Relacje z wycieczek

perforacja

perforacja
Czując chrapkę na zimową Babkę.
(2009-03-15)

Kiedy po długiej nocnej ciemności otwarłem oczy, przez okno sypialni zaglądał różowy świt. Nie wyspałem się zbytnio ale swiadomośc tego jak zaplanowany został dzisieszy dzień kazała mi natychmiast pozbyć się resztek snu z powiek. Godzinę później z plecakiem wypakowanym ciepłą odzieżą, wraz z Robertem zmierzaliśmy w stronę Krakowa. Tam dołączyła do nas Teresa i o 7.20 Merc-Busem odjechaliśmy w kierunku Zawoi. Piękne słońce i bezchmurne niebo napawały nas wielkim optymizmem więc droga dłużyła się nam trochę. O 9.30 wysiedliśmy z busa w Zawoi-Policznem i żwawo pomaszerowaliśmy w stronę Krowiarek usiłując zatrzymać na "stopa" wyprzedzające nas samochody. Trzecia czy czwarta próba zakończyła się powodzeniem i po zapakowaniu plecaków do bagażnika "renówki" mknęliśmy w stronę Krowiarek.

Od szczytu Babiej Góry - o ile wierzyć mapie - dzieli nas 2,5 godziny marszu i 700 metrów różnicy wzniesień. Moja analiza mapy wykazuje, że odległość ta dzieli się na dwa bardzo zróżnicowane etapy: pierwszy z Krowiarek na Sokolicę, o dużym nachyleniu (deniwelacja 350 metrów) i niewielkiej odległości (2 km), oraz drugi z Sokolicy na szczyt Babiej o identycznej deniwelacji a dwukrotnie dłuzszym dystansie. Na przełęczy świeciło cudne słońce więc szybko zdjęliśmy kurtki by się nie przegrzać na ostrym podejściu pierwszego etapu. Przede mną i Robertem pierwsze zimowe wejście na Babią Górę; dla Teresy to już kolejne.

O 10.20 wkraczamy w las. Szlak jest dobrze udeptany, więc poruszanie nie sprawia dużego problemu, poza spadającymi z drzew płatami mokrego podtopionego przez słońce śniegu. Nie ma rady, mimo perlącego się na czołach potu trzeba iśc w czapce lub kapturze. Po drodze mijamy pierwszego dziś narciarza na trasie i pniemy się starym i gęstym świerkowym lasem w górę. Osypane świeżym śniegiem i podświetlone przedzierającymi się przez korony drzew promykami marcowego słońca, uschnięte, dolne gałązki świerków, tworzą obraz bardziej przypominający grafikę niż rzeczywistość. Warto przyjrzeć się im z bliska lecz nam szkoda tracić cennego czasu. Idąc dalej, napotykamy coraz więcej prześwitów między drzewami i poprzez nie dostrzegamy Zawoję i położone za nią pasmo jałowieckie. Te prześwity to znak, że zbliżamy się do Sokolicy. Przystajemy na moment i wsłuchujemy się w ciszę: kiedy uspokaja się oddech i milkną szlesty odzieży, w tle słyszymy delikatny dźwięk osiadających na kurtkach płatków śniegu. Śnieżynki spadają nie wiadomo skąd bo nad głowami nadal mamy czyste, błękitne niebo. Ostre wiosenne słońce rozgrzewa strzeliste piramidy świerków wyzwalając z nich zapach igliwia i mokrego śniegu... Prócz nas trojga nie ma więcej nikogo - to rzadka sytuacja na tym szlaku. Ruszamy dalej; między świerkami zaczynają corz częściej pojawiać się nagie gałązki drzew liściastych: buka i jarzębiny.

Lekko zdyszani stajemy na odkrytym tarasie skalnym; jest 11.20. Słońce przed paroma minutami zasłoniła chmura i śnieg pada już intensywnie. Widoki z Sokolicy tego dnia nie mają wielkiego uroku. Zupełnie inaczej jest po przeciwnej stronie: kierując wzrok na południe w rzadkim świerkowym młodniku obserwujemy bajkowe śniegowe rzeźby. Początkowo wielkie i okazałe, im wznosimy się wyżej, tym robią się coraz bardziej filigranowe i delikatne niczym porcelanowe figurki. W jednej z ostatnich Teresa dostrzega wiewiórkę. Przyglądam się uważnie tej bryle i rozpoznaję w niej... Lajkonika! Teren wznosi się lekko ku górze; w padającym coraz obficiej śniegu i gęstniejącej z każdą chwilą mgle, bardzo uważnie musimy teraz wypatrywać czerwonych tyczek wyznaczających szlak. Tyczki te mają wysokość około 3 metrów, a teraz bez trudu dosięgamy ręką ich wierzchołków - to znak, że śniegu jest tu grubo ponad metr. Zresztą to samo stwierdzenie nasuwa się na widok kosodrzewiny, która tu i ówdzie delikatnie wystaje ponad śnieżną skorupę. Śnieg jest wilgotny i ubija się pod butami, zatem idzie się nam znakomicie. Byłoby jeszcze lepiej gdyby nie wiatr, który z każdą chwilą przybiera na sile.

Kiedy mijamy Gówniaka decydujemy się na założenie kurtek i rękawiczek. Robi się lodowato. Wilgoć z przeszywającym wiatrem wdziera się w szczeliny ubrań i wierci w nosie. Żeby się nie wychłodzić przyspieszamy kroku; na szczęście podejście jest niezbyt strome. W pewnym momencie, może na kwadrans drogi przed szczytem, niespodziewanie hamuje przed nami narciarz i prosi o wskazanie drogi w dół, gdyż jak twierdzi, nie może nic przed sobą dostrzec. Wtedy uświadamiamy sobie, że widocznośc spadła do dwóch metrów, a my nie dostrzegaliśmy tego kierując się jedynie śladami naszych poprzedników na śniegu. Ruszamy dalej i parę minut po trzynastej stajemy na szczycie Babiej.

Około 20 osób które zastajemy na szczycie szczelnie wypełnia wszystkie miejsca jako tako osłonięte od wiatru. Nie mogąc znaleźć żadnego zagłębienia gdzie wiatr byłby mniej dokuczliwy, postanawiamy udać się w dalszą drogę. Ratownicy Horskiej Zachrannej Służby robią nam pamiątkowe zdjęcie pod słowacką tablicą poświęconą Janowi Pawłowi II, a potem udajemy się w stronę Przełęczy Brona.

Początkowo szlak jest bardzo stromy i śliski, więc zdarzają się nam bliskie spotkania z glebą i dopiero kiedy stajemy w okolicach Zimnej Przełęczy można się troche zdekoncentrować. Widocznośc nadal mizerna i idziemy prawie po omacku usilnie wypatrując czerwonych tyczek. Ślady butów na śniegu mieszają się ze śladami nart, i w tej plątaninie tropów nieoczekiwanie przybliżamy się niebezpiecznie do urwistych Kościółków. Dobrze że dostrzegamy to w porę, bo jak się potem okazało, na krawędzi wisiał olbrzymi nawis śnieżny, który tylko czekał by go coś dociążyło i mógłby zsunąć się w dół... Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i zaczynają pojawiać się pierwsze śniegowe rzeźby a potem coraz większe, już nie do końca pokryte lodem świerki. Szlak wije się wśród drzew i o czternastej stajemy na Przełęczy Brona. Jest w miarę bezwietrznie więc robimy krótką "czekoladową" przerwę. Tu dosiega mnie dzwonek telefonu - jakże niemiły i obcy to dźwięk w tej bajkowej białej krainie! Smrodliwy oddech cywilizacji.

Kwadrans później ruszamy w dół w stronę Markowych Szczawin. Pierwszy schodzi Robert i już po kilku krokach traci równowagę, rozpoczynając karkołomny zjazd w dół. Nie ma szans na wyhamowanie. Śniegu jest dużo i nic z niego nie wystaje, więc taka przejażdżka jest czystą przyjemnością. My tez nie podejmujemy nawet próby schodzenia, tylko siadamy od razu i jedziemy śladem naszego kolegi. Zatrzymujeny się kilkadziesiąt metrów niżej w ramionach Roberta i otrzepujemy się ze śniegu (oj, nawłaziło go tu i tam!). Z mgieł wyłaniają się wielkie kopy starych świerków a majacząca w oddali pomiędzy nimi, grupa drzew liściastych budzi skojarzenie z kwitnącym wiosennym sadem. To złudzenie mogłoby trwać jeszcze długo gdyby nie maszerujący pod górę narciarze, którzy naśmiewają się z naszego sposobu schodzenia. Ale nic to! A niech sobie gadają. My tymczasem przygotowujemy się do pokonania kolejnego stromego odcinka - oczywiście tym samym sposobem. Zabawa jest przednia, więc zamieniamy się w szczęśliwych dzieciaków. Niestety stromizna się kończy, i po trzeciej turze musimy już stanąć na nogach by dreptać dalej starym sposobem.

Docieramy do Markowych Szczawin: przed nami nowe schronisko - wciąż jeszcze w budowie, ale wygląda już imponująco. Oby tylko elewację udało się ładnie wkomponować w zielony klimat lasu! W podcieniu tymczasowego schroniska (dawnej GOPRówki), przy jednym z dwóch stołów siedzi trzech mężczyzn; my zajmujemy drugie i ostatnie już miejsce. Czas na zimny posiłek. Zimny, bo bufet nieczynny, więc pozostają nam kanapki oraz wypicie resztek kawy i herbaty. Głośna rozmowa przy sąsiednim stole toczy się wokół Ameryki Południowej, więc chcąc nie chcąc przysłuchujemy się brazylijsko-peruwiańskim opowieściom.

Miło jest siedzieć i odpoczywać pod dachem, kiedy tuż obok sypie coraz gęstszy śnieg, ale w obawie przed wychłodzeniem zbieramy manele i rozpoczynamy ostatni etap wędrówki. Tym razem do Zawoi sprowadza nas czarny szlak wiodcy rzadkim starym lasem. Początkowo bardzo stromy, lecz "ubezpieczony" potwornie śliską drewnianą poreczą, po kwadransie przeradza się w "lajtową" leśną ścieżkę. Byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie fakt, że padajacy dotąd śnieg przerodził się teraz w mżawkę. Rozmakając coraz bardziej, mijamy Sulową Cyrhlę i tuż przed siedemnastą ukazują się nam pierwsze zabudowania Zawoi Podryżowane. Lokujemy się na przystanku i pół godziny później Merc-Busem odjeżdzamy w stronę Krakowa.

Wycieczkę mimo wielu przeszkód które nas spotkały można zaliczyć do udanych. Doświadczyliśmy prawie wszystkich rodzajów aury: ostrego słońca, śniegu, wiatru, deszczu i choć przez większą część trasy idąc w chmurze niewiele zobaczyliśmy, to jednak udało się nam znakomicie zrelaksować i wypocząć. Zimowa Babka okiełznana!

udział wzięli: Teresa, Robert, Marek
Marek Sikora

Podziel się z innymi swoją opinią...