia mnie jeszcze większy zachwyt, co było zresztą do przewidzenia, bo wiadomo, każdy widzi, że na mapie na Barańcu namalowano coś na kształt słoneczka Robię tu mnóstwo zdjęć. Kiedy Kasia dołącza do mnie ja mam już ogarnięte wszystkie świata strony Wschód i zachód słońca musi być tu nieziemsko cudowny.

Wieloplanowe zdjęcie środkowe ukazuje kolejno Przełęcz między Barańcem a Szczerbawym, natępnie grań Otargańców, ramię Bystrej i na ostatnim planie Tatry Wysokie.
Na horyzoncie Tatry Niżne, na lewo widać boczną grań Barańca z kolejnymi szczytami: Szczerbawy, Klin i Mały Baraniec. Na prawo żółty szlak przez Goły Wierch, którym dotąd szłyśmy.
Widok z Barańca w kierunku północnym na najtrudniejszą grań Tatr Zachodnich.
Od lewej: Przysłop Jałowiecki, Banówka, Hruba Kopa, Trzy Kopy, Smutna Przełęcz, Rohacz Płaczliwy,
Rohacz Ostry, fragment Wołowca i Łopaty.
Zdjęcie środkowe pokazuje zejście (217 metrów w dół) z Barańca na Przełęcz Nad Puste
a potem znow 104 metry w górę na Smreka.

Na Barańcu tym razem sami Polacy.
Urocza nauczycielka z Międzybrodzia z zapałem ustawia nas do zdjęcia a my chętnie poddajemy się jej poleceniom i ...pozujemy. To było bardzo miłe. Proponuję, że również zrobię jej i jej kompanom pamiątkowe zdjęcie. Kreatywna ekipa w najróżniejszych konstelacjach pozuje na tle Wołowca, Rohaczy, Krywania...

Wkrótce nasze drogi się rozchodzą. Oni śpieszą się, bo chcą zejść przez Rohacza Płaczliwego do Smutnej Przełęczy i dalej do Smutnej Doliny. My skręcamy jeszcze na Szczerbawego 2144 m.n.p.m. Gna mnie tam ciekawość jak stamtąd widać zejście z Barańca. To właściwie niewielka strata wysokości bo zaledwie około 40 metrów a naprawdę warto ją ponieść, bo widoki są bajeczne. Miałyśmy w planach podejść jeszcze na Małego Barańca ale ostatecznie rezygnujemy. Wolimy tego dnia zdobyć Rohacza Płaczliwego.

Szczerbawy to w istocie szczerbata góra. Jej płaski wierzchołek wydaje się być kaprysem natury, ponieważ od Szczerbawego odchodzi w kierunku Doliny Jamnickiej potężna grzęda. Z przyjemnością oddaję się tu fotografowaniu a Kasia odpoczywa. Zostawiam pod jej opieką plecak i kierowana ciekawością udaję się na Klin. Kasi nieszczególnie podobają się moje zachcianki więc rozsiada się na zboczu i urządza sobie piknik. Chcąc ją udobruchać szybko wracam i nawet pierwsza rozpoczynam podejście na Baraniec.
Piarżyste zejście z Barańca w stronę Smreka należy do bardzo stromych, co wyraźnie widać ze Szczerbawego. Po szybkiej stracie wysokości trzeba znów z mozołem wspinać się na wspomnianego Smreka 2072 m n.p.m. tym razem w bardziej skalistym terenie, co stanowi miłe urozmaicenie w dotychczas łagodnym, trawiastym szlaku. Cały czas mamy przed oczami grań Banówki, Trzech Kop, Hrubej Kopy, Rohaczy, Wołowca, Łopaty, Jarząbczego Wierchu, Raczkowej Czuby i Otargańców, zaś na horyzoncie Tatry Wysokie z wyraźną sylwetką Krywania, której nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym szczytem.

Baraniec widziany ze Szczerbawego↑
Smrek na tle Rohaczy↑
Wkrótce rozpoczniemy podejście rosohatą granią Smreka

Niebawem stajemy na Przełęczy nad Puste skąd doskonale widać Pusty Żleb, najbardziej lawiniasty w całych Karpatach. Przyczyną powstawania tak ogromnych lawin jest ponad tysiącmetrowa deniwelacja, ukształtowanie stoku i ogromna powierzchnia, z której żleb zbiera śnieg czyli cały stok od Szczerbawego po Smreka. Na stokach o nachyleniu 35–45° śnieg utrzymuje się dłużej, więc gromadzi się go większa ilość. Po przekroczeniu krytycznego punktu lawina nie napotykając na trawiastym zboczu na żadne przeszkody jest potężna. Dawniej w Dolinie Jamnickiej uprawiano pasterstwo, co spowodowało zniknięcie kosodrzewiny. Wprawdzie od czasu utworzenia Parku Narodowego nie wypasa się już tam owiec, jednak nawet tak wytrzymała roślina jak kosówka nie ma szans z potęgą lawin.

Tatry Zachodnie w porównaniu do Wysokich wydaja się być dość łagodne i pomimo tego, że również ich szczyty wznoszą się ponad 2000 m n.p.m to jednak porośnięte są sit skuciną, trawami i kosówką a także innymi zielonymi roślinami. Dzisiejszego dnia mamy już za sobą kilka stromych podejść i zejść pozbawionych jednak trudności technicznych, gdzieniegdzie niewielkie ekspozycje.

Malowniczy zakręt. Właśnie zeszłyśmy z Barańca.
Kasia wchodzi na Smreka

....

Na zboczu Smreka nieoczekiwanie pojawiają się wychodnie skalne. Początkowo przechodzimy obok nich ale niebawem będziemy się po nich wspinać.

Mamy wspaniałą, słoneczną pogodę i w miarę długi dzień przed sobą więc pozwalamy sobie na kolejny dłuższy odpoczynek na Smreku. Pomału kurczą się nasze wodne zasoby ale cieszymy się, że zabrałyśmy spory jej zapas. Odwodnienie nam nie grozi. Pomimo iż widok wcale się nie zmienia nie odczuwam znużenia. Wręcz przeciwnie.
Ze zboczy Smreka oba Rohacze wyglądają imponująco, a Płaczliwy (2125 m n.p.m.) zdaje się być dużo bardziej stromy niż w istocie jest. To zaledwie 208 metrów różnicy poziomów.

Po zejściu z Barańca a jeszcze przed Smrekiem widzimy odchodzącą ze Szczerbawego do Doliny Jamnickiej
potężną grzędę, która oddziela od siebie dwa największe żleby Tatr Zachodnich:
od lewej Masłowy Żleb i Pusty Żleb. Szczerbawy wznosi się wysoko nad dnem Doliny Jamnickiej.
Jego względna wysokość od dna doliny u jego podnóży wynosi 1050 m.
Zejście ze Smreka w kierunku Żarskiej Przełęczy, na lewo pasmo Otargańców.
Zejście ze Smreka w kierunku Żarskiej Przełęczy na prawo widoczne szczyty: Rosocha, Jałowiecka Kopa na które nie prowadzi szlak turystyczny i dalej Jałowiecki Przysłop, Banówka, Hruba Kopa, Trzy Kopy- najtrudniejszy szlak w Tatrach Zachodnich

Cień położył się na rowach zboczowych na Smreku, więc na zdjęciu widać je niewyraźnie. Jest to jednak bardzo urokliwe miejsce.
Dawniej uważano, że rowy grzbietowe i zboczowe są pochodzenia tektonicznego. Współczesna geologia stoi na stanowisku, że powstanie ich jest związane ze strefą spękań płaskich grzbietów górskich przy udziale wietrzenia fizycznego oraz że powstały one w okresie postglacjalnym czyli po ostatnim zlodowaceniu w czwartorzędzie.

Panorama 180° z południowych zboczy Smreka w kierunku północnym.

Tuż przed Żarską Przełęczą zatrzymuję się aby przyjrzeć się grani Otargańców. Jednak szybko moją uwagę przykuwa pięknie widoczna stąd trasa, którą przeszłam z Mateuszem w ubiegłym roku a mianowicie szlak z Kończystego Wierchu przez Jarząbczy Wierch na Wołowiec. Strome zejście z Jarząbczego w pełni obrazuje specyfikę Tatr Zachodnich. Ich niezaprzeczalnym walorem są graniowe szlaki. Planując wędrówkę zawsze trzeba mieć na uwadze, że przejście z jednej przełęczy na druga a bywa że i na trzecią i czwartą generuje dodatkowe metry przewyższeń. Na Łopacie jest kilka naprawdę trudnych miejsc, zwłaszcza w czasie deszczu, mgły czy oblodzenia.

Rów zboczowy na Smreku.
Na zdjęciu po lewej widać Żarski Stawek zaś na zdjęciu po prawej stronie Płaczliwy Stawek,
który leży w odległości stu metrów od zielonego szlaku.

Przechodząc przez Żarską Przełęcz kontynuujemy wędrówkę żółtym szlakiem i po okołu trzech kwadransach stajemy na szczycie naszego ostaniego celu dzisiejszej wędrówki, będącego jej ukoronowaniem. Jesteśmy tu same. Dopiero po kilku minutach docierają tu ojciec z córką, którzy zrezygnowali z wejścia na Rohacza Ostrego i wracają po własnych śladach przez Smutną Przełęcz do Adamculi. Przez chwilę rozważamy możliwość przejścia dalej czerwonym szlakiem w kierunku Smutnej Przełęczy a potem wrócić niebieskim do Żarskiej Doliny ale zwycięża zdrowy rozsądek. Wieczorem musimy wracać do domu bo następnego dnia ja muszę być zwarta i gotowa do pracy z samego rana. Czeka nas więc 150 km powrotnej drogi nie licząc zejścia z gór

Niewiele powyżej Żarskiej Przełęczy roztaczają się przed nami nowe szerokie widoki. Tym razem zachwycam się panoramą Otargańców. Doskanale widać stąd Jakubinę i Jarząbczy Wierch wraz z niebywale stromym zejściem na Łopatę. W 2014 roku szłam tamtędy z Kasią, Mateuszem i Michałem- naszymi najmłodszymi synami. Teraz z niedowierzaniem patrzymy jak strome mogą być szlaki w Tatrach Zachodnich!

Tablice informacyjne przy rozstaju szlaków pod Rohaczem Płaczliwym zaskakują mnie swoją treścią. Wynika z nich, że wystarczy zaledwie godzina aby z tego miejsca dotrzeć do Jamnickiej Przełęczy! Z polskiej mapy wynika, że potrzebne są 2 godziny, zaś na www.hiking.sk pokazują, że 1:30 min. Najbardziej rzeczywisty wydaje mi się czas umieszczony na polskiej mapie. Wg mnie dość niebezpieczne jest takie "śrubowanie" czasu, bo osoby nieobyte z górami mają nierealną ocenę sytuacji i mogą ulec złudzeniu, że zdążą jeszcze to i tamto zaliczyć, a tymczasem zaskakuje ich zmierzch w najmniej odpowiednim miejscu na dodatek bez odpowiedniego sprzętu. Pomijam już łamanie zakazu przemieszczania się w Tatrach po zapadnięciu zmroku.

Czekając na Kasię rozglądam się po okolicy i w pewnym momencie słyszę nad sobą jakby świst lecącego szybowca. Byłam pewna, że to właśnie szybowiec szybuje nade mną, na przykład taki, który latał nad nami w okolicach Pachoła, ale wcale nie! Nade mną lata para orłów!!! Wow! Widok jest niesamowity! Ptaki szybko oddalają się i kiedy robię im zdjęcie (50 mm obiektywem... niestety...) są już w okolicach Otargańców. Śledzę ich lot w niemym zachwycie. Widzę orły!-niedowierzam ale... przecież je widzę... To na pewno nie są kruki ani żadne inne ptaki. Taką rozpiętość skrzydeł może mieć tylko orzeł!!! W Tatrach żyją zaledwie 4 pary orła przedniego. I jak tu nie kochać Tatr? Widziałam orła cień, słyszałm świst jego lotu... czuję się jakby sam Pan Bóg przyfrunął do mnie. Nie bez powodu w chrześcijańskiej symbolice orzeł przedni jest alegorycznym przedstawieniem Chrystusa i Kościoła triumfującego. No ale cóż... długoogniskowy obiektyw zostawiłam w domu bo słabo ostrzy, rozkalibrował się :-(
Nic to! Widziałam i słyszałam jego lot!
Najczęściej widzę Rohackie Stawki z polskiej strony. W tym roku po raz drugi zachwycam się nimi od strony północnej. Z satysfakcją patrzę na znajome skądinąd kąty. Moja przygoda z Tatrami zaczęła się zaledwie 10 lat temu. Jeśli chciałabym żyć w zdrowiu 100 lat to tylko dlatego aby przejść całe Tatry! To niemożliwe? Cóż... wolno mi marzyć... A coraz częściej spotykam w Tatrach ludzi w sędziwym wieku. I wcale nie jest tak, że "łażą po górach od małego". Kiedy z nimi rozmawiam to często okazuje się, że ich pierwsze spotkanie z Tatrami miało miejsce po "odchowaniu dzieci".

Na niebie sylwetki pary orłów, która kilkanaście sekund wcześniej szybowała nade mną.
Dolina Rohacka

Na szczycie Rohacza Płaczliwego nie zabawiamy dłużej niż pół godziny. Jest tak cudnie, że żal schodzić. Rzucam ostatnie spojrzenie w kierunku Kominiarskiego Wierch i Giewontu, Świnicy. Nad Ostrym Rohaczem zawisła i stoi chmura rzucając na niego posępny cień. Niewątpliwie dodaje to całej scenerii dramaturgii ale też nieco onieśmiela. W planach mam wciąż przejście naraz obu Rohaczy. Kilka lat temu zdobyłam Ostrego Rohacza z Wołowca ale wróciłam do Kasi bo wtedy to ona śpieszyła się na autobus do Zakopanego i nie chcieliśmy z Markiem porzucać jej samej na szlaku.To było 7 lat temu!

Popołudniowe słońce malowniczo rozwietla góry otulając je miękkimi cieniami. Tylko Ostry Rohacz pozostaje w ponurym zacienieniu.

Cóż... młodsza już nie będę więc co mam zrobić dziś - robię dziś Nie mam czasu do stracenia, jestem tu i teraz. Spokojnym krokiem wracamy na Żarską Przełęcz.

Dolina Żarska poprzez swoje ułożenie na linii wschód-zachód jest teraz przepięknie oświetlona. Nie umiemy oprzeć się urodzie Żarskiego Stawku i nad jego brzegiem, porośniętym wełnianką pochwowatą, spędzamy pół godziny.

W Tatrach wyraźnie czuć zbliżającą się jesień. Zbocza gór porzuciły już głęboką zieleń i przywdziały kolor ciepłego, miodowego brązu. Szkoda, że to miejsce nie jest już dostępne zimą. Musi tu być pięknie kiedy całość spowije szron albo przykryje pierwszy śnieżny puch. Musi tu być pięknie wiosną... tu po prostu musi być zawsze pięknie! To banalna prawda: żal opuszczać nam to miejsce.

Żarski Stawek na wysokości ok. 1860 m n.p.m., pod zachodnią granią Żarskiej Przełęczy zasilany jest niewielkim strumykiem. Przy jego błotnistych brzegach rośnie wełnianka pochwowata.
Stawek jest bardzo płytki, ma zaledwie metr głębokości. Poniżej niego znajduje się charakterystyczna bula.

Kiedy jesteśmy na Rozdrożu pod Bulą (Pod Homôľkou), około godziny siedemnastej, w miejscu gdzie łączy się krótki szlak zielony z niebieskim prowadzącym w dół od strony Smutnej Przełęczy spotykamy młodą, filigranową dziewczynę z gigantycznym plecakiem. Przytroczony do niego namiot pozwala sądzić, że powzięła zamiar nocowania gdzieś na grani. Sic! Park Narodowy nie zazwala na to ale ja mimo to zazdroszczę jej. Mam słabość do wschodów słońca w górach.
Ta ambiwalencja uczuć wobec moich fantazji na temat napotkanej dziewczyny skłania mnie do pogłębionej refleksji.
Z jednej strony pragniemy kontaktu z dziką przyrodą a z drugiej naruszamy swoją obecnością tę dzikość. I dlatego są takie rzeczy, których choć bardzo chcę to jednak w Tatrach nie zrobię. Z miłości do tych dzikich ostępów jest we mnie do nich szacunek. „Czasami bardziej szkodzi przyrodzie dwójka taterników na Żabim Niżnim niż 10 tysięcy przywiezionych do Morskiego Oka turystów" (Jerzy Zembrzuski)
Mijamy schronisko nie goszcząc w jego progach i pędzimy do wylotu doliny. W gościnnej i klimatycznej Chacie Koziar zjadamy wieczorny posiłek, raczymy się kawą i odjeżdżamy do domu. Byłoby cudownie móc tu zostać na kolejny dzień. Cudownie było w ogóle móc tu być.

Kiedy planuję swoje kolejne wędrówki w Tatry mam nadzieję poznać miejsca, w których jeszcze nie byłam ale... równie chętnie wracam do tych dobrze sobie znanych. Skoro rozwiązałam już swój egzystencjalny konflikt i zdecydowałam, że jednak młoda jestem, z większą radością wracam w swoje ulubione tatrzańskie zakątki bo już pozbyłam się obawy, że mogę nie zdążyć... A pozbyłam się przez pogodzenie... z w/w imperatywem


Podziel się z innymi swoją opinią...