Relacje z podróży

perforacja

perforacja


VI    Rekreacyjny Rajd Rowerowy
KRAKÓW - TRZEBINIA




       Choć jazda na rowerze sprawia mi wielką przyjemność i często siadam na twardym siodełku mojego dwukołowego wehikułu, to nigdy dotąd nie brałem udziału w żadnej masowej rowerowej imprezie. Na udział w VI Rekreacyjnym Rajdzie Rowerowym z Krakowa do Trzebini namówiła mnie Teresa. I chwała Jej za to! Ostatni weekend kwietnia kiedy tradycyjnie od sześciu już lat odbywają się te rajdy wypadł w tym roku 25 kwietnia.


       Jest piękny, słoneczny, kwietniowy poranek. Przyjeżdżam na krakowskie Błonia ponad godzinę przed startem, staję w niewielkiej jeszcze kolejce do rejestracji uczestników, i otrzymuję numer startowy "47". Z każdą chwilą przybywa chętnych i kolejka szybko się wydłuża. Korzystając z wolnego czasu przyglądam się uczestnikom rajdu: wiekszość stanowią mężczyźni w szerokim zakresie wieku, choć jest też trochę młodych dziewcząt. Najmłodsi wybierają się na rajd z pomocą swoich mam i ojcow. Wielu uczestników jest profesjonalnie sportowo ubranych i dosiada pięknych, nowoczesnych bicykli. Rajd ten w swoim założeniu ma być imprezą rekreacyjną, więc nie chodzi tu bynajmniej o ściganie się, lecz o wspólny aktywny wypoczynek i propagowanie turystyki rowerowej jako atrakcyjnej i zdrowej formy spędzania wolnego czasu.


       W Aleję 3-go Maja wjeżdżają duże ciężarowe samochody i autobusy, które przywiozły z Trzebini kolejnych uczestników i ich rowery. Robi się gęsto i ciasno a do startu jeszcze prawie pół godziny. Czyżby miały być tłumy większe niż w ubiegłym roku? To moje pierwsze uczestnictwo w tym rajdzie, ale z opowieści wiem, że rok temu było około 400 uczestników. Jednym z autobusów przyjeżdża Teresa - zatem będę miał towarzystwo. Po chwili poznaję również jej meża, Bartka, który wraz z kilkoma kolegami zdążył już dojechać z Trzebini na rowerze.


       Na wspólnej rozmowie szybko upływają nam ostatnie minuty i kwadrans po jedenastej rozpoczynamy kołowanie. Tak, kołowanie bo trudno to nazwać jazdą! Jeśli miałoby być tak dalej, to ja jestem zdecydowany zrezygnować i w Kryspinowie porzucić ustaloną trasę, by jechać swoimi drogami. Tłok jest tak wielki, że stoimy na jednym pedale, odpychamy się niczym na hulajnodze :-) Tym sposobem "przepchaliśmy się" przez ulice: Mydlnicką, Zarudawie i Na Błonie; dopiero kiedy wyjechaliśmy na Zarzecze można było siąść jak człowiek na siodełko. Przejazd ulicami Krakowa nie należy do szczególnych przyjemności, raz ze względu na ruch samochodowy, a dwa przez dziurawy lub nierówno połatany asfalt, który szczególnie daje się we znaki cyklistom posiadającym rowery bez amortyzacji. Jakoś udało się przejechać te kilka ruchliwych ulic, i kiedy minęliśmy Chełm, droga skręciła między domami na polny trakt. Ulga była tylko chwilowa, bo szybko okazało się, że koleiny polnej drogi wypełnione są wszelakiej maści gruzem. Nic dziwnego, że jedna z uczestniczek już na wstępie złapała gumę.


       Minęliśmy Zakamycze i kładką nad autostradą pomknęliśmy w stronę Kryspinowa. Tu już był pełen luz, bo peleton rozciągnął się na kilka kilometrów dając jadącym swobodę i możliwość lekkiej dekoncentracji. Zostawiamy za sobą kryspinowskie stawy i przez Cholerzyn jedziemy w stronę Alwerni. Dopiero w Mnikowie obok kapliczki skręcamy w prawo w stronę Doliny Mnikowskiej. Trasa rajdu nie prowadzi dnem doliny, gdyż jest ona zbyt wąska dla tak wielkiej grupy uczestników, ale i tak część naszego peletonu zbacza w jej stronę. My jedziemy dalej asfaltem w stronę Baczyna. Tu napotykamy na dwa podjazdy, które niektórym uczestnikom sprawiają trochę problemów. Po drodze na sygnale wyprzedza nas karetka Słuzby Maltańskiej która zabezpiecza nasz rajd - to znak że gdzieś na czole peletonu wydarzylo się coś złego.


