Czwarty Dreptak Ojcowski

Niepisaną tradycją stało się już, że corocznie odbywam pieszą "pielgrzymkę" do najbliższego mi terytorialnie Ojcowskiego Parku Narodowego. Czas nie ma tu znaczenia - ważne jest by dojść tam o własnych siłach. Spacery te odbywam o różnych porach roku i zawsze tą samą trasą by znajdować i oceniać zmiany w krajobrazie, których jest ich niestety sporo i to głównie negatywnych. Powstają nowe domy a wraz z nimi nowe drogi, druty, słupy a w zamian giną drzewa, wyrównuje się pagórki i zasypuje wąwozy i jary. To jeszcze nic złego bo zmiany te dotyczą głównie wsi gdzie jest to w miarę naturalne i uzasadnione, lecz problem znacznie większy występuje poza skupiskami ludzkimi, na obrzeżach miejscowości. Tam bowiem "ląduje" większośc odpadów budowlano-remontowych: gruz, szkło, puszki po lakierach, plastikowe pojemniki po klejach i farbach... Budowlańcy pozbywają się tego problemu w najprostszy i najgorszy z możliwych sposób: wyrzucając te śmieci do przydrożnych rowów, potoków i na skraju lasów. To smutne!

Potem nadchodzi drugi, jeszcze gorszy bo długofalowy etap. Domy zasiedlane są głównie przez mieszczuchów którzy przez lata przyzwyczajeni byli do tego, że śmieci wywozi spółdzielnia mieszkaniowa i to w każdej ilości. W miejskich aglomeracjach mało kto dba o to by produkować mniej śmieci a jeszcze rzadziej je segreguje. Potem gdy przychodzi mieszkać w swoim własnym domku za miastem okazuje się, że śmieci kosztują i to sporo. Im większy kubeł tym trzeba zapłacić więcej. Jaki jest zatem sposób by zminimalizować koszty? Oczywiście - śmieci do lasu. Przecież las nie mój! Pół biedy jak jest to trawa z kosiarki czy popioł z kominka ale niestety coraz częściej widzi się leżące w przydrożnych rowach plastikowe kilkudziesięciolitrowe worki pełne śmieci. Nie przynosi ich tu wiatr ani nie zostawiają krasnoludki lecz wyrzucają je z samochodów "kulturalni" panowie w białych kołnierzykach jadący rankiem do pracy. To przerażające!

Ludzie to jedna strona medalu a z drugiej mamy lokalne władze które też niewiele robią by to zmienić. Jakże często na wiejskich przystankach, w pobliżu szkół czy sklepów gdzie przewija się dużo ludzi, brak jest podstawowej rzeczy czyli kosza na śmieci. Nie łudźmy się, że ktoś kto zje loda czy batonika to schowa kubek do kieszeni by go wyrzucić w swoim domu. Nie mówiąc już o niedopałkach papierosów na przystankach. W mojej gminie (Zielonki) jest nieco lepiej bo kosze są, ale co z tego skoro rzadko kiedy są opróżniane. W gminie Korzkiew zauważyłem (po raz pierwszy zresztą) kilka małych i małoczytelnych tabliczek z prośbą o nieśmiecenie. To już coś, ale wciąż za mało!

Wędrówkę moją rozpocząłem dość późnawo bo dopiero o 9.30 w miejscowości Bibice i udałem się polną drogą obok Hotelu Twierdza w stronę Woli Zachariaszowskiej. Późny start był podyktowany zaklinaniem pogody - niestety bezskutecznym - od wczesnych godzin porannych padał drobny śnieg. Pogody nie udało się odczarować więc ruszyłem w śnieżycy. Już na samym początku wędrówki dostąpiłem nie lada zaszczytu: bliskiej obserwacji stadka pasących się saren. Po dwóch kilometrach spotkał mnie pech który przez cały dzień nie chciał się ode mnie odczepić (przynajmniej nie szedłem sam). Pech jak to pech - dopadł mnie w najmniej spodziewanym momencie uszkadzając mi kijek trekkigowy który mimo nader młodego wieku (1,5 miesiąca od daty zakupu) odmówił posłuszeństwa. Dopóki szedłem polną drogą to dawałem sobie bez kijków radę ale kiedy w Owczarach wkroczyłem na zalodziałą wiejską asfaltówkę, zaczął się już poważny problem, zwłaszcza przy poruszaniu się w dół. W tym miejscu dał o sobie znać mój towarzysz wedrówki - pech. Kilkakrotnie próbował przyciągnąć mnie do ziemi; opierałem się jak tylko umiałem ale w końcu zwyciężył: spotkanie z zamarzniętą glebą nie było przyjemne :-(

Śnieżyca trochę odpuściła więc przez Owczary przeszedłem w miarę szybko i grubo przed południem stanąłem w Brzozówce. Tu czekał mnie najtrudniejszy fragment trasy: około 500 metrów ruchliwą i słabo odśnieżoną drogą Kraków-Skała. Na szczęście tego dnia ruch kołowy był znikomy i szybko przedostałem się na wąziutką asfaltową dróżkę gwałtownie opadającą w dół w stronę Korzkwi. Tu znowu zaczęła się droga przez mękę i walka z moim towarzyszem który próbował umilić mi czas. Częste machanie rękami w rozpaczliwym łapaniu równowagi tak mnie rozgrzało, że kiedy doszedłem do prostego odcinka musiałem rozpiąć kurtkę. Tymczasem znów zaczęło padać a na dodatek mocno wiać.

Droga doprowadziła mnie do korzkiewskiego zamku. Obecnym właścicielem Zamku są Donimirscy - to oni odbudowali ruiny które jeszcze kilkanaście lat temu straszyły turystów. Zamek jest częściowo udostępniony do zwiedzania. W Zamku urządzone są apartamenty hotelowe, które można wynajmować i wtedy są one wyłączone ze zwiedzania. W przypadku kiedy sale nie są wynajęte na bankiety lub przyjęcia - zwiedzanie jest możliwe w miesiącach od maja do października. Całorocznie można zwiedzać część hotelową ale również z powyższym zastrzeżeniem. Miałem mało czasu więc nie próbowałem zwiedzać nawet dziedzińca lecz zrobiłem kilka zdjęć z zewnątrz i zaprzyjaźniłem się z opiekunką zamkowego wzgórza: czarno-białą sympatyczną kociczką. Chętnie zapozowała do zdjęć a potem wskoczyła mi na kolana i głośnym mruczeniem zapraszała do powtórnych odwiedzin tego miejsca.

Ruszam dalej w stronę Prądnika Korzkiewskiego. Dawno już minęło południe a śnieżyca przybierała na sile. Na plecaku utworzyła się gruba lodowa pokrywa, którą musiałem rozkuwać przy pomocy niezawodnego scyzoryka by móc odsunąć zamek i dostać się do termosa z herbatą. Po drodze mijam stadninę koni "BOTOJA" i po przejściu urokliwej grabowej alei skręcam w prawo w stronę OPNu. Dookoła cisza jak makiem zasiał, nie jeżdżą samochody, nie ma nawet spacerujących ludzi. Zdaje mi się że słyszę spadające na kurtkę płatki śniegu. Jest cudownie i błogo. Nawet pech przysnął gdzieś w głębi plecaka i już nie dokazuje. Trwaj chwilo.

Z zadumy budzi mnie szczekanie psa - to pierwsi spotkani dziś ludzie w parku prowadzą na smyczy dużego bernardyna. Zwierzę jest przyjazne i nie zamierza robić mi krzywdy a szczekanie było tylko powitaniem. Idąc wspólnie zamieniamy kilka słów a potem ja skręcam w prawo w stronę kaplicy księży Zmartwychwstanców pod Łaskawcem. Odkrywam tu drewnianą kapliczkę tak dobrze wkomponowaną w roślinność, że wcześniej nigdy jej nie zauważyłem, chociaż przechodziłem tędy już kilkanaście razy. W zimowej szacie nie sposób jej nie zauważyć.

Padający mokry śnieg zamarza mi na kurtce i czapce; idąc wzdłuż meandrów Prądnika od czasu do czasu wyjmuję aparat i próbuję w tej śnieżycy wyczarować jakieś interesujące zdjęcie. Marnie mi to idzie i dopiero w Korytani kiedy śnieg rzednie na zdjęciach zaczyna być coś widoczne. Potem dochodzę do Bramy Krakowskiej która w zimowej szacie wygląda majestatycznie i groźnie. Zniknęły też podpierające ją drewniane kije - to znak że może się nieoczekiwanie zatrzasnąć a wtedy... Pośpiesznie znajduję jakiś patyk i podpieram prawe skrzydło. Niebezpieczeństwo zażegnane. Tęsknie spoglądam też w stronę Rękawicy - mimo późnej pory wszedłbym tam i dziś, ale szlak jest mocno oblodzony i troche się boję. Może gdybym wziął ze sobą raki to mógłbym spróbować się tam wdrapać. Być w Ojcowie i nie wejść na Rękawicę, to jakby będąc w Rzymie nie odwiedzić Watykanu! Rękawica kusi ale rozsądek zwycięża! Pech co prawda chwilowo śpi, ale kto go tam wie, czy tylko nie udaje?

Tutaj też spotykam kolejnych spacerowiczów - tego dnia spotkałem tylko kilkanaście osób co jest moim absolutnym rekordem w OPNie (w minimalistycznym znaczeniu). W okolicach wejścia do Jaskini Ciemnej nad potokiem dostrzegam miejsce na które nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi: ostro skręcający nurt Prądnika stworzył coś na kształt namorzynów. Po prawej stronie między Panieńskimi a Kawalerskimi Skałami obok Igły Deotymy stoi piękna willa "Pod Koroną". Droga od Bramy Krakowskiej w kierunku Ojcowa jest dobrze utrzymana i odśnieżona ale na szczęście nie posypana żadnym solnym świństwem. Wybieram zatem tę asfaltową a piękną widokowo drogę gdyż w nogach czuję narastające zmęczenie. Marzę o tym by gdzieś przysiąść i napić się gorącej kawy, ale niestety wszystko zamknięte na głucho. Nawet na parkingu w Ojcowie stoją tylko trzy samochody. Z racji późnawej już godziny rezygnuję z wejścia na Zamek - spoglądam tylko na niego z dołu i udaję się w stronę wsi Ojców.

Po drodze mijam Kaplicę Na Wodzie i chwilę później jestem już w centrum Ojcowa. Tu ze zdziwieniem stwierdzam, że moja ulubiona w Ojcowie niebieska chałupa ma numer 1, czyli prawdopodobnie jest najstarszym budynkiem we wsi. Dawniej gdy nie było jeszcze ulic, numery domów nadawanio we wsiach w kolejności ich powstawania. Podziwiałem tę chałupę ilekroć tutaj byłem ale dopiero teraz odkryłem jej "tajemnicę". Zresztą za każdym razem kiedy tu jestem odkrywam coś nowego. Mijam Łamańce i Pochylce a potem skręcam w prawo na drogę wiodącą do Skały. Ostatnie dwa kilometry marszu dłużą mi się okrutnie; zmęczenie daje o sobie znać.

Kiedy docieram do skalskiego Rynku własnie zapalają się lampy. Obok figurki św.Floriana czeka już bus. Wsiadam do niego i po kilkunastu minutach ruszamy w kierunku Krakowa. Wtedy słyszę z głębi plecaka jakiś chichot. Ach, to pan Pech!
-Czemu chichoczesz durny? - pytam uchylając klapę plecaka
-No to sprawdź sobie gdzie masz rękawice - słyszę w odpowiedzi
Sprawdzam posłusznie i rzeczywiscie nie ma ich nigdzie. Patrzę na niego i mówię:
-A to cholerny pech!
-Tylko nie "cholerny" - oburza się peszysko - następnym razem nic ci nie powiem!
-Wcale się nie musisz odzywać - rzucam i obrażony siedzę w ciszy aż do Zielonek gdzie pod Urzedem Gminy opuszczam pojazd i kieruję się w stronę domu. Przede mną jeszcze trzy kilometry spaceru dość ruchliwą, asfaltową drogą a potem wymarzona kolacja i kąpiel. Po przyjściu do domu czym prędzej łapię Pecha za kołnierz i wyrzucam precz za drzwi - niech marznie niecnota!

Marek 2009-02-14

Podziel się z innymi swoją opinią...