czyli o tym dlaczego nie chcę pojechać na Maltę
(2019 rok)

Zajmowały pierwsze miejsce na liście ptaków, które chciałam sfotografować. Zachwycały mnie nie tylko niezwykle barwnym upierzeniem, ale także stylem życia. Żołny są rodzinne i towarzyskie a także monogamiczne. Czytałam w przeróżnych miejscach o ich zwyczajach, gdzie występują u nas i na świecie. Najsmutniejszą dla mnie informacją było to, że Maltańczycy mają taki narodowy sport: strzelanie do ptaków podczas przelotów. Na szczęście międzynarodowe organizacje robią wszystko co w ich mocy aby zapobiec temu procederowi. Mimo to w tak bezsensowny i niezrozumiały sposób wciąż giną miliony ptaków. Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski (Instytut Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu) obliczył, że co roku nad Maltą ginie do 3 milionów ptaków.

Jest to jedyny kraj w Unii Europejskiej, który zezwala na strzelanie do ptaków w czasie migracji wiosennych.*

Z tego powodu nie zamierzam wybierać się do tego kraju w podróż.

Na skutek ocieplania się klimatu coraz częściej żołny lęgną się u nas i z roku na rok ich przybywa. Najliczniejsze są w województwie świetokrzyskim, bo tam mają idealne wręcz warunki bytowe. Marek znając ich upodobania przeszukał googlemaps i bez trudu znalazł najbardziej prawdopodobne miejsce, w którym możemy je spotkać. Kilkanaście godzin później w lejącym się z nieba żarze zmierzaliśmy pomiędzy jeżynami i pokrzywami do wypatrzonej polany na skraju urwiska. Ich nawoływanie usłyszeliśmy natychmiast po wyjściu z auta, a chwilę później zobaczyliśmy je szybujące na tle lazurowego nieba. Była pierwsza połowa sierpnia, więc dopiero co wyprowadziły z gniazda pierwsze podloty, a ostatnie starały się najróżniejszymi zabiegami wywabić. Najczęściej czyniły to tak, że podlatywały do wylotu norki z dorodnym owadem w dziobie, pokazywały go niesfornemu potomkowi i odlatywały na upatrzone miejsce w pobliżu norki licząc na to, że głód nakłoni wreszcie młodą żołnę do opuszczenia bezpiecznej, ale ciemnej czeluści gniazda.

Żołny, podobnie jak zimorodki nad wodą, przesiadują na suchej gałęzi nad urwiskiem i wtedy wyglądają jak klejnoty naszej awifauny. Byłam nimi urzeczona tak bardzo, że schowana w gęstym krzaku bez słowa marudzenia znosiłam skwar, mrówki, kolce jeżyn, byle tylko móc do woli je obserwować i... fotografować. Roztropnie ubraliśmy się w beże i szarości aby wtopić się w wypłowiałe trawy, ale niestety najlepsza naturalna kryjówka była zbyt blisko co stanowiło dla naszego długoogniskowego obiektywu równie naturalną przeszkodę i przyszło nam ukrywać się pośród soczyście zielononego listowia derenii i głogów więc musieliśmy czatować na nie w kucki. O ile chemiczne spryskiwacze skutecznie powstrzymały atak komarów, o tyle mrówek nie zniechęcały przed gryzieniem nas we wszystie części ciała - odkryte i zakryte... Muszę pamiętać aby nosić w plecaku również jakiś skuteczny specyfik odstraszający mrówki. Czekając na przylot żołn wyobrażam sobie jak natrę się cała sokiem ze skórki ogórka (zawiera gorzkie kukurbitacyny, których mrówki nie znoszą) a dla pewności spryskam okolicę sokiem z cytryny... posypię maką kukurydzianą i sodą...
Kiedy żołny się pojawiają przestaję zauważać mrówki a te jedzą mnie bez przeszkód :-( ...

Pomimo tych wszystkich niedogodności nasze pierwsze spotkanie z żołnami zaowocowało kilkoma setkami zdjęć a mimo to postanowiliśmy wkrótce tam wrócić.
Czas naglił, bo ptaki te wylatują do ciepłych krajów bywa że już pod koniec sierpnia. Przylatują do Polski dość późno i pewnie dlatego wydają tylko jeden lęg w roku. Zaraz po przylocie kojarzą się pary i po około tygodniowym okresie narzeczeństwa przystępują do budowy norki. Żołny to jedne z trzech gatunków występujących w naszym kraju , których gniazdem jest norka wyżłobiona w ziemi. Wiedzie do niej długi na około 70 cm, a bywa że i 200 cm, korytarz. Norka niczym nie jest wyścielona więc luksusów tam nie ma. Tunel żłobią obydwa ptaki a w trakcie tej czynności dziób skraca się im o kilka milimetrów. Z czasem utracone milimetry odrastają.

Prawie zawsze żołny budują więcej niż jeden tunel. Często powodem jest przeszkoda w postaci kamienia lub korzenia, której nie są w stanie sforsować. Po zakończeniu prac budowlanych samica składa kilka białych jaj, które w ciągu dnia wysiaduje na zmianę z partnerem zaś nocą sama, przez około 24 dni. Pisklęta pozostają w norce około 30 dni. Żołny często gniazdują koloniami, a w wykarmianiu potomstwa pomagają im synowie z poprzedniego roku. Żołny to ptaki terenów otwartch łąk z bliskim sąsiedztwem wody. Ich pokarm stanowią ważki, pszczoły i osy, trzmiele i inne duże owady. Po złapaniu owada uderzają nim energicznie o gałąź aby usunąć żądło wraz z jadem i dopiero potem zanoszą pisklętom lub zjadają je same. Pożywienie zdobywają w locie i zachwycają wówczas kolorami połyskującymi w słońcu. Są dużo większe od jaskółek a ponadto mają zdecydowanie inny styl latania. Bardzo często występują w ich sąsiedztwie brzegówki, które chętnie korzystają z zeszłorocznych gniazd żołn, bo te co roku kopią nowe norki. Latające żółny są bardzo widowiskowe i przyjemne dla obserwatora.

Najprzyjemnej jest obserwować żołny kiedy siedzą na uschniętej gałęzi, z której wypatrują zdobyczy. Zwykle siadają parami a podloty nawet po kilka. Żołny lubią też przesiadywać na linkach elektrycznych ale wtedy wcale nie prezentują się malowniczo. Wielkością przewyższają szpaki, w towarzystwie których przesiadują na rzeczonych "drutach".
My widzieliśmy je na jednej gałązce z wilgą i doprawdy było to niesamowite, że wcale nie łatwo było je wypatrzeć z daleka, choć oba ptaki są obłędnie kolorowe. Młode podloty róźnią się od rodziców mniej intensywnym upierzeniem i jaśniejszymi plamkami na piersi.

Niszczymy ten świat na wiele sposobów i coraz skuteczniej przyczyniamy się do jego zagłady.
Czy moje wnuki bedę miały jeszcze sposobność doświadczania piękna przyrody?
Co ja robię aby ten świat trwał?
Co Ty robisz?

Cztery dni później, 15 sierpnia, ponownie odwiedziliśmy nasze żołny. Tym razem taszczymy ze sobą statyw i stołeczki turystyczne. Maskujące ubranie ubranie Marek założył na siebie już przy aucie więc napotkany po drodze grzybiarz przygląda się nam uważnie.
- Dużo grzybów? - zagaduję go.
- Pierwszy raz dzisiaj jestem to jeszcze nie wiem - odpowiada. Zerkam do jego wiaderka i widzę kilka dorodnych kozaków.
- U nas dużo borowików nazbieraliśmy... niedawno - chwalę się.
- Pani, tu lasów nie ma - widać, że naprawdę go to smuci.
- U nas lasów dużo za to u was są żołny.
- Wczoraj to było głośno - peroruje rezolutnie - gromadziły się, to pewnie odleciały.
- Tu ma pan ładnego - zmieniam temat i wskazuje mu na kozaka, którego przeoczył.
- Tego zostawię sobie na jutro, niech jeszcze urośnie.
Żegnamy się prędko bo nasze drogi rozchodzą się, my idziemy na wzniesienie a on trawersem.
- Może nie odleciały - pocieszam siebie i Marka kiedy stojąc na szczycie skarpy ani ich nie słyszymy, ani nie widzimy.
Zamiast nich w najbliższej okolicy lata mnóstwo drapoli.

Obserwuję walkę myszołowa z jastrzębiem. Po szybkiej demonstracji pazurów ptaki oddalają się w przeciwne strony. Myszołów krąży nad urwiskiem i niebawem dopada mysz na samym skraju skarpy. Kiedy oddala się nad kolejne wzgórze, nadlatuje krogulec. Poza nimi przestrzeń powietrzną przecinają jedynie gołębie. I kiedy tracę nadzieję na pojawienie się żołn, zauważam 4 osobniki jak w popłochu przelatują nad urwiskiem i mkną w stronę Wisły. Jednak są!

- Wrócą na noc do norek - marzy Marek, więc w oczekiwaniu na ich powrót siedzimy w ukryciu kilka godzin.
Marek najpierw spenetrował bliższą i dalszą okolicę, następnie zjadł pół drzewa mirabelek a potem zasiadł w ukryciu i słuchał książki. Ja słuchałam cykania świerszczy i szeleszczących w trawie myszarek. Późnym popołudniem niespodziewanie kilka metrów ode mnie na patyku żołn przysiada gołąb. Przyglądam mu się jakąś sekundę i ostrożnie podnoszę aparat do góry. Czujne oko ptaka natychmiast zauważa ten manewr i odwraca się w moją stronę. Patrzymy na siebie ułamek sekundy. Zanim nacisnę migawkę aparatu rzeczony gołąb spokojnym i cichym lotem oddala się skrajem urwiska.

Kobczyk? Takie oko ma tylko on! I ten rudy kuper! Nie zrobiłam mu zdjęcia ale pozostaje mi wspomnienie bliskiego kontaktu z tym pięknym ptakiem. Patrzyliśmy sobie w oczy. A może jednak to był tylko kobuz? Też ma czarne oko w żółtej obwódce... Ale tamto oko było wielkie niczym czarny, błyszczący koralik z grubą, żółtą otoczką. Zdjęcia nie ma, więc nie sprawdzę. Widziałam go od tyłu więc niewiele widziałam... a kobuza fotografowałam tam za pierwszym razem kiedy polował na żołny, zatem najprawdopodobniej był i tym razem. Wołam Marka aby wyszedł ze swojej kryjówki.

- Marku, tu jest tyle drapieżników, że żołny na pewno nie wrócą - na dowód pokazuję mu jeszcze zdjęcie samicy błotniaka łąkowego, która kilka minut wcześniej krążyła nad okolicą.
Na chwilkę przed naszym odejściem fotografuję jeszcze muchołówkę szarą i parę makolągw a Marek dzięcioła dużego.

Żołny odfrunęły. A dokąd? Czyżby już do Afryki? Czy zdołają umknąć strzelającym do nich Maltańczykom lub Cypryjczykom, Hiszpanom, Włochom?..

Dorota

*
Przeczytaj:
Sukces mysliwych w referendum na Malcie
Ptasie piekło
Strzelanie do ptaków
Ochrona migrujących ptaków
Rzeź na Malcie
zobacz wszystkie zdjęcia

 

Podziel się z innymi swoją opinią...


  o nas   ciekawe strony   blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter