PTASI WOLONTARIAT

czyli o tym jak wzięliśmy udział w Akcji Bałtyckiej

Jedno z moich pierwszych wspomnień:
mam jakieś cztery a może pięć lat.
Dziadek Stefan spaceruje ze mną nad nad Sołą.
W łęgowym zagajniku rozrabiają ptaki. Raz po raz słychać ich trele.
Dziadek rozpoznaje ptaki i mówi mi jak się nazywają.
Nie pamiętam jego słów.
Pamiętam wyraz jego twarzy.

Czasoprzestrzeń: 19-26 maj 2016 rok, pasmo wydm między Bałtykiem a jez. Bukowo
Naczelnicy: Kasia, Maciek, Michał, Wszędołaz
Załoganci: Joasia, Dorota, Sandra, Alex, Marek, Krystian, Kuba
Potem już zawsze (nie ma w tym ani odrobiny przesady) słyszałam i widziałam ptaki.
Rysowałam je, lepiłam z gliny, wyszywałam, szyłam, dziergałam, dokarmiałam, fotografowałam, nagrywałam... a nawet wyszłam za mąż za ptaka
Aż wreszcie kiedyś, całkiem przypadkiem* przeczytałam w miesięczniku WERANDA COUNTRY o Akcji Bałtyckiej. Byliśmy wtedy w drodze w Bieszczady. Czasopismo kupiłam na jednej z wielu stacji paliw.
Akcja (jeszcze nie Bałtycka) trwała nie więcej niż pięć minut. Trzy minuty zajęło mi przeczytanie artykułu. Następne dwie wypełniło zrelacjonowanie Markowi sprawy, zapytanie co on na to i... zgłoszenie naszego udziału.