       Około godziny trzynastej przejeżdżamy pod autostradą i wjeżdżamy w zieloną otchlań Puszczy Dulowskiej. Sądząc z mapy jesteśmy dopiero w połowie trasy, ale na pustych i prostych, a co najważniejsze: zacienionych i chłodnych puszczańskich traktach zapewne uda się nam nadrobić stracony czas. Puszczę przecina kilka asfaltowych dróg po których przejeżdżają samochody ale organizatorzy zadbali o zabezpieczenie ruchu w tych newralgicznych punktach. Stoją tam policjanci i strażacy, którzy zapewniają nam rowerzystom pierwszeństwo przejazdu. Przejeżdżamy w niedużej odległości od Zamku Tęczyn w Rudnie, lecz nie ma czasu na wykonanie nawet jednego zdjęcia. Czas nagli - pewnie niektórzy już dojeżdżają do mety! Kwadrans później przejeżdżamy w pobliżu kopuł RMFu i rozpoczyna się przedostatnia prosta. Ten pięciokilometrowy, idealnie prosty odcinek jest znakomitym miejscem na wyścig!


       W połowie tej prostej, w okolicach Ośrodka Łowieckiego robimy krótki odpoczynek na regenerację sił. Batonik i jabłko uzupełniają zapas energii potrzebnej do pokonania ostatniego już fragmentu trasy. Jeszcze jeden ostry, piaszczysty zakręt i wyjeżdżamy z Puszczy: przed nami Młoszowa. Jest parę minut przed czternastą kiedy przekraczamy bramę Zespołu Pałacowo-Parkowego w Młoszowej. Setki ludzi i rowerów wypełniają każdy skrawek parku. Szybko rejestrujemy swoje przybycie na metę i oddajemy numery startowe - wezmą one udział w losowaniu nagród. A nagród jest sporo: 6 rowerów, kino domowe, śpiwory, aparaty fotograficzne, plecaki i... parasole! Ciekawe po co rowerzyście parasol? No cóż? Z drugiej strony: darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda.


       W oczekiwaniu na przybycie wszystkich uczestników i losowanie nagród ustawiamy się długiej kolejce, na końcu której panie z Koła Gospodyń w Młoszowej częstują wszystkich grochówką. Niestety okazuje się, że ilość uczestników przerosła oczekiwania organizatorów i grochówka kończy się przedwcześnie. Ci którzy nie dopchali się po swoją porcję fasolowej przyjemności, otrzymują grzane kiełbaski. O 14.30 zostają zamknięte listy i komisja udaje się na losowanie nagród. Na metę dojechała rekordowa liczba uczestników: 795 osób!!! Najmłodszy uczestnik rajdu miał 7 lat a najstarszy o 70 więcej. Jak to zwykle do tej pory bywało, szczęśliwy traf omija mnie o dwa numery: jeden z rowerów wędruje do uczestnika o numerze startowym 45! Trudno, może za rok będzie lepiej. Bo już teraz wiem, że za rok też pojadę!


       Niestety nikt z naszej grupy nic nie wygrywa, więc kiedy losowanie dobiega końca, żegnam sie z przyjaciółmi i ruszam w powrotną drogę do Krakowa. Gdybym zechciał to mógłbym zabrać się z powrotem do Krakowa autobusem, bo organizatorzy oferują krakowianom i ich rowerom darmowy transport do krakowskich Błoń. Aby móc wracać w ten sposób, to trzeba się zdeklarować w momencie rejestracji. Wcale nie żałuję, że nie zgłosiłem chęci powrotu transportem zorganizowanym, bo pogoda jest wspaniała, a sił mam jeszcze spory zapas, więc bez problemu powinienem o własnych siłach dotrzeć do domu. Choć asfaltowa droga przez Krzeszowice i Zabierzów jest znacznie krótsza, to wolę jednak spokojny leśny trakt i ruszam po własnych śladach przez Puszczę Dulowską. Przedemną pięćdziesiąt kilometrów drogi powrotnej do domu. Niestety w okolicach Nawojowej Góry, na 85 kilometrze dopada mnie pech: pęka linka od tylnej przerzutki. Dalsza jazda jest możliwa ale bardzo wyczerpująca, więc po kilku kilometrach poddaję się i zjeżdżam do Nawojowej. Tam u przyjaciół bezskutecznie próbujemy naprawić mój rower. Bez nowej linki ani rusz - nie ma wyjścia: muszę wrócić koleją. Kiedy docieram do Krakowa jest już prawie 22. Zmęczony i nie do końca zadowolony - wszak nie udało się wrócić o własnych siłach. Jedno jest pewne - rower musi przejść gruntowny remont przed następną większą trasą.










Marek Sikora      2009-04-25

Podziel się z innymi swoją opinią...