Świt u Królowej


Żadna inna góra nie wzbudzała we mnie tylu ambiwalentnych uczuć co właśnie Babia, widoczna prawie ze wszystkich miejsc, w których dotychczas byłam.

Jej sylwetkę oglądałam wielokrotnie z każdej strony. Nie sposób pomylić ją z jakąkolwiek inną górą, jest tak wyrazista zarówno w swoim kształcie jak i usytuowaniu - Królowa Beskidów, bezsprzecznie zasługuje na ten pełen afirmacji tytuł. Każdy obserwowany w górach wschód słońca wzmagał we mnie pragnienie doświadczenia tego cudu natury właśnie na jej szczycie. Mimo tego odwlekałam tę chwilę przez tyle lat.

Marek zdecydował w końcu, że idziemy. No ale jak to? Teraz? Dopiero co skończyliśmy łuskać z łupin laskowe orzechy, dopiero co wyszła od nas sąsiadka i tak bez ceregieli idziemy na Babią?- niedowierzałam. Idziemy. O północy pakujemy plecaki i jedziemy na Przełęcz Krowiarki (1012 m n.p.m.). Okrutnie chce mi się spać, przegrywam nierówną walkę ze snem i śpię całą drogę. Na przełęczy jesteśmy kilka minut po drugiej. Marek zarządza półgodzinną drzemkę na co ochoczo przystaję. Kiedy rozlega się donośny dźwięk budzika mam ogromne uczucie niedosytu. Jestem totalnie niewyspana, dzień wcześniej też wstaliśmy skoro świt.

Na parkingu stoi już kilkanaście samochodów, co chwilkę pojawiają się kolejne a ich pasażerowie dziarskim krokiem wchodzą na szlak. W końcu i my ruszamy. Niebo żarzy się milionem gwiazd. Mamy nieprawdopodobnie ciężkie plecaki. Zapakowaliśmy termosy z gorącą herbatą, polary, kalesony, śpiwory, karimaty i nawet zimowe kurtki. Ździebko powątpiewam czy aby na pewno słusznie ale nie dyskutuję, tak jestem śpiąca, potulnie zakładam swój plecak i ze współczuciem spoglądam na Marka, którego plecak jest dwukrotnie cięższy od mojego. Ruszamy na szlak. Rześkie powietrze strząsa ze mnie słodkie marzenie snu. Słońce wzejdzie kilka minut po piątej więc mamy zaledwie dwie i pół godziny aby wejść na szczyt, dokładnie tyle ile podaje mapa. Przed nami wyczerpujące podejście na Sokolicę. Początkowo dziarsko drepczemy równym chodnikiem wyłożonym z obu stron świerkowymi balami. Wkrótce chodnik zamienia się w długie i strome schody, podejście staje się coraz bardziej męczące zwłaszcza, że szlak wiedzie gęstym świerkowym lasem bez żadnych widoków. Dopiero kiedy wejdziemy w piętro kosodrzewiny szlak stanie się łagodniejszy.

Po półgodzinnym marszu stajemy na Sokolicy (1367 m n.p.m.). Zastajemy tam sporą grupkę ludzi, jedni rozsiedli się na drewnianych ławkach drudzy opierają się o drewniany płot zabezpieczający urwisko i podziwiają rozświetlona panoramę Zawoi. Z tego miejsca znakomicie widać także Mosorny Groń i masyw Małej Babiej Góry. Mam ochotę zostać tu na chwilkę aby wyrównać oddech po forsownym podejściu Zubrzyckimi Stromiznami ale wystarcza mi jedno spojrzenie na blat komórki i w obawie, że nie zdążymy przed wschodem wejść na Babią, ruszamy w dalszą drogę natychmiast.

Dalsze podejście jest raczej łagodne co zachęca mnie do szybszego marszu. Pospieszam więc Marka raz po raz, który najwyraźniej nie czuje takiej potrzeby. „Spóźnimy się!”- panikuję. Po 30 minutach stajemy na Kępie (1521 m n.p.m.) i dopiero tu nieco się uspokajam widokiem Tatr, nad którymi pobłyskują gwiazdy (ale w dalszym ciągu narzucam szybkie tempo marszu co zaczyna irytować Marka). Tu wyłączamy czołówki, droga jest znakomicie widoczna.

Ani się nie spostrzegliśmy jak dotarliśmy do skalistego Główniaka, znajdującego się 1617 m n.p.m. Zostaje nam do pokonania zaledwie 108 metrów przewyższenia i właściwie to moglibyśmy już zwolnić tempo. Tu Babia zaczyna z nami igrać. Co rusz ulegam złudzeniu, że widzę przed sobą szczyt ale wkrótce wyłania się przed nami następny czubek i tak chyba z pięć razy. Idziemy teraz jak po kamiennej pustyni cały czas mając na widoku kontur Tatr. Nie wiem skąd we mnie tak niespodziewana inwazja mocy, bo zaledwie dwie godziny wcześniej spałam głęboko i spać chciałam dalej.

Na szczycie stajemy po niespełna dwóch godzinach forsownego marszu. Mamy jakieś trzy kwadranse do wschodu słońca a tymczasem coraz dotkliwiej odczuwamy dojmujące zimno. Na Babiej zastajemy już kilkadziesiat osób. Jedni śpią otuleni w ciepłe śpiwory i maty termiczne, inni siedzą popijając gorące napoje lub tak jak my, szukają osłony przed wiatrem i ubierają się w resztę posiadanej odzieży. O ile na szczyt weszliśmy w samych podkoszulkach i rozpiętych polarach to teraz w pośpiechu opróżniamy plecaki zakładając na siebie dodatkowy polar, zimowe kurtki i… śpiwory. Zdecydowaliśmy się jednak oczekiwać na wschód słońca nieco poniżej szczytu ponieważ coraz mocniej dokucza nam panujący tu hałas a ludzi wciąż przybywa. Na podobne rozwiązanie decyduje się za naszym przykładem kilkoro innych turystów. Gorąca herbata z cytryną koi nasze zmarznięte ciała i otula od środka przyjemnym ciepełkiem.

Kiedy siedzimy już sobie w zaciszu skalnego murku dostrzegamy jak nad Beskidem Wyspowym powiększa się poranna zorza. Wpatrujemy się intensywnie w czubki gór aż wreszcie dostrzegamy wytęskniony pierwszy promień a tuż za nim szybko wyłaniająca się słoneczną kulę. Nisko zawieszone w dolinkach chmury białą wstążką wiją się pomiędzy górami i pagórkami , natomiast te wysoko na niebie, najpierw delikatnie barwią się subtelnie łososiowymi odcieniami by następnie przyoblec się w intensywne róże i pomarańcze. Kontury okolicznych pasm nieznacznie różnią się w tym momencie odcieniem szaro-siwego ultramarynu. Kolorystyka nieba zmienia się dynamicznie, moje wzruszenie i zachwyt wciąż trwają niezmienione w swej intensywności. Zainteresowanie fotografowaniem obserwujących ten cudu natury stopniowo maleje, siedzący blisko nas fotoamatorzy składają statyw i zbierają się do odwrotu. Ja wciąż wpatruję się w szeroki kontur Tatr i obserwuję jak w dolinie między pasmem Tatr a Babią Górą układają się puchate i gęste, niczym bita śmietana, chmury.

Marek nasycił oczy i duszę urodą poranka i zawinąwszy się w śpiwór zasnął na skalnej półce tuż obok szlaku. Naokoło same szczyty. Wschód słońca na Babiej Górze jest dla mnie doświadczeniem prawie że metafizycznym. Spoglądam raz po raz ze szczytu na wszystkie strony świata chcąc zapamiętać ten niesamowity widok na Beskid Żywiecki, Śląski, Mały, Makowski, Wyspowy, Gorce, Kotlinę Orawsko-Nowotarską, Tatry oraz Fatry i Góry Choczańskie. Większość widocznych szczytów poznaję natychmiast, co do innych mam wątpliwości. Znajome i nie do pomylenia są Wielki Chocz, Pilsko, Skrzyczne, Jałowiec, Police, Turbacz, Świnica i Siwy Wierch. Resztę szczytów odnajdujemy już w domu, w necie na stronie kwartalnika „W górach”

Szczyt powoli pustoszeje, a Ci, którzy przybyli tu na wschód słońca opuszczają górę udając się w dół we wszystkich możliwych kierunkach; nowych przybyszów nie widać. Wkrótce zostajemy sami na szczycie Babiej. Marek śpi nadal, a ja zdejmuję z siebie kolejno liczne warstwy ciepłych wdzianek. Słońce świeci coraz mocniej wznosząc się nad linią horyzontu. Znikają romantyczne róże z nieba, teraz zawładnął nim błękit. Zwykle o tej porze jeszcze śpię a tu takie cuda się dzieją.

Pomiędzy skalnymi piargami dostrzegam kępy przekwitłych sasanek alpejskich ale przede wszystkim liczne trawy: bliźniczkę psią trawkę i wiechlinę wiotką oraz kostrzewę niską. Spotykam także wierzbę zielną , maleńką, płożąca się krzewinkę i krzaczki borówki brusznicy. Pośród nagich skał rosną rojniki górskie. Wiosną kwitną tu zawilce narcyzowe a wczesnym latem dzwonek alpejski. Nie dziwi mnie także obecność wzorca geograficznego pokrywającego żółtozielonymi plechami skały pod szczytem Babiej Góry.

Szczególna to góra pod każdym względem. Jej przyrodniczej wartości nie sposób przecenić o czym świadczy fakt dodania jej do sieci Natura 2000. Powodem do dumy jest również fakt, że Babiogórski Park Narodowy, jako jeden z pierwszych obszarów na świecie, otrzymał status rezerwatu biosfery. Na tej najwyższej w polskich Beskidach górze stwierdzono obecność 18 siedlisk przyrodniczych uznanych za cenne w skali europejskiej.

Babia Góra jest najwyższym szczytem całych Beskidów Zachodnich i jednocześnie drugim po Rysach szczytem w Polsce. Pod względem wybitności ustępuje jedynie Śnieżce.

Po godzinnej drzemce na skale Marek budzi się i pełen energii zarządza powrót. Wracamy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Gdy jesteśmy na Kępie pojawiają się na szlaku pierwsi "dzienni" turyści, a po chwili następuje istna inwazja, prawdziwy najazd. Ludzi jest tak wiele, że czasem schodzę im z drogi . Pochyleni z wysiłku nie patrzą dalej niż na dwa metry przed siebie i mam obawy, że zostanę stratowana.

Im bliżej Krowiarek tym większy tłok na szlaku. Na Sokolicy zatrzymujemy się na „filiżankę kawy” z trudem znajdując miejsce na ławeczce, po czym szybko odchodzimy. Teraz pomagam sobie kijkami i pomimo stromizny nie zwalniamy tempa. Kiedy dochodzimy do parkingu, ten jest po brzegi wypełniony samochodami. Ponad to zdeterminowani turyści zaparkowali także na poboczu szosy z obu stron na odcinku prawie kilometra.

Dzień rzeczywiście zapowiada się słonecznie, stąd takie oblężenie. Cieszy mnie to. Babia warta jest uwagi i naszego wysiłku. Następnym razem może zimą się tu wybierzemy? Już wiem! Na urodziny proszę rakiety śnieżne!

Dorota 2011-08-20

Podziel się z innymi swoją opinią...