Dwa miesiące później zadzwoniłam do Maćka ze słowami:
- No to jesteśmy.
i usłyszałam: - Jadę po was!
Następnego dnia, na pierwszym obchodzie wreszcie spojrzałam w oczy ptaka.
Maleńki Acrocephalus scirpaceus czyli trzcinniczek lub jak kto woli trzcionka znieruchomiał w mojej dłoni. Bał się pewnie tak jak ja ; on mnie, że ja taka wielka a ja jego, że on taki maleńki. Delikatnie wyjmowałam go z sieci uważnie słuchając wskazówek Maćka i własnej intuicji.
Potem zaniosłam go do namiotu ornitologów i wstrzymując oddech patrzyłam jak Maciek go mierzy i waży, a zaraz potem ponownie oddaje go w moje dłonie, abym zwróciła mu wolność. Ale scirpaceus wcale się nie spieszył. Przerażony tkwił nieruchomo na mojej otwartej dłoni.
"Leć Maleńki, leć" - dmuchnęłam w jego skrzydełka i dopiero wtedy zerwał się do lotu. Na lewej nodze miał już obrączkę. Czy ktoś gdzieś kiedyś ją odczyta?
Pytam Maćka po co to wszystko robimy? Maciek z precyzją naukowca i czułością pasjonaty tłumaczy mi ideę przedsięwzięcia.
Dzielimy się z Markiem zadaniami. Oboje punktualnie o 5:00 czyli o 4:00 czasu ptasiego stoimy przed namiotem ornitologów dzierżąc w garści niebieskie i czerwone worki na ptaki. Najbardziej ekscytujące były ranne obchody. Pod koniec maja nie ma co liczyć na rzesze ptaków, więc cieszymy się z każdego złapanego w sieć. Najwięcej jest trzcinniczków. Na drugim miejscu plasują się kapturki, łozówki, potem rudziki, drozdy śpiewaki, sikorki bogatki, muchołówki, dziwonie, pliszki, trznadle, jest zięba, dzięcioł, dzwoniec, strzyżyk i czeczotka, kos, dzierzba gąsiorek i zaganiacz... W okolicy obserwujemy też inne ptaki ale one jakoś nie łapią się w sieci. Wilga i kukułka dawały koncerty przez cały nasz pobyt na akcji. Podobnie było ze słowikami, które budziły się równo z nami. Maciek opowiada o "ptasiej inwazji", jaka miała miejsce w kwietniu. Teraz jest spokojnie. Ale wolontariuszy teraz też jest mniej. Dopołudniowe i wieczorne obchody należą do nas i Krystiana. Kiedy w samo południe Alek z Asią kontrolują sieci ja pichcę obiad albo robimy z Markiem zakupy - ktoś musi Marek robi za ... PIŚMIENNEGO. Podczas gdy on zapisuje kolejne dane dyktowane przez MAĆKA- ORNITOLOGA-BOTANIKA itp. ja gotuję zupę albo fotografuję ptaki wypuszczane na wolność. Te, które mają plamy lęgowe, omija sesja fotograficzna. Na akcji żyjemy rytmem ptaków i według czasu ptasiego ;-)
Noce są trochę przykrótkie bo ostatni obchód ma miejsce o 22.30 a pierwszy zaczyna się punktualnie o godzinie 4:00. Wtedy też jest najwięcej pracy bo raz, że trzeba rozwinąć sieci na ptaki drapieżne czyli tzw. "drapolówki" i dwa, że ptaków wtedy łapie się najwięcej. Właśnie dlatego uczestniczymy we wszystkich pierwszych i ostatnich obchodach. Obchody mały i duży są niemal tej samej długości. Zmierzyłam: 1500 i 1600 metrów. Duży prowadzi cały czas w zagajniku między wydmą a Jeziorem Bukowo, zaś mały obejmuje poza zaroślami również wydmy, po których możemy się poruszać wyłącznie wyznaczonymi trasami, czego każdy z nas przestrzegał bezwzględnie. Z wydmy wspaniale widać i słychać morze. Ptaki są naszym priorytetem i jedynie na krótkie chwile wybieramy się na spacer plażą. Podkreślam: pustą plażą, co ma również swój niepowtarzalny urok.
Jednak na zachód słońca wybieramy się wspólnie. O to walczył Maciek, ja zaś walczyłam o wspólne obiady, co zresztą obojgu nam udawało się ze zmiennym skutkiem Dwa razy, za sprawą Alka, paliliśmy ognisko i obserwowaliśmy przez lunetę księżyce Jowisza. Jednego dnia, kiedy południową porą ptaki nie łapały się w sieci zebraliśmy z Markiem jakiś kilogram różanych płatków i przystąpiliśmy do wstępnego przygotowywania konfitury. Miał w tym również swój udział Alek, który pomógł mi zebrać sporą część płatków. Najbardziej pracochłonne okazało się obrywanie białej nasady płatków, która miała nieprzyjemnie gorzkawy smak. W południe jeździliśmy z Markiem po obozowe zakupy: pierwszy raz do Dąbek a drugi raz do Darłowa, bo w Dąbkach nie ma stacji benzynowej a ta była niezbędna do obsługi quada. Wszędołazem Maciek przywoził do obozu wodę do picia i mycia oraz akumulatory na prąd, bez którego nie moglibyśmy ładować komórek i pozostałych baterii. Na szczęście butle z gazem są już dostępne w Dąbkach więc jej wymiana nie zajęła nam zbyt wiele czasu.
Przyjeżdżając na obóz oboje z Markiem mieliśmy już niemałe doświadczenie z oszczędzaniem wody zatem mycie się w dwóch butelkach wody uznaliśmy za sytuację komfortową - w końcu była to bieżąca woda. Dla osób jeszcze nie doświadczonych mała podpowiedź: w nakrętkach trzeba zrobić małe dziurki i wtedy mamy prawdziwy prysznic a ponadto woda tryska wtedy delikatnie i dokładnie spłukuje namydlone ciało. Do umycia długich włosów również wystarczy w tym systemie 3 litry wody czyli zawartość dwóch plastikowych butelek, a ponadto nie potrzebne są żadne miski, na umycie których również zużywa się sporo wody.
Kulinarnym majstersztykiem były zupy - najbardziej kreatywne danie. Dziełem moich rąk były w całości tylko dwie: żurek z jajkiem, kiełbaską i ziemniakami oraz pomidorowa z ryżem. Trzecią zupę popełnili już wszyscy i to był największy hicior! bo zawierała wkładkę mięsną w postaci drobiowych nóżek i całą furę świeżych warzyw. Zupy mają wiele zalet ale w obozowych warunkach szczególnie istotne są dwie z nich: są jednogarnkowe i można je spożywać również następnego dnia pod warunkiem jednak, że garnek był naprawdę ogromny.
Pod koniec naszego pobytu na Akcji przyjechała jeszcze Kasia i Michał - obrączkarze. Kasia odciążyła Maćka i dzięki niej wreszcie mógł się wyspać do 9:00
Kiedy piszę ten tekst jest czwarta rano. Przez otwarte okno słyszę ptasi koncert. Prym wiodą w nim słowiki i trznadle oraz wilga i dziwonia i jeszcze kogut sąsiada. Czy któregoś z tych ptaków trzymałam w dłoni? Jakże niezwykłymi istotami są ptaki.
Aby istniało życie na ziemi potrzebne są owady. Bez nich nie byłoby wielu owoców i warzyw zatem wiele zwierząt i ludzi nie miałoby pożywienia aby przetrwać. Ptaki żywiąc się owadami regulują ich liczbę, bo nadmiar owadów byłyby tyleż dokuczliwy co niebezpieczny. Jakże ważna jest zatem równowaga i różnorodność w przyrodzie. Na codzień w ogóle o tym nie myślimy a o takich jak wolontariusze AB zdarza się słyszeć że "dziwaki". Ziarnko prawdy w tym jest

p

Podczas Akcji Bałtyckiej w skrócie nazywanej AB spaliśmy w turystycznych namiotach rozbitych tuż za wydmą, jakieś 30 metrów od morza i tyleż samo od jeziora. Komary owszem były ale nie naprzykrzały się zbytnio (może dlatego, że spryskiwałam ubrania tzw. Odstraszaczami). Roje ochotek krążyły nad naszymi głowami każdego wieczoru- prawdziwy ptasi raj. Nikt się więc nie dziwi gdy któregoś razu w sieciach znaleźliśmy ptaka zaobrączkowanego przez Belgów. Wtedy zrozumiałam dlaczego Maćka najbardziej cieszą zaobrączkowane już ptaki. Wtedy nawet poprosił o zdjęcie z owym przybyszem.
Wszyscy mieliśmy nadzieję spotkać kapturkę z geolokatorem ale na marzeniach się skończyło. Ja chciałam jeszcze trzymać w dłoni podróżniczka, kraskę, żołnę, zimorodka i dokładnie je sobie obejrzeć, zaś Kasia czekała na kukułkę. Kukułka buszowała w okolicy i zapewne złożyło nie jedno jajo w cudzym gnieździe, może nawet maleńkiej łozówki? W sieci jednak nie wpadła.
W przedostatni dzień naszego pobytu dołączyli do nas Sandra i Jakub.
Maciek oprowadził ich po krótkim obchodzie, a mnie przydzielił zapozanie ich z obchodem długim. Ponieważ nie było żadnego ptaszka do uwolnienia z sieci opowiadaliśmy sobie po drodze różne z życia wzięte historie o ptakach. Wtedy od Kuby dowiedziałm się, że jeśli zdarzy się, że jakiś innym ptak rozpozna jej jajo w gnieździe i je wyrzuci to rzeczona kukułka potrafi zniszczyć gniazdo wraz ze znajdującymi się w nim jajami. Czyżby zatem jednak interesowała się losami swojego potomstwa i była tak przebiegła? Nie darzę kukułki sympatią.
Ptasich opowieści było wiele, Maciek chętnie dzielił się swoją wiedzą w tym zakresie, Kasia była z nami krócej ale to od niej właśnie dostaliśmy fantastyczną broszurkę pt: "Pomorze Gdańskie Ptasią Autostradą". Kupiliśmy sobie porcelanowe filiżanki aby pijąc kawę wspominać cudowne chwile spędzone na obozie.
Na Akcji Bałtyckiej spędziliśmy z Markiem fantastyczny czas, w urokliwym i ciekawym przyrodniczo terenie wśród ciekawych i mądrych ludzi. Kasia zainspirowała mnie do ćwiczeń uważnego patrzenia i zainteresowała białym śpiewem. Asia zachęciła do udziału w innych akcjach np. w Siemianówce czy Puszczy Knyszyńskiej. Michał opowiedział o zwyczajach kosa rzucającego flarę czarnego puchu. Nauczyłam się rozpoznawać ptaki po ich śpiewie. Maciek zaskakiwał nas codziennie i nie sposób było się przy nim nudzić. Lubiłam z nim śpiewać piosenkę pt.: "Nad naszą wsią przeleciał meteoryt"**. Krystian wyprał brudne worki na ptaki choć nikt mu nie kazał co sprawiło, że wpadłam na pomysł aby uszyć ich więcej. Przydadzą się podczas wiosennych nalotów. Dzięki temu nie będzie trzeba wkładać do wspólnego worka po kilka sztuk. Alek zbierał suche drewno, palił ogniska i pokazywał nam niebo. Marek ponownie zachwycił mnie swoją pracowitością i skromnością - jakbym nie była już w nim zakochana to zakochałabym się na nowo
Te same co tam ptaki mieszkają również w naszej okolicy, widuję je w naszym ogrodzie i sąsiadujących z nim łąkami czy pobliskim zagajniku i lesie. Kiedy budzę się o poranku słyszę ich śpiew a teraz potrafię jeszcze odgadnąć kto jest ich wykonawcą. Z daleka wszystkie wygladają podobnie - jak małe szare kuleczki. Tymczasem mają różne upierzenie i nie tylko jeśli chodzi ich kolor ale o samo ułożenie piór. Mają wręcz niezwykłe fryzury.
U każdego gatunku pióra układają się inaczej.
Mają również różne temperamenty.
Najbardziej pokorne były pliszki.
Największą walecznością odznaczały się gąsiorki i sikorki.
Sikorki są też wielkimi łakomczuchami. Kiedy wyjmowałam jedną z nich sieci na mojej dłoni usiadł komar. Sikorka natychmiast go dziobnęła i zjadła.

Na koniec robię sobie rachunek ornitologiczny. Ile teraz potrafię rozpoznać ptaków?

galerie zdjęć:
Chcecie wiedzieć po co to wszystko?
To poczytajcie tutaj o najruchliwszej polskiej autostradzie!

* PRZYPADKI NIE ISTNIEJĄ bo NIC NIE DZIEJE SIĘ BEZ PRZYCZYNY

**
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
Nad naszą wsią przeleciał, no i zgasnął
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
A jużem, panie, miał zasnąć

Opadły na podłogę sztuczne szczęki
A sołtys sztandar wyjął ze stodoły
Komendantowi spadły wszystkie belki
Nie poszły dzieci do szkoły

Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
Nad naszą wsią przeleciał, no i zgasnął
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
A jużem, panie, miał zasnąć

Kierownik sklepu schował się w kościele
Sekretarz nawet zaczął się spowiadać
Ale pomogło, panie, to niewiele
Nie było już o czym gadać

Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
Nad naszą wsią przeleciał, no i zgasnął
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
A jużem, panie, miał zasnąć

Kombajny wszystkie zaraz w pole wyszły
Wodą z konewek ugór miały zraszać
Lecz chęci nasze bardzo szybko prysły
Zapomnieliśmy zasiać

Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
Nad naszą wsią przeleciał, no i zgasnął
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
A jużem, panie, miał zasnąć

Przewodniczący naszej gminnej rady
Do wojewody słał błagalne listy
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
I było, panie, po wszystkim

Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
To się nie mieści panie w prostych słowach
Nad naszą wsią przeleciał meteoryt
Czy kontrola kompleksowa?

*** ciekawostki o polskich ptakach

Podziel się z innymi swoją opinią...


  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter