Spotkanie z Panem Dziwonią

czyli o tym jak postanowiłam zostać wędkarzem
(wiosna 2018 roku)

Na skutek splotu wielu wydarzeń, niespodziewanie, znalazłam się sama (z aparatem fotograficznym) nad Skawą.
Zanim jeszcze wyjęłam aparat z plecaka usłyszałam dobiegające z wikliny (tak u nas mówi się na wierzby rosnące nad rzeką) „witu-wit”. Po chwili już widziałam owego śpiewaka. Był nim dorodny samiec dziwonii.
Równie szybko zauważył mnie on i umknął na drugi brzeg Skawy. Jego czerwoną sylwetkę widziałam przez całą szerokość rzeki i kamienistej plaży. To niesamowite jak w takim stroju udaje mu się zbiec przed drapieżnikiem.

„Mój” samiec musiał być już bardzo dorosły, bo tak intensywnym ubarwieniem pysznią się
co najmniej 4 letnie ptaki.

Zanim jednak Pan Dziwonia wrócił wdawałam się w rozmowę z prawie każdym wędkarzem, którzy w tym czasie łowili ryby nad Skawą.
- Co chce pani sfotografować? - pyta chłopak w wieku mojego syna.
- Zimorodka - szybko odpowiadam, trochę tak na wyrost.
- Tu go pani nie znajdzie - powiało nadzieją, więc dopytuję.
- A gdzie go znajdę?
- Tam!
- wskazuje brodą młody mężczyzna na stromą skarpę a potem sceptycznym spojrzeniem obdarza moje sandały.
- Są tu też żołny - kontynuuje, czym wprawia mnie w oszołomienie.
- Żołny? - prawie krzyknęłam - Prawdziwe? - mówię od rzeczy. Chłopak chwilę milczy, zarzuca wędkę i mówi:
- A tam powyżej, pod mostem, są czarne bociany. Też prawdziwe.
- I te zimorodki…
- nadmieniam
- Mają tam gniazda. Dużo ich tam jest.

No tak, jasne, żeby zobaczyć zimorodka trzeba być wędkarzem. O zimorodku to mi opowiada każdy wędkarz.
Żegnam się z panem i zaszywam w gąszczu wikliny. Podjadam jeżyny, oglądam kamienie, czekam…
I wreszcie jest, przyleciał! Wrócił po około godzinie i dopiero wtedy udało mi się zrobić mu kilka zdjęć.
Wkrótce okazało się, że przebywała tam jego partnerka, szara, niepozorna, bez charakterystycznie wybarwionych piór za to z silnym, prawdziwie łuszczakowym dziobem.

Pan Dziwonia jest niewiernym małżonkiem, żyje w poligamii. Ptak w końcu mnie spostrzegł jednak nie odleciał zbyt daleko. Usiadł na krzaku inwazyjnego rdestu, jakby chciał wkomponować się w jego czerwone pędy, i rozpoczyna swój koncert: „ wiju-wit, wit”.

Dziwonia śpiewa, pozuje a mój aparat… nie ostrzy. Kiedy jestem już na dnie rozpaczy orientuje się, że nie wiadomo kiedy i jak, ale przesunęłam w jakieś idiotyczne miejsce punkt pomiaru ostrości. Szybko zmieniam ustawienia ale wówczas rozbrzmiewa melodia mojej komórki.
Pan dziwonia czmycha.

Odbieram połączenie i informuję moją przyjaciółkę żeby teraz nie ważyła się do mnie dzwonić, bo mi płoszy długo wyczekiwane dziwonie. Kasia dziwi się, bo o dziwoni nie słyszała, ale obiecuje cierpliwie czekać aż oddzwonię.
Znów tropię ptaka, skradam się w jego pobliże w nadziei, że jego oko skonstruowane jest podobnie jak moje i że słabo widzi pod słońce. Moje myślenie przynosi wymierne korzyści i wkrótce mam na celowniku śliczną, czerwoną dziwonię a właściwie to dziwonia, bo to przecież samiec. Dla tych kilku zdjęć warto było czekać.

Kiedy wracam do samochodu zauważam lecącego czarnego bociana i potrzosa. Żołny i zimorodka nie spotkałam ale zamierzam wrócić nad Skawę w odpowiednim obuwiu, a jeśli będzie trzeba to… zostanę wędkarzem. Każdy napotkany wędkarz niby tak od niechcenia ale już w drugim zdaniu rozmowy informuje mnie, że widział zimorodka. Zimorodek… moje marzenie… mam to napisane na czole czy co? Już wiem gdzie szukać. A może powinnam zaopatrzyć się jeszcze w wodery i jakiś kij imitujący wędkę?

- Ryba głupia nie jest - objaśnił mi jeden z wędkarzy.
Ptaki też. Chyba przyzwyczaiły się do wędkarzy. Dziwonie są również pięknymi ptakami. Cieszę się, że je spotkałam.
Kiedy później spacerowałam w różnych miejscach w pobliżu wiklinowych zarośli zdarzało mi się często słyszeć śpiew dziwonii jednak nigdy już nie wypatrzyłam tego czerwonego dumnego pięknisia. Lecz nie tracę nadziei, kiedyś znów go spotkam.

Dorota

 

Podziel się z innymi swoją opinią...


  o nas   ciekawe strony   blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter